Nowy numer 42/2018 Archiwum

Już się oczyściłem

O wstawaniu, wyrokach i potrzebie uśmiechu mówi Janusz Świtaj.

Barbara Gruszka-Zych: Ile czasu zabiera Panu wstanie z łóżka?

Janusz Świtaj: Zwykle około półtorej godziny. Najpierw trzeba mnie rozruszać, dobrze oklepać, wykonać ćwiczenia, odessać wydzielinę zalegającą na oskrzelach i płucach. Kiedy przychodzi asystent, zaczynamy od ubierania. Benek przygotowuje podnośnik i podwiesza mnie na macie, potem odpina respirator, który montuje na stojącym przy moim łóżku wózku. Kiedy już na nim siadam, wszystko trzeba pozabezpieczać, przypiąć mnie pasami, schować przewody od respiratora. Następnie odbywa się toaleta, która zajmuje dużo czasu – asystent myje mi twarz, potem zęby, goli mnie. Wymienia gaziki od rurki tracheotomijnej, żeby były świeże i czyste.

Potem, jeśli to rok akademicki, jedzie Pan na zajęcia do Katowic.

Od października zacznę ostatni rok psychologii na UŚ w trybie wieczorowym w indywidualnym toku nauczania. Najtrudniejsze są wyjazdy na uczelnię dzień po dniu, bo wtedy trudniej jest mi się regenerować. Wracam około 23.00, a rano następnego dnia muszę jeszcze znaleźć czas na obowiązki w Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” i powtórkę materiału. W semestrze zimowym bywało, że aby się wyrobić, musiałem uczyć się w nocy.

Dziś tryska Pan życiem, a w 2006 r. napisał Pan list do prezydenta Lecha Kaczyńskiego z prośbą o zaprzestanie uporczywej terapii.

Wracamy do wątku, którego za bardzo nie lubię teraz poruszać. To już dla mnie historia. Było, minęło, teraz dla mnie liczy się to, co jest tu i teraz. Wówczas zmusiła mnie do tego beznadziejna sytuacja. Byłem uwięziony we własnym ciele, najpierw przez sześć lat przebywałem bez żadnego kontaktu ze światem na oddziale intensywnej terapii, a potem kolejne lata w mieszkaniu rodziców. To była wegetacja – obracanie z boku na bok, odsysanie, spastyczne bóle ciała. Czułem, że ta sytuacja przerasta mnie i moich rodziców.

Po tym Pana wołaniu o pomoc odezwała się cała Polska.

Żeby dalej ciągnąć życie, potrzebne mi było wsparcie nie tylko rodziców, ale większego grona osób, także instytucji takich jak OPS, który daje mi fundusze na asystenta. Najbardziej pomogła mi fundacja „Mimo Wszystko” Anny Dymnej. Wielu wspaniałych darczyńców z całego kraju otworzyło wtedy dla mnie serca. Założono mi subkonto, na które wpłacano ofiary na specjalistyczny wózek. Dostałem tyle, że dołożyłem je do dotacji z PFRON-u i kupiłem samochód. Pamiętam, jak pierwszy raz w 2008 r. na wózku, zaopatrzony w aparaturę, przy pomocy asystenta „wyszedłem” do sklepu. To było przeżycie! Dziś, po 11 latach, mój organizm już jest tak przyzwyczajony, że potrafię na wózku spędzić do 14 godzin i przemierzać po kilkaset kilometrów.

Gdzie Pan pojechał najdalej?

W zeszłe wakacje wybrałem się na dwa tygodnie nad morze i przemierzyłem ponad 2 tysiące kilometrów po całym Pomorzu. Pojechałem też na kilka dni do Zakopanego i wjechałem na Kasprowy Wierch. Ostatnio, dzięki uprzejmości flisaków, płynąłem tratwą przełomem Dunajca. Tydzień temu w Bełchatowie z innymi osobami z różnymi niepełnosprawnościami ruchowymi zdobyłem górę Kamieńsk. Żeby asystent czuł się bardziej komfortowo i nie brał za mnie całej odpowiedzialności, jeździ ze mną też mój tata. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Pracuje Pan jako wolontariusz w hospicjum stacjonarnym im. Jana Pawła II w Żorach.

Chciałem zrobić w te wakacje coś pożytecznego dla innych. Jestem przekonany, że mogę wiele się nauczyć od pacjentów i pracujących tam psychologów.

Nie może Pan przekładać na bok chorych ani zmieniać im pampersów, ale...

…mogę im towarzyszyć, co, moim zdaniem, jest ważniejsze. Najważniejsza jest obecność, trzeba podejść do chorego, uśmiechnąć się, zapytać: „jak się czujesz?”, pobyć przy jego łóżku. Jeśli w danej chwili nie dokucza mu ból, warto podjąć rozmowę. Ważna jest też rozmowa i wysłuchanie bliskich pacjenta.

Czy chorzy rozpoznają Pana?

Tak, bo kilkanaście lat temu oglądali mnie w różnych mediach. Ale zwykle z niedowierzaniem dopytują, czy to ja. Potwierdzam, że tak, Janusz Świtaj z Jastrzębia-Zdroju. Wtedy widzę na ich twarzach autentyczny uśmiech. „Bardzo fajnie, że pan sobie poradził i nawet do nas przyjeżdża” – słyszę. Od takiego wstępu często zaczyna się nasza rozmowa. Niestety, z pacjentami hospicjum trudno się na dłużej zaprzyjaźniać, bo zbyt szybko odchodzą.

Dużo to Pana kosztuje?

Niewątpliwie, ale jako przyszły psycholog muszę sobie z tym radzić. Sam po wypadku leżałem na OIOM-ie w dwuosobowej sali i widziałem, jak chorzy często odchodzili. Można powiedzieć, że jestem zahartowany na tego typu przeżycia.

Jak się można na nie uodpornić?

To przychodzi naturalnie. Pamiętam, że kiedy pierwszy leżący obok mnie umarł i pielęgniarki zostawiły mnie z nim samego w późnych godzinach nocnych, to się bałem. Powiedziałem im o tym, a one odpowiedziały żartobliwie: „Janusz, bój się żywych, nie umarłych”. Wtedy po prostu pomodliłem się za tego zmarłego. Kiedy przyszedł drugi, trzeci zgon współpacjenta, musiałem się z tym oswoić. Szczególnie została mi w pamięci śmierć 17-letniego chłopaka, który tak jak ja miał wypadek na motorze. Widziałem, jak na tę tragedię reagowali jego rodzice, mama z tych emocji mdlała. Przypominałem sobie wtedy, co przeżywali moi rodzice.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji