Nowy numer 41/2019 Archiwum

Bo wszyscy jesteśmy od Boga…

W ogrodzie odnaleźli kilka zniszczonych krzyży i nagrobków. Postanowili je oczyścić, a miejsce pochówku otoczyć płotem. Są Turkami, wyznawcami islamu. Opiekują się polskim, katolickim cmentarzem w Kazachstanie.

Amiriya i Aslan Kikinadze mieszkają w niewielkiej miejscowości Sapatai Batyr, położonej w południowej części kazachskich stepów. On zajmuje się gospodarstwem – hoduje barany, krowy, kury. Ona pracuje w pobliskiej szkole. „Po godzinach” oprowadzają „ciekawskich” po niewielkim cmentarzu, który przed laty postanowili ocalić od zapomnienia. A goście przyjeżdżają z Włoch, Hiszpanii, Turcji, Gruzji. Najwięcej z Polski. Wszyscy skrupulatnie odnotowani w „księdze odwiedzin”. „Znowu przyjechali do was polscy krewni. Macie bardzo liczną rodzinę” – śmieją się sąsiedzi, kiedy widzą przed ich domem kolejne obce rejestracje.

Różne wiary, jeden telewizor

Aslan i Amiriya są Turkami meschetyńskimi – przedstawicielami narodu, który przez setki lat zamieszkiwał Meschetię – historyczną krainę w południowej Gruzji. – W 1944 r. z rozkazu Stalina nasze rodziny zostały przesiedlone w różne rejony Rosji. My trafiliśmy do Kazachstanu – opowiada Aslan. Mieli dwie godziny, by spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Bydlęce wagony, którymi byli przewożeni, zatrzymały się na stepie w pobliżu Sapatai Batyr. – Była zima, a oni nawet nie mieli ciepłych ubrań. Jedzenie dawno się skończyło. Gdyby nie pomoc miejscowych ludzi, umarliby z głodu. Taką wiedzę przekazali nam rodzice – wspomina Amiriya. Okazało się, że w pobliskim sowchozie pracują już inni przymusowi przesiedleńcy – Ukraińcy, Estończycy, Łotysze oraz duża grupa Polaków deportowanych przez komunistów w 1937 r. – Oni sami walczyli o przetrwanie, jednak już pierwszego dnia przyjęli naszych do swoich domów, nakarmili ich. Po prostu ofiarowali życie – podkreśla Amiriya.

– Chociaż mówili w różnych językach, jedni modlili się do Allaha, drudzy do Chrystusa, to tworzyli wspólnotę. Pamiętam z dzieciństwa, że we wsi był jeden telewizor. Wszyscy wspólnie oglądaliśmy wybrane programy – dodaje Aslan. W pobliżu Sapatai Batyr funkcjonowało kilka cmentarzy – prawosławny, muzułmański i katolicki. Tym ostatnim polscy wysiedleńcy zajmowali się do 1953 r. Wtedy zmarł ostatni z Polaków i katolicka nekropolia szybko zaczęła porastać trawą.

Podatek od katolickiego cmentarza

Do domu stojącego w pobliżu polskiego cmentarza rodzina Kikinadze wprowadziła się w latach 60. – Pamiętam, że wszędzie dookoła były ogródki warzywne, a gdzieniegdzie spod gęstej trawy wychylały się popadające w coraz większą ruinę mogiły. Miejscowe dzieci, nie wiedząc, z czym mają do czynienia, wyciągały z ziemi krzyże i bawiły się nimi. Mój tata i wujek powiedzieli wtedy, że tak być nie może – opowiada Aslan. Całą rodziną skosili chwasty rosnące wokół mogił, wyczyścili nagrobki, a krzyże postawili do pionu. Nie wiedzieli, kto dokładnie spoczywa w ziemi obok ich gospodarstwa. W okolicy mówiło się jedynie, że to Polacy.

– Wtedy nie bardzo rozumiałem, czemu poświęcamy nasz czas i pracę na „obcy” cmentarz. Ojciec wytłumaczył mi, że trzeba opiekować się tymi mogiłami, bo kiedyś zjawią się rodziny tych, którzy są tam pochowani. „Ja tego nie doczekam, ale wy tak” – mówił. Czuł, że tak się właśnie stanie. „Zmarłym należy się spokój i szacunek bez względu na narodowość i wyznanie. Bo wszyscy jesteśmy od Boga” – mawiał – przypomina sobie Aslan.

Syn zapamiętał lekcję. W 1993 r. razem ze swoją żoną postanowił kupić działkę, na której znajdowały się mogiły. Od tego momentu przez kilkanaście lat płacili podatek od katolickiego cmentarza. Za swoje pieniądze ogrodzili cały teren, wywieźli śmieci i gruz. Podczas prac porządkowych odkryte zostały kolejne miejsca pochówku. Wtedy Aslan pojechał do większej miejscowości w poszukiwaniu księdza. Nie zastał go. O modlitwę poprosił więc popa. – Nie wyobrażałem sobie, by nikt nie pomodlił się nad szczątkami przed ponownym złożeniem ich w ziemi – mówi.

Śmierć z głodu i wycieńczenia

Rok 2009. Państwo Kikinadze pojechali do urzędu, by tradycyjnie uiścić należność za „cmentarną działkę”. Na miejscu usłyszeli, że nie muszą już dłużej płacić. – Byliśmy w szoku. Nikt nam nie wytłumaczył tej zmiany – wspomina Amiriya.

Okazało się, że o nekropolii dowiedziała się Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Od tego momentu w Sapatai Batyr regularnie zaczęli się pojawiać Polacy. Wkrótce obok zadbanych przez tureckie małżeństwo nagrobków stanął drewniany krzyż. Cztery lata później cmentarz został gruntownie wyremontowany. Na odtworzonych rzędach mogił ułożono kamienne tablice z nazwiskami zmarłych. „Tu spoczywają Polacy, żołnierze polskiej armii na Wschodzie gen. Władysława Andersa i osoby cywilne, byli jeńcy, więźniowie sowieckich łagrów, zmarli w 1942 r. w drodze do ojczyzny. Cześć ich pamięci!” – głosi napis na uroczyście odsłoniętym pomniku. Okazało się, że na ocalonym przez małżeństwo Kikinadze cmentarzu spoczywa 19 żołnierzy oraz ponad stu, do dziś niezidentyfikowanych, polskich cywilów. – Po podpisaniu słynnego paktu Sikorski–Majski komunistyczne władze postanowiły wykorzystać Polaków znajdujących się na terenie ZSRS do walki z III Rzeszą. Podpisano umowę o współpracy wojskowej, a z więzienia wypuszczono gen. Andersa. To właśnie jemu, za zgodą Rządu RP na uchodźstwie, powierzono dowództwo nad formującą się armią – wyjaśnia historyk dr Dmitriy Panto z Muzeum II Wojny Światowej.

Po ogłoszeniu amnestii obywatele polscy – zarówno żołnierze, jak i osoby cywilne – byli zwalniani z więzień, obozów internowania, gułagów. Znajdowali się w opłakanym stanie, zarówno psychicznym, jak i fizycznym.

– Byli wycieńczeni pracą w nieludzkich warunkach, chorzy, niedożywieni. By dostać się do miejsc zbiórek formujących się oddziałów, nierzadko pokonywali tysiące kilometrów w strasznych warunkach. Niektórzy umierali w podróży. Byli chowani w przypadkowych miejscach, wzdłuż torów. Część po dotarciu do celu meldowała się i była natychmiast odsyłana do szpitali polowych. Wielu już nigdy z nich nie wyszło. W ten sposób mogło zginąć kilkanaście tysięcy Polaków – mówi Waldemar Kowalski z MIIWŚ. – Warto jednak podkreślić, że dzięki opiece, jaką gen. Anders otoczył idących z nim rodaków, szczególnie sieroty, zdecydowanej większości udało się przeżyć. Śmierć Polaków była skutkiem wcześniejszych represji władz sowieckich – dodaje. Dla ponad stu obywateli polskich, marzących o powrocie do ojczyzny z armią Andersa, ostatnim punktem podróży okazało się Sapatai Batyr. Wśród nich było wielu młodych ludzi – 18-, 20-latków. Dzięki państwu Kikinadze ich groby przetrwały. Jednak setki miejsc pochówków rozsianych po Kazachstanie i Syberii wciąż pozostają nieznane.

Zwiedzanie i obiad w pakiecie

Dziś Aslan i Amiriya są nie tylko opiekunami katolickiego cmentarza, ale także ambasadorami polskiej historii. – Od kiedy dowiedzieliśmy się, kto jest pochowany na „naszym” cmentarzu, zaczęliśmy się dokształcać. Kupiliśmy książki o gen. Andersie i jego armii, która przeszła szlak przez trzy kontynenty – przyznaje Amiriya. Podzielili się „obowiązkami”. Aslan oprowadza wycieczki na miejscu. Jego żona uczy o armii gen. Andersa w pobliskiej szkole.

– Nie spodziewałam się, że zainteresowanie będzie tak duże. Dzieci chcą poznać jak najwięcej szczegółów. Czym się wsławił generał? Jak udało mu się wydostać ze Związku Sowieckiego? W jakich bitwach brał udział? Kiedy odwiedzają nas Polacy, moi uczniowie koniecznie chcą, bym pokazała im zdjęcia z tych spotkań – mówi Amiriya.

– Na cmentarzu regularnie pojawiają się przedstawiciele kazachstańskiej Polonii, studenci z dużych miast, ale także szkolne wycieczki z okolicznych wsi. Przyjeżdżają również zagraniczni goście. Turyści, naukowcy i politycy – uzupełnia Aslan. Małżeństwo Kikinadze odwiedził m.in. marszałek Senatu RP, a także Anna Maria Anders, która osobiście podziękowała za wieloletnią opiekę nad grobami żołnierzy ojca. Niedawno Aslan i Amiriya gościli delegację z Muzeum II Wojny Światowej.

– Państwo Kikinadze nie tylko oprowadzili nas po cmentarzu, ale także zaprosili na obiad. Później przyznali, że każdy gość, który chce poznać historię gen. Andersa i jego żołnierzy, może liczyć na poczęstunek – opowiada dr Karol Nawrocki, dyrektor MIIWŚ. – W zamian oczekujemy jedynie wpisu do „księgi odwiedzin” i wspólnego zdjęcia. Na pamiątkę i do celów edukacyjnych – dopowiada z uśmiechem Aslan. Polskiego cmentarza nigdy nie było w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Na mapie widniały jedynie ogrody warzywne. Zgodnie z prawem państwo Kikinadze mogli zrównać katolickie nagrobki z ziemią i w ich miejsce posadzić ziemniaki. Zamiast tego przez lata przeznaczali własne środki, by uratować pamięć o ludziach, których nigdy nie znali. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL