Nowy numer 2/2021 Archiwum

Podnosił ciała zamordowanych

– Z arcybiskupa Oskara Romero próbowano zrobić rewolucjonistę, a on był przede wszystkim kapłanem – mówi ks. dr Andrzej Dobrzyński. – Zamordowano go podczas Eucharystii, kiedy przygotowywał dary ofiarne. Właśnie został ogłoszony świętym.

Arcybiskup swój ostatni dzień – 24 marca 1980 r. – przeżył w gronie kapłanów. Rozważali List Jana Pawła II na Wielki Czwartek. Po powrocie z krótkiej przechadzki wyspowiadał się. Powiedział spowiednikowi, że wkrótce stanie przed Bogiem i chce to zrobić z czystym sercem. Potem poszedł odprawić Mszę św. w kaplicy szpitala dla terminalnie chorych. Podczas jej sprawowania został zamordowany przez szwadrony śmierci. – To nie rewolucjonista został świętym, lecz męczennik, który zginął za wiarę in odium fidei – podkreśla ks. Dobrzyński. – Wiara była siłą dającą mu odwagę do upominania się o prawa tych, którym odebrano głos – ubogich i zepchniętych na margines. Jan Paweł II uważał go za męczennika. Dwa razy modlił się przy jego grobie. W 2000 r. podczas celebracji poświęconej męczennikom XX w., na wyraźne polecenie Jana Pawła II, wymieniono abp. Romero we wspomnieniu męczenników Ameryki Łacińskiej, mimo sprzeciwów otoczenia watykańskiego.

– Czy kapłan może stać się bojownikiem walki o wolność? – dopytuję. – Abp Romero, inspirowany wiarą, oddał życie za sprawiedliwość i pokój w swojej ojczyźnie – słyszę odpowiedź. – Sobór Watykański II powiązał posłannictwo Kościoła z obroną praw ludzkich. Potwierdził to Synod Biskupów o ewangelizacji w 1974 r. Kardynał Wojtyła też bronił prawa do wolności religijnej. Wystarczy przeczytać jego pisma do władz PRL-u.

Nie wyjechał

Ksiądz dr Andrzej Dobrzyński, dyrektor Ośrodka Dokumentacji i Studium Pontyfikatu Jana Pawła II w Rzymie, jest autorem kilku artykułów naukowych o nowym świętym i gromadzi materiały do książki o nim. Poznał osobiście świadków jego życia, przede wszystkim kapłanów z San Salvadoru. Wśród nich Gregoria Rosę Chaveza, obecnie kardynała, za czasów abp. Romero rektora seminarium, a następnie biskupa pomocniczego w archidiecezji. Pierwszy raz usłyszał o abp. Romero w Dzienniku TVP: – To było kilka dni po jego zamordowaniu. Podano tę informację, pokazując archiwalne nagranie, na którym widać, jak idzie przez katedrę, błogosławiąc wiernych. Przypomniano jego słowa: „Cóż to za pasterz, który opuszcza swe owce”. Miał je wypowiedzieć, kiedy w obliczu zagrożenia życia zaproponowano mu wyjazd z kraju. Pozostał, świadomy tego, że prędzej czy później zostanie zamordowany. Zafascynowała mnie jego odwaga w obliczu zbliżającego się męczeństwa.

Proces kanonizacyjny abp. Romero trwał długo z powodu mylnego przekonania, że wspierał lewicę i był przeciwko skrajnej prawicy. Rozpoczęto go w 1993 r., ale po 2000 r. wszedł w impas, który w 2013 r. zakończyła decyzja papieża Franciszka. – Takie przeświadczenie było skutkiem manipulacji, które dokonały się po jego śmierci – wyjaśnia ks. dr Dobrzyński. – Jego osoba została zawłaszczona przez zwolenników teologii wyzwolenia, a następnie grup „antysystemowych”. Kiedy w 1983 r. Jan Paweł II przybył do San Salvadoru, powiedział: „Romero jest nasz”. Miał na myśli, że jest on człowiekiem Kościoła, inspirującym się Ewangelią i katolicką nauką społeczną. Bo arcybiskup kochał Kościół. Nie bez powodu na zawołanie biskupie wybrał słowa: Sentire cum Ecclesia. Analiza jego pism i wystąpień potwierdziła, że był człowiekiem wiary i Kościoła. Ten wątek był skrupulatnie sprawdzany podczas procesu kanonizacyjnego. Weryfikacja trwała wiele lat i z jej powodu wstrzymywano wyniesienie go na ołtarze.

Stawił czoła

– Urodził się w 1917 r. w miasteczku Ciudad Barrios, niedaleko granicy z Hondurasem – opowiada ks. Dobrzyński. – Pochodził z rodziny wielodzietnej, miał pięciu braci i siostrę. Jego ojciec pracował na poczcie. Matka zajmowała się domem i to od niej przejął zamiłowanie do modlitwy. Jako 12-latek został przyjęty do niższego seminarium, a 8 lat później, jako seminarzystę, wysłano go do Rzymu, gdzie spędził 6 lat. W 1942 r. przyjął święcenia kapłańskie.

Po powrocie do Salwadoru został proboszczem w rodzimej diecezji San Miguel, następnie pełnił rolę wikariusza generalnego w kurii. W 1967 r. objął funkcję sekretarza konferencji episkopatu. Po 3 latach został konsekrowany na biskupa pomocniczego w stolicy. Został też rektorem seminarium. W 1975 r. mianowano go ordynariuszem diecezji Santiago de María. Przeżył tam 2 lata, poświęcając się duszpasterstwu. W tej niewielkiej diecezji nie było problemów, którym musiał stawić czoła jako arcybiskup San Salvadoru. Niedługo po tym, jak w lutym 1977 r. przyjął te obowiązki, został zamordowany jego przyjaciel o. Ruilio Grande. Romero był arcybiskupem niedługo, ale w okresie, kiedy konflikt w kraju stawał się coraz bardziej napięty.

Między prawicą a lewicą

– System partyjny w Salwadorze był słaby i uzależniony od oligarchii, podobnie jak wojsko. Oligarchię tworzyło kilka bardzo bogatych rodzin, które zawłaszczyły kraj i uważały się za patronów miejscowego Kościoła. Sytuację pogarszała zimna wojna i niszcząca Salwador polityka wielkich mocarstw. Kapłani i katechiści byli oskarżani o spisek rewolucyjny. – Czy nie dochodziło z ich strony do przekroczenia granicy pomiędzy religią a polityką? – pytam. – Być może idee komunistyczne mogły wydawać się kuszące dla społeczności, przed którą nie było przyszłości – odpowiada. – W tamtej sytuacji łatwo rodziły się postawy radykalne. Abp Romero negocjował ze wszystkimi, by uratować pokój. Otrzymywał pogróżki zarówno od ludzi prawicy, jak i lewicy. Do tego doszedł podział w episkopacie. Nawet wszczęto przeciwko niemu dochodzenie. Odbyły się dwie wizytacje, które oceniły jego pasterzowanie. Pierwsza z wynikiem negatywnym, druga – pozytywnym.

Z papieżami

– Na szczęście otrzymał wsparcie od Pawła VI i, krótko przed śmiercią, od Jana Pawła II – podkreśla ks. Dobrzyński. – Jego pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II odbyło się w kwietniu 1979 r. Papież, powołując się na przykład Polski, przypominał abp. Romero o potrzebie jedności w episkopacie. Wtedy nie było to do osiągnięcia, bo podziały w nim były zbyt głębokie i polityczne. Abp Romero starał się je załagodzić, ale podejmowane przez niego próby pojednania zawiodły. Papież wspomniał też, że rozważa mianowanie administratora zamiast abp. Romero. Byłoby to spełnienie pragnień władz Salwadoru.

Drugie spotkanie przyszłych świętych miało miejsce w styczniu 1980 r. Wtedy Jan Paweł II już poznał bardzo trudną sytuację polityczną w Salwadorze i mocno wsparł duchowo arcybiskupa. Po tej wizycie władze reżimowe zrozumiały, że abp Romero nie zostanie odwołany. Pewnie to także miało wpływ na powzięcie przez nich myśli o zamordowaniu go.

– Kluczem do zrozumienia abp. Romero jest kapłaństwo – uważa ks. Dobrzyński. – Jeszcze za życia dziennikarze nazywali go Dawidem, który stanął naprzeciw Goliata, jakim była dyktatura oligarchii salwadorskiej, a w ostatecznym rozrachunku – kontrolującego region USA. W trakcie tej zimnej wojny dwa mocarstwa – USA i ZSRR – walczyły o dominację w tym rejonie. Rządy w sąsiedniej Nikaragui od 1979 r. były w rękach komunistów. Ten przykład działał na partyzantki lewicowe w sąsiednich krajach. Nakłady finansowe ZSRR na wspieranie ugrupowań lewicowych były znacznie większe niż pieniądze przekazywane przez USA. Mocodawcom chodziło o eskalację konfliktu w Salwadorze. Jego ofiarami byli prości ludzie i kapłani. Doszło do takiego szaleństwa w tropieniu rewolucji, że powodem wyroku śmierci mógł być fakt, że ktoś posiadał Biblię. Abp Romero mówił o sobie, że jest biskupem, który podnosi ciała zamordowanych. Nieustannie przewodniczył obrzędom pogrzebowym zabitych.

Najwyższa cena

Słynne były jego długie kazania transmitowane przez kościelną radiostację. – Słuchano ich w całym kraju, a nawet poza jego granicami – opowiada ksiądz. – Pierwszą część stanowiło rozważanie biblijno-teologiczne, druga polegała na wskazaniu, jak daną naukę wprowadzić w życie. W trzeciej przekazywał informacje z życia archidiecezji i kraju. Niejednokrotnie ujawniał wtedy przestępstwa popełnione przez szwadrony śmierci czy partyzantów ugrupowań lewicowych – dodaje. W przeddzień swojej śmierci, w niedzielnym kazaniu wezwał żołnierzy, by nie wykonywali rozkazu strzelania do campesino, czyli chłopów. Podkreślał, że to niemoralne i sprzeciwia się sumieniu i prawu Bożemu. Wezwał władze do zakończenia represji. – Moim zdaniem to był moment kluczowy w jego posłudze, kiedy zgodził się, że zapłaci najwyższą cenę za wierność prawdzie – mówi. – I tak się stało nazajutrz. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama