Nowy numer 42/2019 Archiwum

Wydaje się nam, że nie piszemy

O nudnych książkach i pokonywaniu lęku przed pisaniem opowiada Marta Łysek.

Miłosz Kluba: Według badań Biblioteki Narodowej w 2017 roku 62 proc. Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Po co uczyć ludzi pisania, skoro czytanie to zabawa mniejszości?

Marta Łysek: Mam podejrzliwe podejście do tych statystyk. Być może tylu Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki, bo wszystkie, na które trafili, były po prostu nudne? Zresztą większość czytających sięga po kryminał, sensację albo romans. I to pokazuje, po co się czyta książki. Nie zawsze musi to być literatura wysoka, naukowa. Książki to też rozrywka – jak jest nudna, to z niej nie korzystasz.

Poza tym pisze się nie tylko książki, ale też mnóstwo innych rzeczy – krótszych, łatwiejszych, bardziej dostępnych. Myślę, że gdyby zebrać teksty, które ludzie czytają na Facebooku, blogach, stronach internetowych, to uzbierałaby się jedna albo i dwie książki rocznie. Więc jeśli mam powiedzieć, po co uczyć ludzi pisania – to właśnie po to, żeby czytanie dobrych tekstów stało się zabawą większości.

Wrzucając przez komórkę wpis na Facebooku czy Twitterze albo dodając opis do zdjęcia na Instagramie, nie myślimy o tym, że piszemy prozą.

Mamy takie myślenie, że kiedy piszemy, zwłaszcza coś dłuższego, to musimy się wcześniej nastawić, mieć odpowiednie warunki, bo to jakaś wyższa czynność, poważna sprawa. Wciąż mamy też takie podejście do wydawania książek. To awans w społeczności piszących, niezależnie od tego, jakiej jakości jest ta książka. Bo to proza, a nie jakieś tam zdania na Facebooku! To taki paradoks: statystyki mówią, że nie czytamy, a my czytamy – i piszemy! – cały czas.

Nie szukamy już dobrych historii w książkach?

Dużo spraw, m.in. takich jak media społecznościowe, pochłania dziś naszą uwagę. Mamy przez to mniej czasu – więc zamiast książki, która jest jak dwudaniowy obiad z deserem, szukamy jakiejś kanapki, przekąski, jabłuszka. Czujemy, że książka to taki świąteczny obiad, na który trzeba poświęcić czas, że wymaga zaangażowania. Jeśli podejrzewasz, że będzie nudna, to wybierzesz to, co jest łatwiejsze – dobrą historię na dwie strony, a nie na dwieście stron. Dlatego dzisiaj książka, żeby się przebić, musi być tak wciągająca, aby chciało się ją czytać wszędzie – w autobusie, w łazience... Żeby nie była odświętna, tylko płynnie wchodziła w naszą codzienność.

Wracamy do problemu nudnych książek.

Wczoraj w czasie warsztatów rozmawiałam o tym, że pisarzy można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy czują, że muszą pisać o swoich emocjach. I to bywa nudne. Druga grupa to piszący z myślą o czytelniku, dla których celem nie jest pogłaskanie swojego ego. Te książki dobrze się czyta, ale nie jest ich wcale dużo. Naprawdę jestem zdania, że jest sporo nudnych książek, na które poświęcamy czas. Jeśli parę razy sparzyłeś się na takiej lekturze – a wiele osób ma w sobie przekonanie, że zaczętą książkę trzeba dokończyć – to potem wolisz wziąć coś krótkiego. Jesteś w stanie przeczytać to w 10 minut i od razu wiesz, czy było warto, czy nie, czy sięgać po kolejne historie tego autora, czy niekoniecznie.

Tego, jak nie pisać nudnych książek, można się nauczyć w szkole pisania?

To zależy. W mojej – chyba tak. Bo nuda w książkach bierze się albo z grafomaństwa, czyli niedouczenia, albo ze strachu przed pokazaniem, co naprawdę jako pisarz potrafię. I tym, co przede wszystkim robię w szkole, jest inspirowanie i dawanie ludziom tego, co jest im potrzebne, by wyszli ze strachu przed pisaniem: odwagi i pakietu umiejętności warsztatowych. Nie ma semestrów, przedmiotów. Są natomiast bardzo różne ścieżki: grupowe, indywidualne. Kończymy właśnie długi, czteromiesięczny program rozwojowy dla zaawansowanych. Pracowaliśmy nad tym, jak wykorzystywać umiejętności, którymi już dysponujemy, żeby działało to na korzyść tekstu, jak się pozbyć blokad, jak wykorzystać swoje mocne strony. Jak popatrzeć na pisanie jak na coś, co daje radość.

Bardzo lubię też pracować z młodymi dziennikarzami, którzy chcą zacząć pracę w zawodzie, którzy czują, że talent ich „gniecie”. Może nie są gotowi na osobne studia, ale czują, że pisanie jest dla nich. Kiedy ktoś ma taki talent, wystarczy go trochę oszlifować, wesprzeć, dać przestrzeń do eksperymentów. Szkoła pisania jest po to, żeby ludzie, którzy chcą pisać, a z jakiegoś powodu nie mogą, zaczęli to wreszcie robić i mieli z tego radość, czuli się spełnieni.

Skąd bierze się lęk przed pisaniem?

Kiepską robotę wykonują tu niestety poloniści. Od wielu osób, z którymi rozmawiam, słyszę: „Miałem marzenie, żeby pisać. I całkiem nieźle mi szło, dopóki pani od polskiego nie powiedziała, że to się do niczego nie nadaje”. Wspominają wypracowania, które odważyli się napisać po swojemu, w swoim stylu, i dostali dwóję. Mówią mi to osoby, które mają 30, 40 czy 50 lat. Przeszli cały proces edukacji i teraz próbują odkopać swoje pasje, zajrzeć w swoje serce i sprawdzić, co tam wyje tak mocno, że nie można wytrzymać. To nie są dzieciaki kończące liceum. To osoby, które dawno skończyły szkołę i nadal są zablokowane, bo ktoś, zamiast ich zmotywować, zachęcić albo w jakiś delikatny sposób pokazać, jak poprawić tekst, powiedział: „Nie nadajesz się”. Do tego dochodzi lęk, że gdy coś napiszesz i pokażesz światu, musisz się odsłonić na oceny. A hejterzy zawsze się znajdą – najszybciej na grupach dla piszących. Tam natychmiast odezwie się ktoś, kto zobaczy literówkę i napisze: „Najpierw naucz się pisać po polsku”. Jest cała rzesza wymówek: „Nie mam gdzie pisać”, „Nie mam dla kogo pisać”. To są… no właśnie – wymówki.

Jakie to uczucie, kiedy udaje się to wszystko pokonać?

Jeśli ktoś decyduje się tak bardzo zaufać, na tyle uwierzyć w to, co mówisz o pisaniu, że mimo lęku wychodzi ze swoimi tekstami do świata, to jest tak, jakby dziecko nauczyło się chodzić. Te momenty nadają sens wszystkiemu, co robię w szkole – również tym trudnym rzeczom, których nie lubię.

Szlifowanie talentów, przełamywanie barier – wszystko brzmi pięknie, ale jak to robić przy trojgu małych dzieciach, pracując w domu?

To duża lekcja pokory. Rzeczy, które lubię robić, zawsze przychodziły mi łatwo i szybko. Wciąż jeszcze wydaje mi się, że jeśli mam napisać tekst, to poradzę sobie z nim w godzinę. Ale teraz muszę brać pod uwagę, że w ciągu tej godziny mogą nastąpić trzy katastrofy spożywcze, dwa apele o pomoc w odrobieniu pracy domowej, jedna bójka, zalana łazienka i parę innych rzeczy. Żeby mieć godzinę na pracę, powinnam zarezerwować sobie pięć razy więcej. Wtedy jest szansa, że tekst będzie na czas. Trudno się pogodzić z tym, że wszystko będzie wolniej, niż wynika to wprost z moich umiejętności. Czuję się jak ślimak! Ale też odkrywam na nowo planowanie: staram się robić jeden projekt naraz, i to z dużym zapasem czasu.

Ponoć matki to mistrzynie wielozadaniowości i organizacji, a mówisz o wybieraniu jednego projektu, planowaniu czasu na zapas.

Multitasking jest, owszem, ale mocno narzucony z zewnątrz. Jeśli mam troje dzieci, jedno w pierwszej klasie podstawówki, a drugie w zerówce, to oznacza, że w jednym tygodniu muszę przygotować przebranie na bal karnawałowy, strój na gimnastykę, na wyjście do teatru i urodziny koleżanki, a oprócz tego zorganizować słoiczki, zieloną bibułę, żółte skarpetki, ryzę papieru i wyrastające cebulki, bo dzieci będą robić w przedszkolu wiosnę. Mam multum zadań, których sobie nie wybieram, a o które muszę zadbać, bo chodzi o moje dzieci. Dlatego ograniczam zawodową wielozadaniowość.

A jednak czasu starcza nie tylko na szkołę pisania, ale też na Maluczko – blog z rozważaniami do Ewangelii.

Tak naprawdę Maluczko też powstało z potrzeby pisania, i to pisania codziennie. W dodatku w momencie, gdy moje najmłodsze dziecko miało osiem tygodni. Pan Bóg mocno włączył wsparcie i w dwa tygodnie wszystko było gotowe, łącznie z ekipą – dwojgiem świetnych ludzi, którzy się zobowiązali, że przez rok będą pisać dwa teksty tygodniowo. Po dwóch latach widzę dwie piękne rzeczy: ci, którzy piszą, rozwijają swój talent, a ci, którzy czytają, zaczęli z nami czytać Pismo Święte codziennie. I robią to naprawdę codziennie – to jest niesamowite! Dlatego idziemy dalej. Przygotowaliśmy na Wielki Post notes duchowy, który można było wydrukować i dzięki temu rozważać samodzielnie Ewangelię wg św. Marka. Notes – bo do każdego fragmentu poza komentarzem było też przygotowane miejsce na własne notatki. Mamy już głosy, że taka forma pracy z Ewangelią jest bardzo potrzebna. Cała historia Maluczko to dla mnie świadectwo dobroci Boga. Tego, że gdy On czegoś chce i widzi, że to jest dobre, to pokieruje sprawami tak, żeby wyszło z tego coś może małego i prostego, ale bardzo dobrego. Chwalę się, bo to nie moja zasługa. Ja tu tylko szlifuję i sprzątam.•

Marta Łysek

Teolożka, dziennikarka, pisarka, matka trojga dzieci. Prowadzi Szkołę Pisania Marty Łysek oraz bloga Maluczko.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL