Nowy numer 42/2019 Archiwum

Potomak wpada do Wisły

Nie znamy jeszcze faktycznej ceny za zwiększenie zaangażowania USA w Polsce. Nie będzie ona jednak wyższa niż cena pozostania sam na sam z Rosją i zauroczoną nią Europą Zachodnią.

Nie zrozumiemy wagi porozumienia, jakie Polska zawarła z USA, jeśli skupimy się wyłącznie na symbolicznej liczbie 1000 amerykańskich żołnierzy. I jednocześnie nie będziemy znać miary rzeczy oraz swojego miejsca w globalnej układance, jeśli wokół tej liczby zbudujemy nadmierne oczekiwania.

Konkrety

„Stany Zjednoczone planują zwiększyć swoją aktualną obecność wojskową w Polsce, wynoszącą około 4500 rotujących się członków personelu wojskowego. Ta trwała obecność wzrośnie w najbliższej przyszłości o około 1000 dodatkowych żołnierzy” – to najczęściej cytowany fragment porozumienia podpisanego przez Donalda Trumpa i Andrzeja Dudę (całość dostępna na stronie prezydent.pl). Warto jednak przeczytać cały dokument, by mieć nieco szerszy obraz tego, w co naprawdę wchodzą Stany Zjednoczone i na co naprawdę decyduje się Polska. Wymieńmy najważniejsze punkty: po pierwsze, deklaracja przewiduje „utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce”, a także „utworzenie i wspólne wykorzystywanie przez Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych i Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej Centrum Szkolenia Bojowego (CSB) w Drawsku Pomorskim oraz docelowo w kilku innych lokalizacjach w Polsce”. Po drugie, „Stany Zjednoczone zamierzają kontynuować wsparcie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w utworzeniu CSB przez zapewnienie obecności amerykańskich doradców” oraz utworzyć „eskadry bezzałogowych statków powietrznych MQ-9 Sił Powietrznych USA, przeznaczonych do działań wywiadowczych, zwiadowczych i rozpoznawczych”. Ponadto uzgodniono „utworzenie bazy lotniczej załadunkowo-rozładunkowej w celu wspierania przemieszczenia się wojsk dla odbycia ćwiczeń lub na wypadek kryzysu” oraz „utworzenie w Polsce zdolności sił specjalnych USA w celu wsparcia operacji powietrznych, lądowych i morskich”, a także „infrastruktury wspierającej obecność w Polsce pancernej brygadowej grupy bojowej, lotniczej brygady bojowej oraz batalionu wsparcia logistycznego”.

Gaz i atom w pakiecie

Przy analizowaniu całego dokumentu dobrze jest znać miarę rzeczy. Wymaga to równocześnie i umiejętności liczenia oraz rozumienia szerszego kontekstu, uwarunkowań, w jakich deklaracja została przyjęta. A zatem, po pierwsze, jeśli ktoś obiecuje nam przysłanie dodatkowych 1000 swoich żołnierzy, oznacza to… jednak 1000 więcej, a nie 1000 mniej czy też brak jakichkolwiek zmian. Tymczasem z niektórych komentarzy można było wyczytać w najlepszym wypadku delikatną ironię: Andrzej Duda poleciał po Fort Trump, a wrócił z kilkoma szablami.

Otóż to jednak nie kilka szabel, ale 1000 żołnierzy amerykańskiej armii plus cały wymieniony wyżej pakiet współpracy i rozbudowy wspólnej infrastruktury. Po drugie, nie zapominajmy, że ważne ustalenia zapadły również na innym szczeblu. Szefowie resortów obrony obu krajów oraz sekretarz energii ze strony USA i pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej ze strony polskiej podpisali odpowiednio deklarację zakupu przez Polskę wielozadaniowych samolotów bojowych F-35 oraz porozumienie dotyczące zwiększenia dostaw amerykańskiego gazu do Polski, a także – co pozostaje, niesłusznie, trochę w cieniu spraw militarnych – memorandum dotyczące współpracy w zakresie wykorzystania energii jądrowej w celach cywilnych.

Trwała czy stała?

Oczywiście gołym okiem widać, że cały ten pakiet porozumień i deklaracji to przede wszystkim sukces administracji amerykańskiej: Donald Trump ubił kolejny dobry interes, polityczny i gospodarczy. Tyle tylko, że i my, choć wydamy na to miliardy dolarów, mamy ogromną szansę z tego skorzystać. Polska nie ma zresztą specjalnie alternatywy i swoje bezpieczeństwo musi uzależniać od umów z Amerykanami, które dla nich samych będą opłacalne. Jednocześnie znać miarę rzeczy w tym przypadku oznacza również dostrzegać i rozumieć szerszy kontekst. A ten jest taki: za naszą zachodnią granicą stacjonuje ok. 35 tys. amerykańskich żołnierzy. Jeszcze dekadę wcześniej było ponad 50 tys., ale kilkanaście tysięcy zostało już przeniesionych w rejon Pacyfiku, co pokazuje, gdzie Stany Zjednoczone naprawdę mają swoje interesy, których pilnują. Oczywiście, że obecność U.S. Army w Niemczech ma swoje źródła w powojennej układance. Tyle tylko, że dziś jesteśmy w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej. I jeśli mimo przerzucenia sporej części wojsk do Azji to w Niemczech pozostaje miażdżąco większa liczba żołnierzy niż obiecany Polsce tysiąc – oznacza to, że jeszcze nie doszliśmy do etapu pełnego uznania przez Waszyngton głównych źródeł zagrożeń dla pokoju w Europie. A w najgorszym wypadku – że nie jest to dla Waszyngtonu aż tak ważne jak rosnący w siłę chiński konkurent. Przejawia się to również w sformułowaniu zawartym w deklaracji: mowa nie o stałej (permanent), ale o trwałej (enduring) obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Różnica niby subtelna, ale dla dyplomacji zasadnicza – w innym wypadku nie stosowano by żadnych wygibasów językowych, żeby tylko nie użyć jasnej formuły permanent.

Ameryka nie płaci

Studząc jeszcze nieco nadmierny optymizm, przytoczmy takie zdania z deklaracji: „Polska planuje zapewnić i utrzymywać wspólnie uzgodnioną infrastrukturę przeznaczoną dla wstępnego pakietu dodatkowych projektów wymienionych poniżej, bez kosztów dla Stanów Zjednoczonych i z uwzględnieniem planowanego poziomu jej wykorzystania przez Siły Zbrojne USA. Polska planuje również zapewnić dodatkowe wsparcie Siłom Zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”. Ten krótki fragment jest tak naprawdę gęsty od zobowiązań z naszej strony. Po pierwsze zatem – wbrew zapowiedziom, które mówiły tylko o jednorazowych kosztach ok. 2 mld dolarów po stronie polskiej, a następnie opłacaniu tylko zużytych mediów – zgodziliśmy się na układ, w którym to Polska ponosi koszty związane z utrzymaniem infrastruktury.

Gdyby ta deklaracja znalazła potwierdzenie w umowach, które będą to szczegółowo regulować, Polska byłaby pierwszym krajem z amerykańskimi wojskami, który pokrywa wszystkie koszty ich utrzymania. Na świecie wygląda to różnie, w zależności od tego, kto ma większy interes w obecności U.S. Army na danym terytorium: USA czy kraj goszczący. I o ile w przypadku Korei Południowej dużą część kosztów (ale mniej niż połowę) ponosi Seul, o tyle w przypadku Niemiec po stronie Berlina jest tylko ok. 15 proc. wkładu w utrzymanie amerykańskich baz. Dotąd argumentowano to właśnie w ten sposób: Korea Płd. potrzebuje Amerykanów, by chronić się przed Koreą Płn., natomiast w przypadku Niemiec – pomijając historyczne przyczyny osiedlenia tam amerykańskich wojsk – dziś to USA mają większy interes, by swoje bazy tam ciągle utrzymywać (co też nie jest takie proste, bo w praktyce na obecności baz zyskuje również niemiecka gospodarka), chociażby jako punkty wypadowe do różnych akcji na Bliskim Wschodzie. Donald Trump już dawno zapowiadał, że chce wprowadzić model 50/50 – by zarówno USA, jak i kraj goszczący dzieliły się po równo kosztami utrzymania baz. W naszym przypadku zrzucenie całych kosztów na Polskę wygląda trochę na zagranie Trumpa pod amerykańską opinię publiczną (w USA praktycznie już trwa nieoficjalna kampania przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi). Niewykluczone jednak, że już w umowach część kosztów znajdzie się po stronie amerykańskiej.

Drugi Irak?

Po drugie, niepokojąco może brzmieć zdanie o „dodatkowym wsparciu”, jakiego wojskom amerykańskim ma udzielić Polska – wsparciu „wykraczającym poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”. Niestety, brzmi to niemal dosłownie jak deklaracja gotowości wysłania polskich wojsk na kolejną wojnę USA, w której ani NATO, ani Polska nie mają żadnego interesu. Na horyzoncie jest oczywiście w pierwszej kolejności Iran. Polska z pewnością nie ma interesu, by brać udział w ewentualnym ataku na ten kraj – przy pełnym zrozumieniu roli, jaką odgrywa Teheran w bliskowschodniej układance. Wygląda na to, że za układ z Amerykanami wyraziliśmy gotowość pójścia także tam, gdzie ani politycznie, ani moralnie nie będzie nam z nimi po drodze. Nie trzeba chyba przypominać, że skojarzenie z Irakiem, na który bezprawnie napadliśmy ze Stanami Zjednoczonymi, nasuwa się tutaj automatycznie. Tym gorzej brzmi w deklaracji zdanie, które zawiera, niestety, zwykłe kłamstwo: „Walczyliśmy ramię w ramię na całym świecie, w tym w Iraku i Afganistanie, aby zapewnić pokój i bezpieczeństwo naszym narodom i całemu światu”. Otóż wojna w Iraku z pewnością nie miała zapewnić pokoju Polsce i z całą pewnością nie zapewniła pokoju Irakowi i Bliskiemu Wschodowi. Przeciwnie, wiele konfliktów, które zżerają ten region, z Syrią na czele, jest m.in. pochodną tamtej inwazji.

To w gruncie rzeczy dość smutne, że jedynym gwarantem naszego bezpieczeństwa może być mocarstwo, którego działania w świecie nie zawsze mogą budzić nasze uznanie. Problem w tym, że alternatywy brak. Być może cena tego zacieśnienia relacji z USA będzie wysoka – ale trudno uznać, by miała być wyższa od tej, jaką musielibyśmy zapłacić, gdybyśmy faktycznie zostali sam na sam z Rosją i jej wielbicielami w Europie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL