Nowy Numer 26/2019 Archiwum

Zapomniana wojna

Brutalny mord na saudyjskim dziennikarzu to tylko próbka możliwości władz Arabii Saudyjskiej. Prawdziwy wachlarz swoich zdolności saudyjski reżim pokazuje w Jemenie. Przy cichym wsparciu Zachodu.

Ofiary wojen dzielą się na dwie kategorie: o jednych świat w pewnym momencie nie chce już słyszeć, o innych nie słyszy nic praktycznie od początku. Pierwszy przypadek to Syria – świat od dłuższego czasu wykazuje „znudzenie tematem”. Drugi przypadek to Jemen – świat nawet nie wie, jak bezwzględna wojna toczy się w tym kraju od 3 lat i jak gigantyczna jest skala zbrodni dokonywanych przez uczestniczące w niej strony oraz jaki jest rozmiar klęski głodu, na skutek którego może zginąć nawet… od 11 do 13 mln ludzi.

Nic nowego

Świat nagle zaczął wykazywać oburzenie faktem, że w saudyjskim konsulacie w Stambule doszło do makabrycznej zbrodni na dziennikarzu, który znany był z krytycznych opinii o panującej w Arabii Saudyjskiej dynastii. Nagle przywódcy zachodni, łącznie z prezydentem USA, zaczęli „przecierać oczy ze zdumienia”, gdy ich arabski sojusznik dał się złapać na metodach rozprawiania się z „wrogami ludu”, o których oni od dawna wiedzą. Bo niewątpliwie skandaliczna i wołająca o pomstę do nieba zbrodnia nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku saudyjskiego reżimu wahabitów. Świat zachodni potępiał – słusznie – zbrodnie wojenne dokonywane w Syrii przez Baszszara al-Asada i wspierającą go Rosję, nie zawsze zresztą potępiając równie stanowczo zbrodnie dokonywane przez tzw. opozycję, którą zdominowały zagraniczne bojówki islamskie. W przypadku Jemenu, gdzie Arabia Saudyjska występuje niemal w tej samej roli, w jakiej Rosja występuje w Syrii, a skala zbrodni jest nieporównywalnie większa – sojusznicze interesy i zobowiązania nie tylko nie pozwalają Stanom Zjednoczonym protestować, ale wręcz „legitymizują” wsparcie dla polityki regionalnej Saudów. Po drugiej stronie jest przecież Iran, który również w Jemenie prowadzi swoją wojnę. A w bliskowschodniej układance, na której opierają się decyzje USA, oznacza to jedno: wszystkie ręce na pokład i wszystkie metody dozwolone. Nawet jeśli po drodze zginie 13 mln ludzi. Trudno powiedzieć, czy istnieje bardziej brutalna i bardziej cyniczna wersja realpolitik. Nie, przykład reżimów totalitarnych czy choćby autorytarnych, jak Rosja, nie jest tu właściwy. W takich krajach podobne działanie należy do kodu genetycznego władzy. W przypadku państw uznających się za ostoję wartości i demokracji takie działanie jest poważnym naruszeniem wiarygodności.

Dawid i Goliat

To miała być klasyczna wojna błyskawiczna. Po jednej stronie najbiedniejszy kraj arabski, podzielony dodatkowo wewnętrznym konfliktem, po drugiej – najbogatsze kraje arabskie, z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi na czele, przy wsparciu Brytyjczyków i przede wszystkim Amerykanów. Ci pomagają ostatnio nie tylko danymi wywiadowczymi, ale również sprzedażą najnowocześniejszej broni. Teoretycznie wystarczyłby najgorszy amerykański sprzęt, by pokonać zupełnie przestarzałą broń, jaką dysponuje Jemen. A jednak zamiast paru tygodni – jak zakładano – szybkiej wojny mamy trwający już 3,5 roku kataklizm humanitarny, zwłaszcza od czasu, gdy Saudowie zdecydowali się na całkowitą blokadę Jemenu.

W największym uproszczeniu (na tyle, na ile to możliwe przy zawiłościach blisko- wschodnich konfliktów): źródłem kryzysu jest walka między oddziałami rządowymi prezydenta Hadiego (sunnici) a rebeliantami z ruchu Huti. Ci ostatni należą do zajadytów, stanowiących odłam islamu szyickiego. Teoretycznie więc najbliżej im do szyickiego Iranu, paradoks jednak polega na tym, że zajadyci reprezentują odłam szyizmu najbliższy sunnizmowi, a więc teoretycznie powinno im być bliżej do sunnickiej Arabii Saudyjskiej. Już ten niuans na wstępie sprawia, że jeśli cokolwiek z tej wojny jesteśmy w stanie zrozumieć, to najprawdopodobniej mylimy się przynajmniej w połowie. Faktem jednak jest, że Arabia Saudyjska w koalicji z innymi krajami sunnickimi wsparła w tej wojnie prezydenta Jemenu w tłumieniu powstania Huti. Powód był prosty: Huti, mając sojusz z Iranem, zajęli dużą część kraju, wraz z jego stolicą.

Na cudzym terenie

Do pewnego stopnia konflikt w Jemenie to najbardziej brutalna, jak dotąd, odsłona konfliktu saudyjsko-irańskie- go. Jego specyfika polega na tym, że obie strony, rywalizując na śmierć i życie o dominację w regionie, nie doprowadzają do otwartej wojny między sobą na swoich terytoriach (tego Bliski Wschód by nie przeżył), ale prowadzą ją za pomocą „pośredników” – to znaczy na terytoriach innych państw, w których ścierają się ich własne interesy. I teraz to głównie w Jemenie toczy się realna wojna między obu mocarstwami. Jak dotąd niemal każdą jej odsłonę wizerunkowo wygrywało królestwo Saudów, mając umocowanie głównie w trwającym od lat 40. XX wieku sojuszu z USA. Arabia Saudyjska jako jedyna może pozwolić sobie na radykalne obniżki cen ropy – w czym wygrywałaby konkurencję z Iranem, nawet gdyby ten nie był przez lata objęty sankcjami gospodarczymi. Arabia ma po prostu o wiele większe złoża ropy, dziennie wydobywa kilkakrotnie więcej baryłek surowca. Po drugie, Arabia Saudyjska jest liderem regionalnym w tzw. sojuszu antyterrorystycznym, który skupia ponad 30 państw. Nieważne, że jej rola w „wojnie z terrorem” jest dość dwuznaczna: przecież jednocześnie Saudowie zrobiliby wszystko, by pozbyć się syryjskiego prezydenta (wspieranego przez Iran), który właśnie z międzynarodówką terrorystyczną (a jej część jest finansowana przez... Arabię) walczy na terenie swojego kraju. W tym wszystkim Iran wydaje się dość osamotniony na arenie międzynarodowej.

Unik ONZ

Ta taryfa ulgowa, z jaką – dzięki sojuszowi z Zachodem – jest traktowany reżim w Rijadzie, była widoczna także w czerwcu 2016 roku, gdy Arabia Saudyjska została skreślona z listy państw prowadzących działania wojenne bezpośrednio zagrażające życiu ludności cywilnej, w tym dzieci. W świetle tego, co z ludnością cywilną Saudowie robią w Jemenie, była to decyzja skandaliczna – a ONZ podjęła ją niemal na pewno z przyczyn… finansowych. Saudowie zagrozili po prostu, że przestaną płacić na organizację, a wraz z USA są jednym ze znaczących płatników. Na ironię zakrawa fakt, że niewiele wcześniej ONZ przyjęła raport zarzucający Saudom działania wymierzone w ludność cywilną, w tym dzieci. Raport stwierdzał wprost, że dowodzona przez Arabię Saudyjską koalicja popełniła w Jemenie zbrodnie przeciwko ludności cywilnej, a niektóre z nich prawdopodobnie można zakwalifikować jako zbrodnie przeciw ludzkości. Podobne wnioski płyną z raportu UNICEF z tego roku – wynika z niego, że od 2015 roku zabitych w tym kraju zostało blisko 2,5 tys. dzieci, a prawie 4 tys. zostało rannych i okaleczonych. Najgorsze jednak dane dotyczą klęski głodu, przy której – o ile można w ogóle ważyć w ten sposób takie tragedie – to, co znamy z Somalii czy Sudanu Południowego, jest tylko wstępem do tego, czego świadkami możemy być w Jemenie. Blokada, którą Saudowie utrzymują od dłuższego czasu po to, by Iran nie mógł dostarczać rebeliantom broni, odbija się jednak najbardziej na ludności, która w ten sposób pozbawiona jest dostępu do żywności i pomocy humanitarnej.

Nikt nie woła

Nie ma wątpliwości, że za obecny dramat Jemenu odpowiadają wszystkie strony konfliktu, nie tylko Iran z jednej i Arabia Saudyjska z drugiej strony, ale również dziesiątki innych graczy, którzy zwyczajnie załatwiają w Jemenie swoje interesy. – Od kilku lat, bez szerszego zainteresowania opinii publicznej, narasta rywalizacja wokół południowego wyjścia z Morza Czerwonego – mówi GN jeden z zachodnich dyplomatów pracujących na Bliskim Wschodzie. – Saudyjskie i emirackie bazy wojskowe są od niedawna w Erytrei, turecka w Mogadiszu, wiele krajów zainstalowało się wojskowo w Dżibuti. Turcy zbliżyli się też do Sudanu. To wszystko w kontekście „zapasów” dwóch wrogich bloków: emiracko-saudyjsko-egipskiego, a z drugiej strony turecko-katarskiego. Iran, Izrael i Zachód to kolejny plan tej rozgrywki. Do tego mało zauważane parapaństwa: Somaliland (islamska republika, która ogłosiła oderwanie od Somalii) i Puntland (autonomiczny region w północno-wschodniej Somalii) – wymienia dyplomata. Jego zdaniem pytania o moralną stronę konfliktu w Jemenie, który utrzymuje się m.in. za sprawą państw zachodnich, praktycznie nikogo już nie interesują. – Od przesilenia tzw. wiosny arabskiej nie ma już na Bliskim Wschodzie argumentów moralnych, demokratycznych itp. – dodaje. Ofiarą takiej realpolitik może paść 13 mln ludzi. Nie dotrze do nich pomoc humanitarna – nie dopuści ich blokada utrzymywana przez Saudów. Zachód nic Saudyjczykom nie zrobi, za dużo w tę wojnę zaangażował środków. Co najwyżej przez jakiś czas będzie wyrażał głębokie oburzenie z powodu bestialskiego mordu na saudyjskim dziennikarzu w Stambule. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL