Nowy numer 42/2019 Archiwum

Waterloo Europy

Przywrócenie pełni praw Rosji w Radzie Europy to kolejny akt uznania, że Moskwa może robić wszystko – bez żadnych konsekwencji na dłuższą metę.

To miała być – i do niedawna była – jedna z pierwszych konkretnych sankcji nałożonych na Rosję za aneksję i okupację Krymu. W kwietniu 2014 roku Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zagłosowało za odebraniem Rosji prawa głosu. Rosjanie z czasem stracili również możliwość podejmowania pracy we wszystkich kierowniczych organach tej instytucji. Rosja wkrótce przestała płacić składki członkowskie. Ponieważ dotąd nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o powód wykluczenia Rosji (Krym pozostaje i ­– nie ma się co łudzić – już pozostanie w rękach Rosji), wydawało się, że sankcja wykluczenia pozostanie utrzymana. Ale dodajmy od razu: tak mogło wydawać się tylko komuś, kto nie zna realiów „karania” Rosji. Było jasne, że kraje, które na co dzień i tak prowadzą z Rosją znakomite interesy i wspólnie z nią planują kolejne śmiałe projekty, prędzej czy później zechcą odpuścić również i w sferze symbolicznej. I tak też się stało: największymi promotorami przywrócenia pełnych praw Rosji w Radzie Europy (nie mylić z unijnymi instytucjami: Radą Europejską i Radą UE) były Niemcy, Francja i Włochy.

Zwycięstwo obywateli?

Główny argument, jaki podnosili zwolennicy powrotu Rosji do RE, był taki: brak prawa głosu w Radzie wyklucza również rosyjskich obywateli z możliwości składania skarg na swój kraj do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (i znowu: nie mylić z unijnym Trybunałem Sprawiedliwości w Luksemburgu). Takie stanowisko wyrażał m.in. szef niemieckiej dyplomacji Heiko Mass, który po korzystnym dla Rosji głosowaniu nie krył satysfakcji i napisał na Twitterze: „To wielkie zwycięstwo rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego”. I byłoby to nawet przekonujące, bo faktycznie większość skarg do Trybunału pochodzi właśnie z Rosji, gdyby nie pewne „drobne” szczegóły. Po pierwsze, Moskwa, chcąc właśnie chronić się przed jurysdykcją Trybunału, dwa lata temu przyjęła prawo, które mówi, że wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli dotyczą Rosji, muszą najpierw zostać zbadane przez rosyjski Trybunał Konstytucyjny pod kątem ich zgodności z rosyjską konstytucją. Każdy, kto zna naturę działania państwa rosyjskiego, dobrze wie, że to klasyczny rosyjski zabieg mający na celu ignorowanie wyroków z zewnątrz. Po drugie, gdyby powodem przywrócenia Rosji prawa głosu w Radzie Europy była troska o prawa rosyjskich obywateli do skargi na swój kraj, to czy samej Moskwie tak bardzo by na tym zależało? Cały proces odbył się de facto na rosyjskich warunkach, powiększając wrażenie triumfalnego powrotu. Oto bowiem jeszcze przed głosowaniem nad swoim „odwieszeniem” sama Rosja wymusiła na Zgromadzeniu Parlamentarnym RE przyjęcie gwarancji, że to ciało nie będzie już w przyszłości odbierać prawa głosu żadnemu krajowi. I tak też się stało: najpierw przyjęto uchwałę niemal podyktowaną przez Moskwę, a następnie przegłosowano przywrócenie pełni praw Rosji. Prawdziwy majstersztyk zawsze profesjonalnej rosyjskiej dyplomacji.

Czerwone dywany

Żeby jeszcze wzmocnić wrażenie, że to jednak powrót na salony czy też, jak kto woli, rehabilitacja Kremla, warto dodać, że nie bez znaczenia dla Moskwy był moment głosowania – odbyło się ono dosłownie w przeddzień wyboru nowego sekretarza Rady Europy i sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, co oznacza, że w obsadzie tych stanowisk Rosja brała już czynny udział. Do tego nikt nie zająknął się na temat zaległości Rosji w płaceniu składek członkowskich. Poczucie nieprzypadkowości całego tego spektaklu zapewniła też Francja, która nie kryła, podobnie jak Niemcy, że najbardziej zależało jej na przywróceniu pełni praw Rosji. Dzień po nocnym głosowaniu w ZPRE premier Francji Edouard Philippe przyjął swojego rosyjskiego odpowiednika – i bynajmniej nie w paryskiej siedzibie, ale w swojej rodzinnej miejscowości, co w dyplomacji zawsze oznacza podkreślenie zażyłości relacji. „Musimy otworzyć nową przestrzeń dla dialogu politycznego z Rosją. Dotychczasowa sytuacja prowadziła donikąd” – oświadczył francuski premier bez mrugnięcia okiem.

Wszelkie argumenty, że przywrócenie Rosji pełnego członkostwa to działanie na korzyść rosyjskich obywateli, którzy nie mają gdzie skarżyć się na łamiący ich prawa własny kraj, legły w gruzach także wtedy, gdy okazało się, jak Kreml przygotował się do tej akcji. Oto bowiem na sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, podczas której głosowano nad przywróceniem Rosji prawa głosowania, przyjechała z Moskwy delegacja deputowanych, wśród których było kilka osób objętych sankcjami UE oraz USA i Kanady, w tym zakazem wjazdu na ich terytoria.

Zresztą tuż po zwycięskim dla Rosji głosowaniu rosyjscy delegaci pokazali, jak zamierzają korzystać ze swoich praw. Do litewskiego deputowanego podszedł jeden z Rosjan i jawnie zaczął mu grozić za nieprawdziwe – jego zdaniem – oskarżenia o łamanie praw człowieka w Czeczenii. Nawet rosyjscy opozycjoniści przyznali, że sposób, w jaki Moskwa dobrała delegatów, był jawną prowokacją. Gari Kasparow napisał wręcz, że „Rada Europy jest gorzej niż bezużyteczna. Teraz będzie pomagała Putinowi rozprzestrzeniać jego korupcyjne wpływy w Europie”. To tyle w temacie zwycięstwa „rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji