Nowy Numer 21/2019 Archiwum

Jego imię to Miłosierdzie

Ktoś przywiózł na koncert ukradziony z kościoła kielich i piliśmy z niego wino. To pokazuje, ile znaczył dla mnie Kościół…

Hasło mojej młodości? „Grunt to bunt”. Nie widziałem w domu żywej wiary, nie widziałem, by ktokolwiek czytał słowo Boże. Na niedzielne Msze chodziliśmy jedynie z tradycji. Taka postawa nie wytrzyma próby czasu.

Jako czternastolatek wsiąkłem w muzykę. Ostrą, metalową, z antychrześcijańskim przekazem. Siedziałem w niej po uszy. Szukałem mroku, aż w końcu wylądowałem w black metalu. Ostra muza stała się dla mnie bogiem. Żyłem jak odurzony. Zacząłem chodzić na koncerty kapel deathmetalowych. Nosiłem ciuchy z odwróconymi krzyżami, pentagramami, słuchałem satanistycznych utworów. Uważałem, że religia to opium dla mas. Biedni byli ci, którzy wypowiadali przy mnie słowo „ksiądz”. Na słowo „katolicyzm” reagowałem szyderstwem. Chłonąłem antyklerykalne czasopisma. Moje ulubione zajęcie? Wchodzenie na katolickie fora internetowe (m.in. wiara.pl) i hejtowanie. Ile mocnych słów tam wypisywałem… „Jak można być tak głupim, by wierzyć w te bajeczki?” W domu mówiłem, że idę do kościoła, a skręcałem do kumpli na osiedle. Z czasem stałem się wojującym antyklerykałem.

„Muzyka może zwabić, ale nie zbawić”. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Słuchałem muzyki. Ściągnąłem słuchawki, założyłem bluzę z czarnym kapturem i wyszedłem z domu. W moich uszach tak pulsowała perkusja, że w jakimś amoku wszedłem na jezdnię i potrącił mnie samochód. Padłem na ziemię. Byłem poturbowany, zakrwawiony. Zobaczyli to moi rodzice i w panice wybiegli z domu, a ja, zbuntowany, siedziałem na chodniku i pomyślałem: „Ale wiocha! Starzy biegną”…

Wśród moich kumpli alkohol lał się strumieniami. Kiedyś ktoś przywiózł na koncert ukradziony z kościoła kielich i piliśmy z niego wino. To pokazuje, ile znaczył dla mnie Kościół. Miałem jednak wrażliwe serce i podświadomie cały czas szukałem Boga, choć nie przyznawałem się do tego.

Pewnego dnia moja kuzynka pożyczyła mi płytę zespołu 2 Tm 2,3. Szydziłem z tych nawróconych muzyków (nie czytałem jeszcze „Radykalnych”). Mój kumpel nosił naszywkę: 2 Tm 2,3 = 666.

Chrześcijańska muzyka? Dajcie spokój! Ale puściłem tę płytę. Spodobała mi się muzyka, ale gdy padło imię „Jezus”, coś zaczęło mnie gnieść, poczułem irracjonalną nienawiść. Odłożyłem ten krążek. Po pewnym czasie wróciłem do niego i nagle, nie wiedzieć czemu, padłem w moim pokoju na kolana, zacząłem płakać i wołać „Ojcze nasz”. Zalała mnie niewyobrażalna miłość. Trudno mi to opisać. Dziś wiem, że Bóg dał mi zakosztować swojej obecności. Było to tak intensywne doświadczenie, że przez wiele godzin leżałem i płakałem. W jednym momencie zrozumiałem, że On ukochał mnie swą miłością, że Jego imieniem jest Miłosierdzie. Leżałem na łóżku, płakałem i mówiłem: „Jezu, jak ja Ciebie kocham!”. Palił mnie Jego ogień. Czułem się akceptowany, kochany. Wypełniał mnie Jego pokój. Słowa są bezradne wobec tego, czego doświadczyłem. Kolejnego dnia zalogowałem się na jakiś katolicki czat i napisałem: „Hej, chyba się nawróciłem”. (śmiech)

Pokój serca nie znikał. Wyspowiadałem się, zacząłem chodzić do kościoła. Jako 17-latek czytałem „Gościa Niedzielnego”. Płakałem, gdy przystępowałem do Komunii.

Zdałem maturę, znalazłem wspólnotę, zacząłem pracować z niepełnosprawnymi. Ja, chłopak zniewolony pornografią, postanowiłem wytrwać bez seksu do ślubu. To było jednak pierwsze nawrócenie. I jak to bywa u neofitów, próbowałem zmienić się… sam. Poległem. Z jednej strony byłem rozkochany w Bogu, z drugiej nie potrafiłem zerwać z nałogami, które zniewalały mnie przez lata. Byłem nadwrażliwy, żyłem w potępieniu, samooskarżeniu. Od spowiedzi do spowiedzi. Co chwilę upadałem przez grzech, bo nic nie wiedziałem o niezasłużonej przychylności nieba i walczyłem sam. Na studiach wszedłem w hazard, zacząłem grać na automatach. Przegrywałem pieniądze, zapożyczałem się. Przepuściłem 40 tys. zł. Grałem i… uciekałem od tego. Taka szarpanina. Nikt mi nie powiedział o tym, kim jestem w Chrystusie. Walczyłem sam i przegrywałem. Alkohol, stres, nieczystość, hazard.

Mój dziadek śmiertelnie zachorował. Pojechałem do niego do szpitala. Zmówiliśmy z ciocią Koronkę do Bożego miłosierdzia i zaczął przy nas umierać. Wziął kilka oddechów i odszedł.

Przeczytałem „Moc uwielbienia” i wiedziałem jedno: nie mogę żyć jak dotychczas. Nie chciałem przegrać życia. Zaczynałem uwielbiać Boga nawet wówczas, gdy upadałem. Dziękowałem Mu za wszystko, a On stopniowo mnie wyzwalał. Zmienił moje serce na obozie Fundacji 24/7 podczas uwielbienia. Bóg przeorał moje serce. Wiedziałem, że choć ja Go zawiodłem, On w swym miłosierdziu nie odwróci się ode mnie, bo jest dawcą wielokrotnych szans.

Gdy w ubiegłym roku dowiedziałem się, że mam chłoniaka grudkowego, nie załamałem się. Zawsze chciałem głosić moc Jezusa na oddziale onkologii i nagle wszystkie bramy zostały szeroko otwarte. (śmiech) Moje największe pragnienie? Chcę głosić Jego dobroć i moc nawet wtedy, gdy jestem słaby, po chemioterapii. Bóg pokazał mi swe Serce i co tu dużo gadać: rozkochał mnie w sobie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji