Nowy Numer 21/2019 Archiwum

Wracać, wracać, wracać

O złych notowaniach świętości, skarbie na siedmiu metrach i kompasie ustawionym na niebo mówi ks. Piotr Pawlukiewicz.

Szymon Babuchowski: Podtytuł najnowszej Księdza książki „Wstań” brzmi: „Albo będziesz święty, albo będziesz nikim”. To radykalne wezwanie w czasach, kiedy wolimy deklarować: „Nie jestem święty”. Po co być świętym, może wystarczy być dobrym?

Ks. Piotr Pawlukiewicz: Termin „świętość” rzeczywiście nie ma dobrych notowań – w przeciwieństwie do pojęć takich jak „umiarkowanie”, „rozsądek” czy „realizm”. Ludzie boją się rzeczy skrajnych. Dlatego żartobliwie pytam: czy wolimy być zupełnie zdrowi, czy może życzymy sobie jakiegoś małego nowotworu albo jednego złodzieja raz na rok? Świętość kojarzy nam się zwykle z doskonałością, czystością moralną. A to nie na tym polega. Święty to nie człowiek, który nie popełnia błędów, tylko taki, który te błędy wykorzystuje. Bo nie cnoty, ale grzechy zaprowadzą nas do nieba.

Jak to?

No bo jak to zrobić, żebyśmy, mając dużo darów duchowych: cierpliwości, opanowania, czystości, nie wpadli w pychę? Pan Bóg nie powoduje grzechów, ale je dopuszcza – dla naszego oczyszczenia, powrotu do prawdy. W „Panu Samochodziku i templariuszach” bohaterowie wiedzą, że skarb znajduje się w studni na głębokości siedmiu metrów. Więc biorą linę, opuszczają się, wchodzą w boczne drzwi. I te drzwi się za nimi zatrzaskują – okazuje się, że są w pułapce. Dlaczego? Bo zeszli na cztery metry, a skarb był w rzeczywistości na siedmiu metrach. My często schodzimy na metr. Byliśmy na rekolekcjach, wychodzimy z kościoła i cieszymy się: będę zbawiony! A następnego dnia okazuje się, że jesteśmy jeszcze gorsi niż przed rekolekcjami. Pan Bóg musi nam zafundować bolesne doświadczenie, żebyśmy poznali prawdę o sobie.

Więc co to właściwie znaczy: być świętym?

Postawić na Pana Boga. Na Jego program, chociaż on się niekiedy wydaje absurdalny i szalony. Zaufać, że On zawsze mnie przyjmie z powrotem i nigdy nie powie: no to klops, tak narozrabiałeś, że ja już nie wiem, co zrobić. On zawsze ma dla nas pomysł, drogę wyjścia, oderwania się od zła.

Czy pragnienie świętości jest wpisane w każdego z nas?

My tęsknimy za Bogiem. Ludzie mówią: jak ja się czuję genialnie, kiedy odchodzę od konfesjonału i jestem czysty! Jak ja tęsknię za spowiedzią, żeby wrócić do Boga i ten stan spotkania z Nim zachować w sercu! Wprawdzie ciągle jest jeszcze duża grupa tych, którzy przychodzą, żeby maskować swoje grzechy, ale coraz częściej słyszę też: niech mnie ksiądz wyspowiada tak solidnie, do żelaza, do dna, do korzenia. Szkoda czasu na stanie w kolejce, żeby pocieszać się spełnieniem świątecznego obowiązku.

To dlaczego to pragnienie tak często w sobie zagłuszamy?

Bo świętość jest trudna. Wymaga momentami czynów szalonych: zrezygnowania z wielu rzeczy, przyjęcia bólu, ludzkiej porażki. A świat jest ukierunkowany na to, żeby było coraz łatwiej. Żeby komórka była coraz sprawniejsza, pojazd coraz szybszy, coraz bardziej komfortowy ośrodek wczasowy. Kościół natomiast proponuje inną drogę, radykalną. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił kard. Wyszyński po aresztowaniu, było napisanie sobie na ścianie programu dnia. On, kardynał, zachował się jak kleryk z pierwszego roku. Bo wiedział, co może go ocalić.

Nieraz myślimy: może nawet byłbym święty, gdyby nie ci ludzie obok mnie, którzy mnie tak wkurzają albo ciągną do złego…

Słyszałem kiedyś taką anegdotę: pewien kapucyn siedział w refektarzu naprzeciwko brata, który niezbyt estetycznie spożywał posiłki – siorbał, mlaskał. Wkrótce uciążliwy współbrat został jednak usunięty z klasztoru. Zakonnik odetchnął z ulgą, ale wkrótce zauważył, że inny z braci też nie najlepiej jada. (śmiech) Wielkie niebezpieczeństwo grozi ludziom samotnym, którzy nie włączają się w żaden ruch, w żadną większą sprawę w Kościele czy społeczeństwie. Oni mogą sobie świat ustawić według siebie. Pewna pani, ekssiostra zakonna, mówiła mi kiedyś, że jej obecne życie nie różni się od tego w klasztorze: wstaje rano, odmawia brewiarz, prowadzi katechezę. Robi wszystko to, co siostry zakonne. Ja jej na to: oprócz jednego. Bo one robią to z posłuszeństwa, z nakazu, posłania. A pani – z wolnego wyboru, który nie był z nikim konsultowany.

Mówi Ksiądz w swojej książce, że świętość to decyzja: jestem święty tu i teraz, bez półśrodków. Wielu z nas pewnie zdarzało się podejmować taką decyzję i chwilę później jej się sprzeniewierzyć. Co wtedy robić?

Trzeba wierzyć, że te biblijne siedemdziesiąt siedem razy to jest prawda o Chrystusie. O tym, że On nas przyjmie. Nie na zasadzie: o Boże, to znowu ty! On przyjmuje nas zawsze z entuzjazmem, z wielką nadzieją, jakby pierwszy raz widział mnie na oczy takiego pięknego. Miłosierdzie Boże jest ciągłym powrotem. Wracać, wracać, wracać. Tak jak Piotr, który nic nie umiał, wszystko skopał, oprócz jednego: umiał wracać. Najtrudniejsza rzecz: publicznie, na oczach znajomych, kolegów, przyjaciół, gorzko zapłakać.

Radzi Ksiądz, by „powtarzać się przed Bogiem” – jak dziecko, które chce zabawkę, powtarza się przed rodzicem, albo jak żona przed mężem, który ociąga się z pomalowaniem kuchni. Ale czy można „zmiękczyć” Pana Boga koronkami czy Różańcami? Po co Panu Bogu to powtarzanie?

Ono jest nam potrzebne, żebyśmy w godzinę śmierci, czyli najważniejszym momencie naszego życia, wyznali Jego. Proszę zauważyć, że codziennie trenujemy jeden zwrot: „módl się za nami w godzinę śmierci naszej”. Modlimy się tysiące razy o to, żeby Pan Bóg nas przyjął i żebyśmy mieli taki odruch – pragnienia zbawienia. Że jak coś się zaczyna walić, to biegnę do Boga – nie zastanawiam się, nie kalkuluję, a już na pewno nie mówię: mam dość, nie wrócę.

Ale poleca też Ksiądz kłótnię z Panem Bogiem…

Oczywiście nigdy w życiu prawdziwy chrześcijanin w głębi serca nie powie Panu Bogu: „nie”. Zawsze będzie mówił: „tak”. Nieraz okazuje się to dla mnie trudne, ale przyjmuję Twój plan na moje zbawienie. Nie chodzi więc o przekonywanie Pana Boga, próbę zmiany myślenia Boskiego, bo to nie Bóg ma się zmienić, tylko my. Chodzi o intensywność. Wyobrażam sobie spotkania różnych lewicowych bojówek, które kłócą się o program do czwartej rano. Tymczasem u nas jest często tak: zero pytań, Bóg zapłać, na tacę pięć złotych i wychodzimy. Nie ma tej iskry, która pomaga nam wziąć rozbieg.

Pisze Ksiądz: „Bóg spojrzy w serce człowieka i od razu będzie wiedział, czego ten człowiek chce: nieba czy piekła”. Możemy chcieć piekła?

Oj, to jest jeden z najbardziej tragicznych momentów nauki Kościoła. Chrystus błaga ludzi, żeby nie szli do piekła. A my idziemy. Jak dziecko, które obraziło się na mamę, bo nie dostało ciastka, i zaczęło pyskować. Mama wysłała je do kąta, ono stoi. Oczywiście po minucie mama, widząc tego skazańca, mówi: „Chodź”. A ono: „Nie pójdę!”. „Przecież źle Ci tu w kącie?”. „Źle”. „No to chodź do nas”. „Nie pójdę!”. Tajemnica. Wielu z nas wie, że gdyby poszli do głębokiej spowiedzi, gdyby zadzwonili do kumpla, z którym się spięli, mieliby dobry dzień. „Nie pójdę!”. To tak jak z alkoholikami, którzy nie chcą się leczyć: „Pójdzie pan porozmawiać z tą panią?”. „Nie pójdę!”. „Ale ta gorzała, którą pan ma przygotowaną, wprawi pana w stan wycia”. „Wiem, ale będę ją pił”. To jest tajemnica wolności człowieka. Klamka znajduje się od środka.

To jak nastawić wewnętrzny kompas na niebo?

Tu właśnie jest nasz moment wyboru. U aniołów dokonał się on w ułamku sekundy, oni wybrali natychmiast, w innej rzeczywistości – pozaczasowej. My natomiast mamy te siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, czasem dziewięćdziesiąt lat, żeby wybrać. Niestety, nieraz tylko kreujemy się na wierzących, a w głębi serca mamy coś zupełnie innego. Chodzi więc o zmianę głębi serca. Nawet przyjemnie jest pochlipać przed telewizorkiem przy serialu. Ale Piotr zapłakał gorzko. Tu chodzi o dokopanie się do takiego smrodu w nas, że jak się go wypuści, to czuć w okolicy, że ktoś doznaje oczyszczenia, uzdrowienia. Zdejmuje się te opatrunki, szmaty, które zastępują bandaż, i razem z krwią wychodzi wszystko, co w człowieku niezdrowe. Trzeba dokopać się do kłamstwa, które często w sobie nosimy. Ks. Marek Dziewiecki powiedział kiedyś, że jedna jest istota na świecie, która się sama oszukuje – człowiek. Im ktoś jest bardziej inteligentny, tym inteligentniej się okłamuje. Dobrać się w tamto miejsce – to dopiero jest problem. A Pan Jezus dał nam wolność, sam wytyczył sobie linię – jak sędzia na murawie, przez którą nie może przejść. Patrzy, jak idziemy w złą stronę, ale nie zostawia nas samych. Wymyśla w naszym życiu niesamowite historie, żeby nas z tej drogi zawrócić. •

Ks. Piotr Pawlukiewicz

Rocznik 1960. Kapłan archidiecezji warszawskiej, doktor teologii pastoralnej, rozchwytywany rekolekcjonista i kaznodzieja, autor wielu książek i nagrań o tematyce religijnej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL