Reklama

    Nowy numer 45/2019 Archiwum

Walka z wrogami nadziei

Ze zbawieniem nie ma żartów – mawiał ks. Dolindo Ruotolo.

Przekonali się o tym Izraelici po dotarciu do oazy Refidim. Tam czekało na nich rozczarowanie, które spotęgowało zmęczenie wędrówką przez pustynię. Nie było wody do picia, choć pragnienie doskwierało. Zmęczenie jest często rezultatem nieugaszonych pragnień, oznaką wewnętrznych pretensji: nie to miało się wydarzyć, nie taki miałeś być. Ludzie pytali w sercu: „Czy jest Bóg, czy Go nie ma?”. W chwili znużenia i nurtujących wątpliwości, gdy człowieka ogarniają słabość i zniechęcenie, nagle nadciąga Amalek, perfidny wróg. Boleśnie wykorzystuje popełniony błąd. W czym tkwi ów błąd? W chwilowym zwątpieniu w miłość Boga, w nagłym odstąpieniu od Bożych przykazań. Z Panem Bogiem jest jak z ojcem niosącym syna na ramionach. Synek, dostrzegając jakąś rzecz na ziemi, prosi: Ojcze, weź tę rzecz i podaj mi ją. Ojciec sięga po jedną, po drugą, po trzecią rzecz. Malec się do tego przyzwyczaja i gdy w pewnej chwili ktoś przechodzi, synek pyta: „Czy widziałeś gdzieś mego ojca?”. Ojciec reaguje na to zdziwieniem: „Nie wiesz, gdzie jestem?”, zrzuca syna z ramion na ziemię, nadbiega wtedy pies i gryzie tamtego.

Amalek znaczy pies. Chodzi o potomków Ezawa, którzy nosili w sobie przekazywaną z pokolenia na pokolenie głęboką nienawiść do Izraela. Uważali za obowiązek mścić się na synach Jakuba. Dopóki Izraelici byli wierni Bogu, Bóg ich ochraniał. Amalekici nie mieli żadnej mocy nad nimi. Refidim to miejsce słabości odczuwanej przez tych, którzy powinni trzymać się blisko Pana Boga. Refu jedejhim – skąd bierze swą nazwę oaza Refidim – oznacza dokładnie: ich ręce opadły. Stali się obojętni na Boga, toteż narazili się na atak Amalekitów. Mojżesz wybrał wówczas Jozuego, by walczył z wrogiem, ten bowiem nigdy nie opuścił Namiotu Pana (Wj 33,11). Sam udał się na wzniesienie nieopodal, wspierając walczących modlitwą i wyciągniętymi ku niebu rękami. „Jego ręce były wzniesione do góry” – powiada Pismo Święte, zaś Targum Onkelos tłumaczy: „jego ręce były zaufaniem”. Gdy opadały ze zmęczenia, wówczas podtrzymywali je Aaron i Chur. Bo „gdzie dwóch lub trzech zgodnie o coś prosi, tam Ja jestem” – mówi Jezus (Mt 18,19). Mojżesz wspierał lud modlitwą „aż do zachodu słońca”. Rabin Gaon z Wilna uważał, że nie można się modlić czy prowadzić modlitwy dłużej niż przez trzy godziny. Właśnie przez trzy godziny, od południa aż do godziny trzeciej, Jezus z rękami wyciągniętymi na krzyżu walczył o nasze zbawienie. Jego ramiona przybite do krzyża były zaufaniem. Wzniesione ręce w modlitwie są dla chrześcijan oznaką synowskiego poddawania się Bożej mocy i miłości. I ufności, że Bóg pokona w nas wrogów nadziei, perfidnych Amalekitów.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..