Nowy numer 49/2019 Archiwum

Wyspa wiary

Lipa, z której ma ciało Matka Boska w Róžancie, dobrze poddaje się dłutu. Tak jak Serbołużyczanie Panu Bogu. Ich ziemia to ostatnia wyspa wiary w zsekularyzowanych Niemczech – mówi łużycki poeta Benedikt Dyrlich.

Róžant, po niemiecku Rosenthal, to taka Jasna Góra Serbołużyczan – liczącego niecałe 60 tysięcy osób, trochę zapomnianego plemienia słowiańskiego, wciśniętego w kąt Saksonii. Zamieszkują wioski wśród żółtych rżysk i zieleni, 30 kilometrów od Czech, 50 od Polski, za Budyšinem, bardziej znanym jako Bautzen (tu wszystkie miejscowości mają nazwę łużycką i niemiecką). Przez ponad tysiąc lat tutejsi potrafili zachować samodzielność i nie zasymilowali się z sąsiadami. – Do naszego sanktuarium Matki Bożej z Lipy z każdego miejsca serbołużyckiej ziemi jest blisko – mówi Benedikt Dyrlich – poeta, pisarz. – To nie tylko teren nabożny, ale narodowy i poetycki, gdzie najważniejsza pieśń zaczyna się od słów: „Miłościwa Pani, Ty na nas patrz”.

Benedikt od 40 lat organizuje na Łużycach międzynarodowe święto poezji i odwiedziny Róžantu stanowią stały punkt programu. Maryja czeka w sanktuarium, a przed każdym łużyckim domem stoi krzyż z lipy z Jej cierpiącym Synem. – Gdybyś tutaj wyszła za mąż, musiałabyś się nim opiekować – Benedikt rozpoznaje bezbłędnie, który krzyż wyszedł spod ręki jego brata, rzeźbiarza Mikulosza i, już świętej pamięci, ojca Jakuba. Na unikatowym, bo całkowicie białym cmentarzu w pobliskich Ralbicach prawie wszystkie krzyże są ich dziełem. Biel w liturgii to symbol prawdy, czystości, zmartwychwstania. – Naród łużycki, którego znakiem jest krzyż, umie żyć tą nadzieją – mówi ks. Tomasz Dawidowski, którego odwiedzamy w Pančicy-Kukowie. Od 2005 r. jest tam wikariuszem proboszczowskim, posługuje też w Wotrowie, w którym przez rok przed jego przyjściem wierni modlili się o kapłana. Jak mówi, utożsamia się z Serbołużyczanami i świetnie porozumiewa się w ich języku.

Małe rzeczki

Benedikt urodził się niedaleko Róžanta w Nowej Wjesce położonej na dawnej trasie pielgrzymki do sanktuarium. – Nie byliśmy bogaci – jedna krowa, dwa hektary pola wśród falujących łąk – mówi. Pamięta, jak w dzieciństwie z trzema siostrami i dwoma braćmi wybiegali przed ich kapliczkę, żeby się napatrzeć, jak drogą za domem idzie maryjna procesja. Kaplicę wzniósł dziadek Mikulosz jako dziękczynienie za ocalenie Dyrlichowej ziemi od spalenia przez hitlerowców. Do Róžanta, brodząc w śniegu, chodził z mamą na Pasterkę. – Do studni po cudowną wodę też tu biegałem, kiedy zachorowała – wspomina. Potem wyjechał studiować teologię katolicką w Erfurcie i kolejno teatrologię w Lipsku. Został posłem do parlamentu Saksonii, wydał kilkanaście tomików wierszy, w których opisał małą ojczyznę. Przyznaje, że debiutował w 1967 r. właśnie pieśnią maryjną, dlatego z Róžantem łączy go wiele.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama