Nowy numer 7/2019 Archiwum

Trzeci etap agresji

Rosja po aneksji Krymu i wznieceniu buntu w Donbasie, przejmując kontrolę nad Morzem Azowskim, rozpoczęła trzeci etap agresji przeciwko Ukrainie. Celem jest jej destabilizacja, a w konsekwencji zmiana władzy w Kijowie.

W Kijowie 1 grudnia spadł gęsty śnieg, ale tylko to przypomina scenerię stanu wojennego w Polsce. Ten, który kilka dni wcześniej za zgodą parlamentu wprowadził prezydent Petro Poroszenko, obowiązuje przez miesiąc jedynie w 10 obwodach w południowo-wschodnich regionach kraju: przy granicy z Rosją, na odcinku granicy z Mołdawią w separatystycznym Naddniestrzu oraz nad Morzem Czarnym i Morzem Azowskim. Dla zwykłych ludzi jest praktycznie nieodczuwalny. Przeciwnicy obecnego prezydenta obawiali się, że jego wprowadzenie może być pretekstem do przełożenia zaplanowanych na przyszły rok wyborów prezydenckich, ale tak się nie stało. Parlament zdecydował, że odbędą się one 31 marca 2019 roku. Nic także nie wskazuje, aby dekret ograniczał prawa obywatelskie czy konstytucyjne. Na lotnisku Boryspol pod Kijowem widziałem tłumy oczekujące na wylot do Hurghady albo innych znanych kurortów, gdzie po sezonie jest taniej. Stan wojenny został więc ogłoszony jako polityczna demonstracja, zwracająca uwagę świata na kolejny etap rosyjskiej agresji oraz konsolidująca własne społeczeństwo.

Wokół zamknięcia Cieśniny Kerczeńskiej, oprócz wielkiej rozgrywki rosyjsko-ukraińskiej, toczy się kilka ukraińskich wojenek wewnętrznych. W ich tle są przyszłoroczne wybory prezydenckie i parlamentarne. W takim podwójnym kontekście należy rozpatrywać incydent, który wydarzył się 25 listopada, kiedy rosyjskie siły zaatakowały trzy okręty ukraińskie płynące z Odessy przez Cieśninę Kerczeńską do portu w Mariupolu. Okręty stoją obecnie w rosyjskiej bazie w Kerczu, a ich marynarzy przewieziono do Moskwy, gdzie oczekują na proces za rzekomą dywersję wobec Rosji. Wszystkie te wydarzenia były pogwałceniem rosyjsko-ukraińskiej konwencji o wykorzystaniu Morza Azowskiego oraz Cieśniny Kerczeńskiej, podpisanej w 2003 r., a rok później ratyfikowanej przez parlamenty obu krajów. Podpisywano ją jednak w sytuacji, kiedy Półwysep Krymski należał do Ukrainy. Dzisiaj jest okupowany przez Rosję, która wybudowała most łączący go z terytorium rosyjskim, co dodatkowo skomplikowało sytuację na wodach cieśniny, oddzielającej anektowany Półwysep Krymski od rosyjskiego Półwyspu Tamańskiego.

Nie chodzi tylko o geopolityczne położenie tego akwenu, stanowiącego morskie zaplecze Krymu, ale także o bogate zasoby Morza Azowskiego, m.in. złoża gazu ziemnego i ropy naftowej występujące w tym regionie. Przede wszystkim jednak Morze Azowskie i Cieśnina Kerczeńska to podstawowy szlak wodny łączący europejską część Rosji z Morzem Czarnym i Morzem Śródziemnym. Jest to jedyne jej wyjście z dorzecza Donu i połączonej z nim kanałem Wołgi. Rosja od dawna twierdziła, że to obszar jej strategicznych interesów i właśnie pokazuje światu, jak w praktyce rozumie to pojęcie.

Zarzewie buntu na wschodzie

W Kijowie podczas Forum Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa miałem okazję o obecnej sytuacji rozmawiać z przedstawicielami ukraińskich środowisk opiniotwórczych. Nikt z moich rozmówców nie miał wątpliwości, że czas na prowokację w Cieśninie Kerczeńskiej nie został wybrany przypadkowo. Ukraina przygotowuje się do wyborów prezydenckich, co widać na każdym kroku na kijowskich ulicach, oklejonych billboardami kandydatów do tego urzędu i wspierających je partii. Zamiana w tym czasie przez Rosję Morza Azowskiego w swoje wewnętrzne jezioro, poza skutkami gospodarczymi i znaczeniem dla relacji dwustronnych, niesie ze sobą także fundamentalne konsekwencje dla wyniku tych wyborów. Wpływ na to ma kilka czynników. Eksport towarów przewożonych przez porty azowskie ma istotny udział w dochodach ukraińskiego budżetu. Jeszcze boleśniej blokadę odczuje wschód Ukrainy, którego produkcja przemysłowa, zwłaszcza dwóch potężnych hut w Mariupolu, w całości jest uzależniona od transportu morskiego. W czasach sowieckich huty zlokalizowano nad brzegiem Morza Azowskiego, aby ich produkty drogą morską były wysyłane w świat albo dostarczane do innych regionów ówczesnego Związku Sowieckiego. Obecnie trzeba je dowieźć do portów czarnomorskich w Odessie oraz Mikołajewie, co oczywiście radykalnie podraża wszystkie koszty.

W Kijowie usłyszałem, że podstawowym celem tych działań jest przede wszystkim destabilizacja ukraińskiego wschodu, gdzie ciągle trwa wojna w Donbasie. Należy bowiem sobie wyobrazić następujący scenariusz, który zapewne w Moskwie był przygotowywany od dawna. Produkcja zakładów w części Donbasu, która jest pod kontrolą Ukrainy, wskutek zamknięcia portów azowskich radykalnie maleje, co powoduje konieczność masowych zwolnień. W efekcie pogarszają się nastroje społeczne, które w tym regionie nigdy specjalnie nie sprzyjały obecnej władzy w Kijowie. Zyskuje na tym wyłącznie Opozycyjny Blok, będący kontynuacją Partii Regionów byłego prezydenta Janukowycza, który po Majdanie w lutym 2014 r. uciekł do Rosji i nadal czeka na swoją szansę. Zyskuje otwarcie prorosyjski kandydat w wyborach prezydenckich – Jurij Bojko, były minister energetyki w rządzie Janukowycza. Wykorzysta konflikt do tego, aby przekonywać wyborców, że stawianie się Rosji nie ma sensu i będzie jedynie powodować dalsze wrogie reakcje z jej strony.

Realizowany po Majdanie przez Rosję projekt rozbicia Ukrainy będzie miał teraz szansę na realizację bez „zielonych ludzików” i tzw. pospolitego ruszenia ludu donbaskiego, kierowanego, uzbrajanego i finansowanego przez rosyjskie służby specjalne, ale przez bunt niezadowolonych i zdesperowanych mieszkańców wschodu, którzy za swoje kłopoty nie będą winić Moskwy, ale Kijów. To także bardziej subtelna rozgrywka z ukraińskimi oligarchami rządzącymi nie tylko na wschodzie. Blokada uderza w imperium Renata Achmetowa, właściciela zakładów metalurgicznych w Mariupolu, głównego sponsora kampanii Julii Tymoszenko, obecnego lidera w sondażach przed wyborami prezydenckimi. Konsekwencje tego mogą być dla przebiegu kampanii ogromne.

Most wielu funkcji

Ostatni incydent w Cieśninie Kerczeńskiej nie był niespodzianką. Wszystko zaczęło się w maju, kiedy Rosja zakończyła budowę i oddała do użytku most krymski, łączący terytorium Federacji Rosyjskiej z Półwyspem Krymskim, co było kolejnym pogwałceniem prawa międzynarodowego, a nie spotkało się z żadną reakcją zachodnich polityków. Od tego czasu Rosjanie zaczęli systematycznie zatrzymywać przepływające przez Cieśninę Kerczeńską jednostki handlowe, zarówno pływające pod banderą ukraińską, jak i innych państw. Skutecznie paraliżowali tym pracę dwóch ukraińskich portów nad Morzem Azowskim: Mariupola oraz Berdiańska. Od wiosny do jesieni zanotowano ponad 150 takich przypadków. Od dwóch tygodni żaden statek do nich nie dopłynął i chociaż strona rosyjska twierdzi, że nie zablokowała przepraw przez Cieśninę Kerczeńską, faktycznie tak się stało. Zresztą samo postawienie mostu kerczeńskiego utrudniło żeglugę. Większe okręty, a takie używane są w żegludze oceanicznej, nie mogą tamtędy przepływać, gdyż nie zmieszczą się między jego przęsłami.

Budowa mostu kerczeńskiego ma jeszcze jeden ważny aspekt. Bez formalnej aneksji Rosja faktycznie zmieniła status Morza Azowskiego. Ogłosiła, że most kerczeński jest częścią jej tzw. infrastruktury krytycznej, gdyż pełni kluczową rolę w funkcjonowaniu rosyjskiego państwa i życiu jego obywateli. Pod hasłem obrony mostu przed ukraińskimi terrorystami Rosja ulokowała wokół niego szereg nadzwyczajnych zabezpieczeń oraz utworzyła specjalne jednostki, które mają z wody, powietrza oraz pod wodą monitorować sytuację wokół niego. Jednostkom tym już w maju br. nadano szereg nadzwyczajnych uprawnień, upoważniających je do ataków na cele, które ich zdaniem zagrażają bezpieczeństwu mostu. To bardzo groźny precedens. Jeśli Zachód nie wyciągnie nauczki z tej lekcji, jutro infrastrukturą krytyczną dla bezpieczeństwa Rosji zostanie ogłoszony akwen, gdzie położone będą rury Nord Stream 2, ze wszystkimi zgubnymi dla suwerenności innych krajów, także Polski, skutkami.

Nasz strategiczny cel

Kryzys w Zatoce Kerczeńskiej będzie długo ciążył nad światową polityką w stopniu nie mniejszym aniżeli aneksja Krymu, gdyż w istocie jest kontynuacją tamtej polityki, choć innymi środkami. Faktyczne stanowisko Rosji w tej kwestii zostało wyrażone w dyskusji w 2003 r. o statusie Cieśniny Kerczeńskiej przez byłego wicepremiera Rosji Alfreda Kocha, uważanego obecnie za zdecydowanego przeciwnika Władimira Putina: „Do Rosji – mówił Koch – powinny faktycznie należeć – dyplomatycznie, de iure, może jeszcze jakoś inaczej – i Krym, i Chersoń, i Mikołajów, i Odessa. I to jest nasz strategiczny cel. Czy wisiała tam będzie rosyjska czy ukraińska flaga, nie jest ważne. Ważne jest, aby faktycznie te ziemie były rosyjskie, by tam był obecny rosyjski kapitał i Rosjanie”. Taka jest natura rosyjskiego imperializmu, niezmienna, bez względu na to, jaki kierunek polityczny go reprezentuje. Chodzi o to, aby pomimo tego, że nad Mariupolem i Berdiańskiem ciagle powiewają ukraińskie flagi, faktycznie były to miejsca, gdzie bez woli Rosji nic się dziać nie może.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji