Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nie można żyć dla siebie

Nigdy nie spotkała kobiety, która żałowała tego, że urodziła dziecko. Spotkała za to wiele kobiet, które przez całe życie cierpiały, ponieważ dokonały aborcji.

Włoszka Paola Bonzi była kobietą niezwykłą. Odeszła po cichu, tak, jak całe życie służyła ludziom. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w kaplicy kliniki Mangiagalli w Mediolanie. Właśnie przy tej kaplicy 35 lat temu otworzyła pierwsze Centrum Pomocy Życiu. Działało ono w zakrystii, ponieważ w tamtym czasie we włoskich szpitalach nie można było prowadzić żadnych działań pro-life. Był to czas promowania aborcji, która została zalegalizowana w tym kraju w 1978 r., kilka miesięcy przed wyborem na papieża kard. Karola Wojtyły.

22 702 uratowanych

Paola Bonzi dostrzegła samotność i dramat kobiet „skazanych” na aborcję i postanowiła temu przeciwdziałać. Uratowała dokładnie 22 702 dzieci.

Z czasem prowadzone przez nią centrum zajęło kilka pomieszczeń na III piętrze szpitala. Piętro niżej znajduje się oddział, na którym dokonuje się aborcji, a na nim tak zwane „łóżka 194”, od numeru ustawy legalizującej ten proceder. W 1981 r. prawo to zostało poddane referendum, które obrońcy życia przegrali. Pojawiły się jednak pewne możliwości, które można było wykorzystać do obrony życia. Przy okazji referendum jednoznacznie stwierdzono, że dobrowolne przerwanie ciąży nie jest metodą kontroli urodzeń. Przypomniano też władzom państwowym, regionalnym i lokalnym, że ich obowiązkiem jest oferowanie pomocy kobietom ciężarnym w trudnej sytuacji, a także promowanie inicjatyw mających na celu zapobieganie aborcji jako metodzie kontroli urodzeń. Prawo zobowiązywało doradców rodzinnych do wspierania kobiet znajdujących się w trudnej sytuacji z powodu ciąży, aby nie musiały decydować się na aborcję. Właśnie te zapisy wykorzystała Paola Bonzi w swojej działalności. Mimo niewielkich środków i braku wsparcia ze strony państwa prowadzone przez nią centrum zapewniało matkom dach nad głową, wsparcie finansowe, wyprawkę dla dziecka i wiele innych potrzebnych rzeczy.

Jej współpracownicy wspominają, że nikt tak jak ona nie potrafił rozmawiać z kobietami, a niejednokrotnie także z ich rodzicami, mężami czy partnerami. „Kiedy zakładaliśmy centrum, nie było pieniędzy nawet na podłączenie telefonu. Zaufałam Bogu. Zawsze brakowało nam środków, a mimo to udawało się pomagać” – mówiła w jednym z wywiadów. Jej mąż Luigi wyznaje, że żona była w stanie oddać ostatni grosz potrzebującym matkom. – Do końca życia pracowała w tym centrum jako wolontariuszka. Miała niesamowity dar przekonywania ofiarodawców do wspierania tego dzieła – wspomina Luigi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama