Nowy numer 47/2020 Archiwum

Pan Bóg tkwi w szczegółach

Te mozaiki dotykają serca Ewangelii. W świecie, który wypisuje na transparentach szydercze: „Piękno bawi świat”, o. Marko Ivan Rupnik wyjaśnia: „Kościół jest sercem świata, nawet jeśli świat nie dba o swoje serce”.

Przymykam oczy. Przywołuję obrazy. Witraże i freski Nowosielskiego w Wesołej, na których ziemia spotykała niebo. Pachnące woskiem cerkwie Podlasia, zielone pastwiska, baranki i feeria barw na mozaikach Rawenny. Rzymska bazylika Santa Maria in Trastevere, gdzie złote sklepienie muskał słodkawy dym kadzidła. I poruszające mozaiki o. Marko Ivana Rupnika w krakowskim sanktuarium św. Jana Pawła II.

Pięć czerwonych plamek

Ojciec Rupnik stał się sławny, gdy na zaproszenie Jana Pawła II ozdobił rzymską kaplicę Redemptoris Mater. Usytuowana w pałacach watykańskich, ze względu na wyjątkowe piękno okrzyknięta została „współczesną Kaplicą Sykstyńską”. Jej remont ruszył w 1996 r., z okazji 50-lecia kapłaństwa Karola Wojtyły, a wykorzystane w mozaikach miliony barwnych kamyczków pochodzą z miejsc, w których ginęli współcześni męczennicy. Gdy o. Rupnik oprowadzał papieża po odrestaurowanej kaplicy, powiedział: „Dzięki Bogu skończyliśmy”. Wówczas Jan Paweł II z błyskiem w oku rzucił: „Nie skończyłeś. To dopiero początek!”.

Jak bardzo prorocze były to słowa, można się przekonać, podziwiając ponad setkę przestrzeni liturgicznych zaprojektowanych przez Rupnika w krajach całego świata. Urodzony w 1954 r. Słoweniec jest dziś najbardziej utytułowanym twórcą mozaik na świecie. Jego dzieła znajdziemy m.in. w Lourdes, Fatimie, San Giovanni Rotondo i Madrycie.

Papież się nudzi

Niezwykle ciekawe było pierwsze spotkanie Słoweńca z Janem Pawłem II. „Pewnego dnia papież wezwał piętnastu profesorów ze swoich uczelni, by przemyśleli, dokąd zmierza Europa” – opowiada jezuita. „Byłem najmłodszy w tej ekipie. Jak wszyscy na wystąpienie miałem 5 minut. Każde słowo musiało być precyzyjne. W domu zmierzyłem czas: 4,5 minuty. Nieźle. Na spotkaniu jako najmłodszy siedziałem najdalej papieża. Ponieważ wszyscy wygłaszali długie konferencje, a ks. Dziwisz już trzy razy wzywał nas na obiad, nie zdążyłem nic powiedzieć. Przy obiedzie papież stanowczo uderzył ręką w stół. »Mówiliście za długo. I trochę nudno« – wypalił. Zapadła cisza. »Poza tym – ciągnął – nie dopuściliście do głosu najmłodszego. Będzie mówił teraz!«. »Ojcze Święty, teraz nie można. Talerze już dymią!« – wybąkałem. »Nieważne – zaoponował – mów!«. Nie chciałem mówić przez 5 minut, więc dokonałem minutowej syntezy. Oczy papieża rozbłysły. Spoglądał na mnie przez cały obiad. Wróciłem do domu dotknięty tym spojrzeniem. Po jakimś czasie jeden z prelegentów powiedział mi: »Chyba bardzo rozczarowaliśmy papieża«. Minęło kilka miesięcy, gdy nagle usłyszałem w sekretarce telefonicznej: »Drogi profesorze, Ojciec Święty zaprasza ojca na kolację«. Myślałem, że to żart i skasowałem wiadomość. Po kilku godzinach nowa wiadomość. Ją również skasowałem. Komu zachciewa się głupich dowcipów? Poszedłem do Instytutu Wschodniego, a zdenerwowany rektor woła: »Szybko! Idziemy do papieża!«. »Ojej, to było na poważnie!« – przestraszyłem się. – Byłem spięty. Zamartwiałem się: co takiego napisałem, że nie pasuje to papieżowi? Na biurku papieża leżały trzy książki rosyjskiego myśliciela Siergieja Bułgakowa. Całe pozaznaczane, pokreślone. Mamma mia! »Ojciec zna tego autora?« – zapytał papież. A potem przez półtorej godziny odpowiadałem na jego pytania. Jak się okazało, było to pierwsze z wielu spotkań, debat o wizji świata, które głęboko zmieniły moje życie. Przeżyłem wówczas nawrócenie mojej relacji do Kościoła”.

Uspokojony niespokojny duch

„Trafiłem do Akademii Sztuk Pięknych po kilku latach życia zakonnego i studiach filozoficznych. Przełożeni odkryli, że moja twórczość nie jest jedynie kaprysem młodego artysty”​​ – opowiada dzisiaj. „Zapłonął we mnie ogień. W jaki sposób przenieść to doświadczenie na płótno? Zrozumiałem jedno: »Skupiony na sobie artysta musi zejść z piedestału. Odejść w cień, by snop światła skierować na Tego, któremu należy się chwała«”.

Rupnik nie przeszedłby tej próby, gdyby nie lektura wschodnich mistrzów chrześcijaństwa. To oni pozwolili mu ponazywać rzeczy po imieniu. Z wypiekami na twarzy czytał o tym, w jaki sposób sprawić, by słowa „liturgia” i „sztuka” nie były odległymi, zwalczającymi się światami, jak zanurzyć sztukę w ożywczej kąpieli modlitwy.

„Nim sztuka wejdzie do Kościoła, potrzebuje czasu na oczyszczenie, przemienienie. A ponieważ do Kościoła zawsze wchodzi się przez chrzest, także i sztukę należy ochrzcić” – konkludował jezuita. Wiedział, że jego dzieło musi wypływać z żywej wiary, że bez świadomości, iż „chrześcijaństwo jest marszem życia przez cmentarze świata” (dewiza Paula Evdokimova), nie warto brać do ręki pędzla.

„Oddychałem pełną piersią, czytając u Sołowiowa, że »piękno jest zwieńczeniem dobra i prawdy, a świat jest wezwany do tego, by być sakramentem«. Ta myśl mnie rozgrzewała” – opowiada. Zapytany o jedną z najważniejszych cech artysty bez zmrużenia oka odpowiada: „Pokora”. „Od XV w. artyści zaczęli podpisywać swe dzieła. Postępujemy tak samo, bo nasza mentalność choruje. Pragniemy zajmować pierwsze miejsce” – mówi. Jak wyraziście i prawdziwie brzmi jego wyznanie: „Fundamentalnym problemem naszych czasów jest głęboko zakorzeniony antropocentryzm, zacietrzewiony subiektywizm, »ja« przesadnie szukające uznania. A jeśli »ja« stanowi centrum absolutne, to dla wiary nie ma już żadnej przestrzeni. Takiemu »ja« obca jest wszelka miłość”.

Underground

Pewnego dnia jego mistrz, czeski jezuita Tomáš Špidlík, teolog zaangażowany w dialog z prawosławiem, śledząc duchowe poszukiwania młodego kleryka, zachęcił go, by zszedł do rzymskich katakumb. Choć Rupnik bywał w nich wielokrotnie, nigdy nie schodził pod ziemię z pragnieniem wejścia w harmonię z duchowym światem pierwszych chrześcijan. „Tym razem krążyłem po kilometrach podziemnych korytarzy, próbując pojąć, co myśleli, czuli, widzieli, w co wierzyli, co kochali ci, którzy namalowali znajdujące się tam wizerunki” – wspomina. Było to przełomowe wydarzenie. Artysta wyszedł na powierzchnię z poczuciem ogromnej jedności z doświadczeniem pierwszego Kościoła.

Spoglądam na jego mozaiki. Postacie, mnóstwo postaci. To nie przypadek. „Teolog Paul Evdokimov zauważył, że tendencja do unikania postaci zbiega się z sekularyzacją społeczeństwa, ponieważ Duch objawia oblicze Chrystusa. Skoro dochodzimy do wniosku, że Zachód przeżywa kryzys sztuki liturgicznej, powinniśmy także przyznać, że teologia Ducha Świętego nie była w ciągu wieków naszym mocnym punktem. Błędem jest myśleć, że im sztuka bardziej abstrakcyjna, tym głębsza duchowo, bo nasza wiara dotyczy osoby, oblicza. Bóg jest przede wszystkim ojcem, do Boga anonimowego, bezosobowego trudno się modlić. Europa natomiast zaczyna drogę wstecz: zaczyna rozumieć Logos podobnie, jak rozumieli to pojęcie Grecy przed Chrystusem – jako ideę. I tak wszystko stało się ideą: Bóg, Chrystus, wszystko. To prowadzi do moralizmu, gasi ducha, żar ognia. A Bóg jest osobą, nie teorią!” – twierdzi.

Zostaw to!

Rupnik studiował w rzymskiej ASP i na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Od 24 lat jest dyrektorem Atelier Sztuki Centrum Aletti, skupiającego artystów razem żyjących, modlących się i pracujących. Swą działalność artystyczną łączy z posługą duszpasterską, głosi wiele konferencji i rekolekcji.

Co mnie w nim zachwyca? Sztuka wypływająca z żywej wiary. „Gdy w dawnych czasach chłopiec przychodził do klasztoru, by uczyć się pisania ikon, przynosił pędzle, farby, deski... i zaraz chciał się uczyć u boku wielkiego mistrza. A mistrz mówił: »Zostaw to. Dziel nasze życie! Gdy dobrze się tego nauczysz, będzie ci łatwo pisać ikony«” – przypomina jezuita.

O każdym detalu swych mozaik może opowiadać godzinami. Tu nie ma przypadków. „Nie można dojść do oblicza Chrystusa bez prawdziwego doświadczenia synostwa” – opowiada. „Jestem »synem w synu«. Nie mogę być bratem, jeśli najpierw nie jestem synem. Co ciekawe, w przypowieści o synu marnotrawnym starszy syn nie nazywa swojego brata bratem i nie nazywa ojca ojcem, ale mówi: »twój syn powrócił« i nadal postrzega siebie jako niewolnika. Potrzeba nam doświadczenia synostwa, w przeciwnym razie pozostaniemy niewolnikami”.

Most

Czerpie garściami z tradycji starożytności. Wschód spotyka Zachód, i jest to spotkanie pełne szacunku, pozbawione rywalizacji, przepychanek i uprzedzeń. Rupnik nawiązuje do tradycji wspólnej Rzymowi i Bizancjum, do czasów sprzed rozdzierającej chrześcijaństwo schizmy. Za kard. Ratzingerem powtarza, że odzyskanie sztuki sakralnej Zachodu nie będzie możliwe bez owocnego spotkania ze Wschodem.

Dla jednych jego sztuka jest „nadmiernie wschodnia”, dla innych – „nadmiernie zachodnia”. Obie strony popełniają ten sam błąd: szukają antagonizmów, podczas gdy Rupnik, który do głębi przejął się wołaniem Mesjasza: „Aby byli jedno”, jest budowniczym mostów. „Co to znaczy »wschodnia« czy »zachodnia« – pyta Słoweniec – skoro wszystko, co należy do Chrystusa, jest nasze? Sprawy kultury czy narodu nie mogą mieć pierwszeństwa przed komunią, którą daje chrzest włączający nas w Ciało Chrystusa”.

Gdy kończył pracę w cerkwi Przemienienia w rumuńskim Kluż, na miejsce przyjechał Bartłomiej, duchowy zwierzchnik prawosławia. „Jak się wam wydaje, to sztuka katolicka czy prawosławna? Może być u nas czy nie?” – zapytał mnichów i teologów. Usłyszał jednogłośne „tak”.

Duchowe EKG

Na długo zapamiętam intuicję zaangażowanego w nową ewangelizację Słoweńca: „Teologowie, którzy przygotowywali Sobór Watykański II, uważali, że Kościół jest dla świata niespodzianką, a nie jego rywalem zawsze pozostającym ze światem w konflikcie. Kościół nie walczy ze światem, ale stanowi zasadę jego zbawienia”. „Piękno zbawi świat” – Rupnik doskonale zdaje sobie z tego sprawę. I choć szydzący z wszystkiego świat wykreśla literkę „z” i promuje hasło o pięknie, które świat jedynie bawi, Słoweniec jest wierny. Od lat robi swoje, a jego sztuka dotyka serca Ewangelii. Jezuita często przywołuje dewizę metropolity z Góry Liban Jerzego: „Kościół jest »sercem świata, nawet jeśli świat nie dba o swoje serce«”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także