Nowy numer 29/2019 Archiwum

Niewiele wiemy o młodych

Synodalnymi refleksjami i spostrzeżeniami dzieli się abp Grzegorz Ryś.

Beata Zajączkowska: Młodzi, którzy towarzyszą synodowi w Rzymie modlitwą, mówią, że ich rówieśników to wydarzenie nie interesuje. Jaki sens ma ten synod?

Abp Grzegorz Ryś: Myślę, że jest jednak trochę inaczej. Na całym świecie było wiele wydarzeń przedsynodalnych, pokazujących, że młodzież jest zainteresowana i że chce podjąć dialog, choćby wypełniając ankiety. Dla mnie to pierwszy synod. Ważnym (wręcz kluczowym) doświadczeniem jest nowość w obradach wprowadzona przez Franciszka. Po każdych pięciu wystąpieniach jest cisza. Mamy słuchać. To jest wyraźne pokazanie, że nie przyjechaliśmy tutaj dawać własnych recept, ale przede wszystkim słuchać Boga.

Co dla Księdza Arcybiskupa było najbardziej odkrywczego na synodzie?

W nadmiarze spełniło się moje oczekiwanie doświadczenia Kościoła powszechnego. Odkrywamy, jak naprawdę niewiele wiemy o młodych. Badania mówią, że w Polsce młodzież między 19. a 25. rokiem życia w 100 proc. jest obecna w sieci. Nam się wydaje, że taka jest młodzież na całym świecie i że ten stopień „zamieszkania” w świecie wirtualnym jest powszechny. Tymczasem biskupi z Afryki mówią, że 50 proc. młodych ludzi na tym kontynencie jest niepiśmiennych. Dla nich internet jest rzeczywistością niedostępną. Ta niepiśmienna młodzież szuka nadziei na życie poza swoim miejscem zamieszkania. W 85 proc. (!) migruje. Bez przygotowania, bez wykształcenia, nie znając języka. To jest zupełnie inna rzeczywistość niż ta, która nam, Europejczykom, jawi się w głowie jako odpowiedź na hasło „młodzież”. Zarazem mówimy o kontynentach, które są rzeczywiście „młode”. Afryka, Azja zamieszkiwane są w ogromnym procencie przez ludzi do 35. roku życia. W porównaniu z nimi średnia wieku w Europie jest o wiele wyższa. Od tej strony synod jest doświadczeniem genialnym, które uczy słuchania, wzięcia w nawias tych naszych poglądów, które uważamy za absolutnie jedyne i słuszne. Nawet jeżeli chodzi o opis rzeczywistości, a co dopiero o jakiekolwiek diagnozy. To jest bardzo piękne doświadczenie.

W obradach uczestniczy ponad 30-osobowa grupa młodzieży świata… Czy mają oni jakiś wpływ na synodalne dyskusje?

To jest bezcenne, że mają możliwość przemawiania i że pracują z nami w grupach językowych. Prosimy ich często, by to oni ponazywali problemy albo przynajmniej to, co my chcemy powiedzieć, wyrazili w sposób właściwy młodym ludziom. Ale nie to jest najważniejsze. Już sam styl, w jakim oni mówią o wierze, Kościele, jest inspirujący i jest jakimś wyzwaniem. To jest ich posługa, która wymaga też dużo pokory, bo ostatecznie dokument, który powstanie, będzie napisany przez biskupów i głosowany przez biskupów, a nie przez młodych. Muszą mieć jednak mocną nadzieję i przekonanie, że my nie udajemy, że ich słuchamy i że to, co mówią, jest dla nas istotne. Na synodzie uaktualnia się umiejętność rozeznawania, o której jest mowa w „tytule” tego spotkania. I dokonuje się ono w wierze, we wspólnocie. To jest ważne, bo łatwo wpaść w tory debaty oderwanej od życia i od ludzi, którzy są teoretycznie tej rozmowy tematem.

Pojawił się zarzut, że dokument roboczy był zbyt socjologiczny; na ile w czasie dyskusji udało się tę trudność pokonać?

Nikt nie ma wątpliwości, że autorzy Instrumentum laboris wykonali ogromną pracę, która w znacznej mierze polegała na tym, żeby wielką liczbę głosów z całego świata sprowadzić jakoś do wspólnej refleksji. Ale też dość szybko okazało się, gdzie widzimy awanse tego dokumentu, a gdzie jego braki. Najczęściej mówiono, że ten dokument jest mocno przechylony w stronę pewnej diagnozy socjologicznej, psychologicznej i społecznej. Natomiast nieproporcjonalnie do tego uwzględnia to, co jest główną misją Kościoła, czyli ewangelizację i otwarcie młodego człowieka na doświadczenie Pana Boga objawionego w Jezusie Chrystusie. Jednak im dłużej synod trwał, tym częściej ojcowie synodalni mówili: Jezus, Duch Święty, Kościół. Myślę, że większość zgłoszonych poprawek dotyczyła właśnie tego, by się mocniej odnaleźć w tym, co jest autentyczną misją Kościoła, podstawową. Myślę, że nie tylko każdy z nas osobiście, ale my jako synod musieliśmy otworzyć się na taką możliwość pracy Ducha Świętego nad nami i świadomość tego, że nie wszystko jest jeszcze gotowe, przy całym trudzie, jaki został wykonany.

Realia, w jakich żyją młodzi w różnych częściach świata, są bardzo zróżnicowane. Czy synod może w tej sytuacji wskazać jakąś wspólną drogę, a nie tylko niedościgły ideał?

Na pewno nie da się wypracować jednej diagnozy, która odpowiadałaby na pytanie: „Co zrobić z młodymi dzisiaj w świecie”. Perspektyw jest tak wiele jak kontynentów czy lokalnych Kościołów. Z drugiej strony dobrze, że te wszystkie perspektywy zostały jakoś uwzględnione w Instrumentum laboris. Myślę, że nie po to, żeby koniecznie szukać wspólnego mianownika, tylko raczej żeby się poddać takiej inspiracji, iż my musimy teraz opisać młodzież w naszym Kościele lokalnym, każdy z nas po kolei. Rezygnując przy tym z łatwych stwierdzeń, że „ja wiem”, jacy ostatecznie „są” młodzi ludzie. No właśnie – nie wiem. Potrzeba pracy, bardzo systematycznej, u podstaw, we własnym środowisku. To jest inspiracja w tym kierunku. Czasami warto zapytać, czy to, co jest najważniejszą wartością młodych ludzi gdzieś w świecie, rezonuje też w umysłach naszych młodych ludzi. Bardzo wiele głosów – afrykańskich, azjatyckich – było poświęconych szkolnictwu katolickiemu. Ojcowie bardzo mocno podkreślali, że w niektórych wypadkach szkoła katolicka jest jedynym miejscem doświadczenia Kościoła dla młodego człowieka. Miejscem, które jest budowane w sposób kompetentny, otwarty i budzący zaufanie. My z kolei podkreślamy, że edukacja wszystkiego nie załatwia. Niemniej łatwo się tak mówi w świecie, gdzie edukacja postrzegana jest jako powszechne prawo każdego, a nie przywilej dla niektórych. Nie wiem, na ile wybrzmi to w końcowym dokumencie synodalnym, czy w późniejszej adhortacji Ojca Świętego, ale w umysłach ojców synodalnych rodzi się pytanie o w miarę powszechne priorytety, o to, co w spotkaniu z młodymi jest wartością, której nie wolno pominąć. Na pewno takimi wartościami są rodzina, przyjaźń, która tutaj upomniała się o siebie, praca, edukacja, wolność. Wszystko to są wartości wspólne dla młodych ludzi niezależnie od tego, gdzie żyją. Łatwo je skatalogować, ale opisać tak samo ich się nie da, bo inaczej na rodzinę (wszędzie stawianą na pierwszym miejscu w hierarchii wartości) patrzy Europejczyk, a inaczej Afrykanin.

Wielu komentatorów zżymało się na stwierdzenie młodych, że chcą, by ich słuchać, upatrując w tym obniżania poprzeczki i wprowadzania relatywizmu moralnego. Obawy zrodziły też propozycje dotyczące homoseksualistów…

Przestrzegałbym przed wyciąganiem zbyt szybkich wniosków. Dokument synodalny ma różne części: w pierwszej jest przede wszystkim próba opisu rzeczywistości, w drugiej próba oceny, w trzeciej podpowiedzi konkretnych działań. W opisie dzisiejszego świata trudno jest uciec od uwzględnienia osób nieheteroseksualnych. Czym innym natomiast jest nauczanie Kościoła, które z jednej strony wzywa do szacunku dla każdego człowieka bez wyjątku (a więc i bez względu na jego orientację seksualną), z drugiej wszakże pozostaje niezmiennie przy swojej ocenie aktów homoseksualnych jako moralnie nieuporządkowanych. Osobiście nie wierzę, żeby w tym zakresie miała się dokonać jakaś zmiana nauczania. Ale to jest jeden z przykładów tej zmiany, która urzeczywistnia się w Kościele, także dzięki papieżowi Franciszkowi, mówiącemu, że doktryna chrześcijańska jest stała. Natomiast to, co potrzebujemy zmieniać, to nasze odniesienie do osób. Pojawia się oczywiście pytanie, w jakim stopniu, w jaki sposób niezmienna doktryna odnosi się do konkretnych ludzi w ich sytuacji życiowej. Ale tutaj przestrzegałbym przed chodzeniem na łatwe skróty. Poza tym nie jest to najważniejszy temat synodalnej debaty.

Niektóre doniesienia medialne głosiły, że sprawa nadużyć w Kościele zdominowała synodalną debatę…

Może nie zdominowała, ale z całą pewnością została uczciwie postawiona. Kościół nie dlatego głosi orędzie Ewangelii światu, że sam w sobie jest święty we wszystkich swoich członkach. Nie, jest kruchy, jest słaby, tak jak mówi św. Paweł: „Nosimy skarb w naczyniach glinianych”. I tworzenie mitu wokół siebie, że jesteśmy z żelaza czy marmuru, jest nieporozumieniem. Równym albo jeszcze większym nieporozumieniem byłoby wszakże wycofanie się z głoszenia Orędzia, bośmy się w jakiejś mierze nie sprawdzili. To nie jest żadna droga. Trzeba mieć dość pokory w sobie, żeby powiedzieć: to, co Bóg w Chrystusie i Duchu Świętym ofiaruje światu, jest jedyną receptą na przyszłość. A to, że my sami nie potrafimy do końca żyć tą nauką? Nie potrafimy, jesteśmy grzesznikami, ale Jezus Chrystus jest wcielonym dobrym Słowem Boga dla człowieka.

Czy nie za dużo zastanawiamy się nad tym, jak zrobić młodym miejsce w Kościele, zapominając, że od zawsze już to miejsce w nim mają?

O tym mówią wszyscy, najwięcej ojcowie z tych krajów, gdzie Kościół jest młody. Dla wszystkich jest jasne, że sensownie jest budować Kościół z młodymi, a nie dla młodych. Warto podkreślić, że młodzi uczą się przez działanie. Nie wystarczy im wyłożyć, co to jest Kościół; od samego wykładu rzeczywistość jeszcze się nie zmienia. Są potrzebne „ćwiczenia” z tej eklezjologii, i tyle młodzi przeżyją z Kościoła, ile sami będą mogli w nim aktywnie stworzyć. Druga rzecz powtarzana jest w Kościele od Pawła VI: gdy chodzi o ewangelizację młodych, największe miejsce w niej zajmują sami młodzi. Ważne jednak, byśmy nie wypowiadali takich zdań z naiwną automatycznością. Nie dlatego młodzi mogą być ewangelizatorami wśród młodych, że są młodzi, tylko dlatego, że zostali poprowadzeni do odkrycia wiary i że to odkrycie wiary stało się w ich życiu tak fundamentalne, że nie mogą się nim nie podzielić. Dość często powielana jest na synodzie kalka o tym, że młodzi są prorokami dla Kościoła. Oczywiście młodość sprawia, że wiele pytań stawiają ostrzej niż my, również o wiele ostrzej reagują na odpowiedzi, które nie są koherentne – takie jest prawo młodości. Natomiast samo proroctwo jest owocem działania Ducha Świętego w człowieku, a nie tylko tego, że się jeszcze nie zestarzał.

Co z punktu widzenia Kościoła w Polsce było ważne na synodzie?

Musimy wykorzystać to, że my młodych jeszcze ciągle „mamy”. Mamy ich – co pokazują badania – w większym stopniu niż dorosłych. I jeżeli narzekamy na to, że w tym czy innym miejscu młodzi okazują się niewierzący albo nie dość wierzący, to tak naprawdę jest to ostra diagnoza tego, co my im oferujemy w Kościele. Nie wystarczy wyłącznie szkolna katecheza, nawet jeśli trwa ona 12 lat. Jest niesłychanie ważna, ale sama w sobie nie wystarczy, jeśli nie będzie uzupełniona – lepiej: poprzedzona (!) ewangelizacją. To wezwanie do ewangelizacji, do pokazania żyjącego Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego, jest wezwaniem numer 1. Druga rzecz. Jeżeli mamy do czynienia z młodymi, którzy już do Kościoła mają duży dystans, przestali do niego uczęszczać, nie identyfikują się z nim, to musimy sobie zadać pytanie, co w ich życiu stanowi wartość, w której możemy się z nimi spotkać. Co ich interesuje i pasjonuje. Jeśli spotkamy się z nimi właśnie „tam”, otworzy to zapewne przed nami wspólną drogę do poznania Boga w Jezusie Chrystusie. Rodzina, przyjaźń, praca. Jest ileś takich pojęć niesamowicie istotnych, gdzie Ewangelia ma swoją wartość, ale ma też w sobie dość pokory, aby niekoniecznie się od razu podpisywać. Można rozmawiać z młodymi, co my rozumiemy pod tymi pojęciami, wiedząc, jak są głęboko ewangeliczne, ale nie musimy wcale od tego zaczynać rozmowy. W procesie ewangelizacji podkreśla się w punkcie wyjścia potrzebę, aby opisać pozytywnie (!) człowieka, który przestał praktykować. Jest ochrzczony (a nasza młodzież w większości jest i ochrzczona, i bierzmowana), a jednak znikł. Bardzo łatwo jest utyskiwać: że są tacy, siacy i owacy. Prawdziwym wyzwaniem i potrzebą jest diagnoza, co jest pozytywne, co jest dla nich wartością pozytywną. To bowiem jest właśnie potencjalne miejsce spotkania. Nie ukrywam, że i we mnie wykluwa się pewien posynodalny pomysł, ale najpierw muszę go przegadać z młodymi w Łodzi i dopiero potem będę go zdradzał.

Na zakończenie synodu wyślecie list do młodych świata…

To jest po linii inspiracji, jaką było orędzie Pawła VI do młodych na zamknięcie soboru. Jest to wydarzenie ważne, w którym chodzi nie tylko o młodych, chodzi też o Kościół, który oni mają współtworzyć. Więc trudno się do nich nie odezwać z taką właśnie nadzieją. Chcemy powiedzieć, że ten Kościół jest ostatecznie dla was, nie ma się przecież skończyć na naszym pokoleniu. Ja bym im chciał powiedzieć, że Ewangelia jest dobrą nowiną i żeby się nie bali „pójścia na całość” w spotkaniu z Jezusem Chrystusem. Nawet wtedy, gdy pokolenie starsze, moje i jeszcze starsze, czasami okazało się niewierne przesłaniu, które głosi, przesłanie ma wartość samo w sobie. No i żeby otwierali się na doświadczenie Pana Boga w Kościele. Jestem przekonany, że Ewangelia jest przed nami, a nie za nami. Nam się nieraz wydaje, że chrześcijański świat już był, a chrześcijański świat dopiero nadchodzi! •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji