Nowy numer 49/2018 Archiwum

W lubuskiej kolebce przejdź do galerii

Wiele zagadek kryją w sobie międzyrzeckie zabytki, dlatego spacerując po mieście, czujemy się trochę jak detektywi. Tak to już bywa w miejscach, w których młyny historii mielą intensywniej.

Ruszyliśmy do granic (na szczęście nie wytrzymałości), by sprawdzić, czy hasło „Polska jest jak obwarzanek – to, co dobre, jest na obrzeżach” ma wciąż rację bytu. Doskonale wiemy, jak zmieniły się granice od czasu, gdy Józef Piłsudski wypowiadał tę słynną dewizę, dostosowaliśmy się więc do dzisiejszych miejsc pogranicza. Wybraliśmy krainy na krańcu mapy, na styku. Przestrzenie, w których mieszają się języki, narodowości, kultury, wyznania. Urzekające pięknem krainy, gdzie Wschód spotyka Zachód, Bizancjum – Rzym, a Tomasz z Akwinu – Mikołaja Cudotwórcę. Tygiel kultur i religii. Miasteczka, w których po brukowanych uliczkach spacerowali ramię w ramię Polacy, Litwini, Niemcy, Żydzi, Cyganie, staroobrzędowcy. W tym odcinku zapraszamy do Międzyrzecza, lubuskiej kolebki chrześcijaństwa i państwowości polskiej, miejsca śmierci pierwszych męczenników Polski.

 

Stoimy na granicy. W lesie pomiędzy Pszczewem a Silną – dwiema niewielkimi miejscowościami w województwie lubuskim, w powiecie międzyrzeckim – zatrzymał nas strażnik wyrzeźbiony w drzewie. Przypomina postać plutonowego Antoniego Palucha, Polaka pełniącego służbę w tym miejscu w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku. Postrzelony w tył głowy, zginął jako jedna z pierwszych ofiar II wojny światowej. Tuż obok replika kamienia granicznego informuje nas, że właśnie w tym miejscu, po traktacie wersalskim z 28 czerwca 1919 r., przebiegała granica między Niemcami a Polską.

Po stronie „D”

Międzyrzecz leży około 15 km stąd, po stronie oznaczonej na kamieniu literką „D” jak „Deutschland”, czyli po prostu Niemcy. Jeszcze dalej na zachód znajduje się Międzyrzecki Rejon Umocniony – sieć największych w Europie pomilitarnych podziemi, które rozciągały się na przestrzeni ok. 100 km między Wartą i Odrą. Mimo licznych zniszczeń, dokonanych w 1945 r. przez wojska radzieckie, w centralnej części MRU ocalał unikatowy system tuneli o łącznej długości 32 km, z podziemnymi dworcami i pancernymi osłonami ważącymi nawet 64 tony.

Tunele wydrążono w latach 1936–1939 w celu… odparcia niespodziewanego uderzenia wojska polskiego. Kiedy jednak Niemcy urosły w siłę, Hitler uznał, że bardziej niż bunkry przydadzą mu się dywizje pancerne. Budowa została więc wstrzymana, ale to, co po niej pozostało, robi ogromne wrażenie. Spacerujemy siecią tuneli, w których półautomatyczne moździerze, stacjonarne miotacze ognia i karabiny maszynowe miały bronić państwa niemieckiego przed „polskim najeźdźcą”. Dziwnie to brzmi, kiedy uświadomimy sobie, jak ostatecznie potoczyła się ta historia.

Dziś to tylko muzeum, ale urządzone z rozmachem. Poświęcone fortyfikacjom i... nietoperzom, bo jest to także największy rezerwat tych zwierząt w Europie – zimą ukrywa się tu ponad 35 tys. skrzydlatych ssaków. Zwiedzanie odbywa się w wielu wariantach – od wersji krótkiej aż po trasy ekstremalne, obejmujące nawet 8 godzin podziemnych wędrówek. My wybieramy wariant najkrótszy, ale i tak spędzamy pod ziemią 1,5 godziny. Kiedy wychodzimy na światło dzienne, czeka już na nas na szutrowej drodze transporter opancerzony BTR-152. Przejażdżka po okolicznych polach cudem radzieckiej techniki z 1953 r. to finał jakby trochę z innej bajki, ale w tym militarnym „parku rozrywki” (obok wyrosła też „wojskowa” gastronomia i park miniatur) trudno się czepiać takich szczegółów.

Każdy ma swojego Niemca

Militarne tradycje przetrwały w Międzyrzeczu, choć kto inny je kontynuuje. Stacjonujący tu garnizon 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej to dziś największy pracodawca w mieście i całym powiecie. – W Międzyrzeczu po wojnie dokonała się niemal stuprocentowa wymiana ludności – podkreśla prof. Marceli Tureczek, urodzony w tym mieście historyk z Uniwersytetu Zielonogórskiego. – Mniej więcej 60 proc. nowych mieszkańców pochodziło z centralnej Polski, a ok. 40 proc. z Kresów Wschodnich. Dlatego sporo jest tu ludności greckokatolickiej, łemkowskiej, ale dziś już trochę zasymilowanej. Trudno więc nazywać współczesny Międzyrzecz miastem wielokulturowym, bo odrębności wśród mieszkańców są dziś zbyt słabe. Nie ma ścierania się, przenikania kultur. Natomiast historia Międzyrzecza faktycznie osadzona jest w wielokulturowości. To pozostało czytelne także w spuściźnie materialnej.

Rzeczywiście, spacerując ulicami miasta, ciągle napotykamy takie ślady. Katolicki kościół św. Wojciecha w Rynku do 1945 r. był świątynią ewangelicką, grekokatolicy modlą się w obiekcie odziedziczonym po staroluteranach, natomiast aron ha-kodesz, czyli szafę do przechowywania Tory, odkrywamy w... chińskim sklepie urządzonym w miejscu dawnej synagogi. Jedna z niewielu pozostałości po Żydach, obecnych w Międzyrzeczu od czasów średniowiecznych, tkwi teraz schowana między kolorowymi kapciami i ręcznikami. Z pewnością nie jest to dla niej godne miejsce, ale przynajmniej zabytek nie niszczeje. Może doczeka lepszych dla siebie czasów?

Zdaniem prof. Tureczka charakterystyczne dla Międzyrzecza są dobre relacje obecnych mieszkańców z rodzinami dawnych, niemieckich właścicieli tutejszych posiadłości: – To jest niezrozumiałe dla ludzi z innych części Polski, ale tutaj „każdy ma swojego Niemca”. Jeszcze 20 lat temu przedwojenni mieszkańcy przyjeżdżali tu w odwiedziny. Teraz mało który z nich żyje, ale kontakty, a nawet przyjaźnie, utrzymuje już trzecie pokolenie.

Nasi pierwsi męczennicy

Ale kiedy zejdziemy jeszcze głębiej w przeszłość, odkryjemy w Międzyrzeczu korzenie, które bynajmniej nie są niemieckie. W tym celu najlepiej udać się na międzyrzecki zamek, wybudowany przez Kazimierza Wielkiego w miejscu słowiańskiego grodu istniejącego tu od IX wieku. Gród ulokowany był na cyplu stworzonym przez ujście Paklicy do Obry. Właśnie od tego położenia między dwiema rzekami pochodzi nazwa miejscowości.

To miejsce można śmiało nazwać lubuską kolebką chrześcijaństwa i jednocześnie państwowości polskiej. „Passio Sancti Adalperti” – średniowieczny utwór hagiograficzny przedstawiający życie św. Wojciecha – podaje, że męczennik po opuszczeniu Saksonii założył klasztor „ad Mestris locum”, co najczęściej tłumaczy się właśnie jako Międzyrzecz. W 1001 r., na prośbę Ottona III i przy wsparciu Bolesława Chrobrego, przybyło do Międzyrzecza z Italii dwóch benedyktynów: Benedykt i Jan, którzy mieli zorganizować placówkę i nadać jej charakter misyjny. Dołączyło do nich dwóch nowicjuszy – Mateusz oraz Izaak – najprawdopodobniej Polaków, choć mogli także pochodzić np. z Czech. Tej czwórce usługiwał miejscowy chłopak o imieniu Krystyn.

Misja zakonników nie trwała jednak długo – już wkrótce mieli zyskać miano Pięciu Braci Męczenników. W nocy z 10 na 11 listopada 1003 r. ponieśli śmierć z rąk miejscowych, którzy, po wcześniejszej libacji, postanowili obrabować misjonarzy. Rabusie spodziewali się znaleźć srebro, rzekomo przekazane mnichom przez Bolesława Chrobrego, a gdy okazało się, że cennego kruszcu w klasztorze nie ma, cięli bez litości swoje ofiary mieczem i przebijali oszczepami.

Tak oto bracia stali się pierwszymi męczennikami Polski, a ich żywot opisał wkrótce, około 1008 r., Brunon z Kwerfurtu, późniejszy święty, który znał osobiście Benedykta (przez pewien czas mieszkał z nim nawet w jednej celi). Wcześniej papież Jan XVIII zaliczył mnichów „bez wahania” i „bez wątpienia” w poczet świętych męczenników. Ostatecznie kult zatwierdził Juliusz II w 1508 roku.

W poszukiwaniu klasztoru

W Międzyrzeczu wiele jest dziś miejsc upamiętniających Pięciu Braci Męczenników. Wyrzeźbione w drewnie postacie zakonników znajdujemy przy wejściu na zamek. W XV-wiecznym kościele św. Jana Chrzciciela, w bocznym ołtarzu, przechowywane są relikwie mnichów, w świątyni jest też ich wizerunek namalowany przez lokalnego artystę Romana Kasprowicza. A gdy wjeżdżamy do miasta, rzuca nam się w oczy charakterystyczna bryła niedawno zbudowanego sanktuarium pod wezwaniem Pierwszych Męczenników Polski, którym opiekują się ojcowie pallotyni.

Zagadką pozostaje natomiast, gdzie dokładnie mieścił się klasztor pięciu braci. Tradycja lokuje go w pobliskiej wsi Święty Wojciech, jednak, jak mówi prof. Marceli Tureczek, „tradycja sobie, a nauka sobie”. – Część badaczy, z prof. Stanisławem Kurnatowskim na czele, postawiła tezę, że ośrodek religijny musiał istnieć przy dworze międzyrzeckim – relacjonuje historyk.

Andrzej Kirmiel, dyrektor Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej im. Alfa Kowalskiego, jest zdania, że najbardziej prawdopodobnymi miejscami ulokowania klasztoru były albo dzisiejszy rynek, pod którym w XIX w. odkryto średniowieczne cmentarzysko, albo teren obecnej dzielnicy Winnica po prawej stronie Obry, którego ukształtowanie w dużym stopniu odpowiada opisowi zawartemu w relacji św. Brunona. – Koncepcja, że klasztor mieścił się w Świętym Wojciechu, nie ma żadnego poważnego uzasadnienia. Do upowszechnienia się takiego przekonania przyczyniła się nazwa wsi, która jednak pojawia się w źródłach pisanych dopiero w 1259 r. Międzyrzecki klasztor miał mieć charakter misyjny, był nastawiony na kontakt z otoczeniem. Trudno więc wyobrazić sobie, by ulokowano zakonników w jakiejś pustelni, w głuszy zupełnie odciętej od grodu – twierdzi dyrektor Kirmiel.

Poplątane historie

W muzeum, mieszczącym się tuż obok imponującego zamku, warto obejrzeć zwłaszcza największą w Polsce kolekcję portretów trumiennych, blach herbowych i epifanijnych. Andrzej Kirmiel zwraca uwagę, że duża część portretów przedstawia szlachtę niemiecką, która jednak, osiedliwszy się na tym terenie, przyjmowała polskie obyczaje. Można to prześledzić na przykładzie rodu von Unruh: ojciec Alexander nosi jeszcze strój niemiecki, ale syn Christoph wygląda już jak typowy sarmata. Dopiero w XVIII w., gdy sarmatyzm przestanie być modny, wnuk Karl August na powrót prezentować będzie bardziej zachodni styl. Ale to rozdarcie między Niemcy i Polskę zawsze będzie obecne w rodzie. Ostatni jego znany przedstawiciel, Józef Unrug, choć sam był synem pruskiego generała i pierwsze szlify zdobywał w Cesarskiej Marynarce Wojennej, na początku II wojny światowej dowodził obroną polskiego Wybrzeża. Gdy dostał się do niewoli i proponowano mu powrót do niemieckiej służby, nie tylko odrzucił propozycję, ale ostentacyjnie wręcz podkreślał swoją polskość, żądając tłumacza. „Zapomniałem języka niemieckiego 1 września 1939 r.” – deklarował. Co ciekawe, do przejścia na stronę niemiecką namawiał go kuzyn Walter von Unruh – generał Wehrmachtu i późniejszy komendant okupacyjnego garnizonu w Warszawie.

Poplątane są więc dzieje tego rodu, tak jak i poplątana jest historia Międzyrzecza. Nawet najstarszej katolickiej świątyni w mieście, czyli kościoła św. Jana Chrzciciela, wybudowanego w stylu gotyku wielkopolskiego – nie ominęły podobne zawieruchy. W latach 40. XVI w. większość mieszkańców Międzyrzecza, leżącego także wówczas blisko granicy, przeszła na luteranizm. W 1548 r. Stanisław Myszkowski, starosta międzyrzecki, przekazał kościół parafialny swoim współwyznawcom, czyli luteranom. Jednak ówczesny proboszcz Maciej Libański, który nie zmienił wyznania, zachował swój urząd do śmierci. Śladem po obecności luteranów w tym miejscu jest niewielka tablica umieszczona tuż przy wejściu do kościoła. Upamiętnia ona śmierć Tomasza Lieskego, syna tutejszego pastora.

Zagadkowe polichromie

W 2009 r. w świątyni miało miejsce zaskakujące odkrycie. – Chcieliśmy porządnie pomalować kościół, więc zdjęliśmy siedem warstw farby, aż do tynku pierwotnego – opowiada proboszcz parafii św. Jana Chrzciciela ks. Marek Walczak. – I wtedy, w prezbiterium, naszym oczom ukazały się renesansowe polichromie.

Malowidła, jedyne tego typu w regionie, przedstawiają głównie sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Jest też postać św. Wacława i herb Jastrzębiec związany z rodziną Myszkowskich, którzy, jako dzierżawcy starostwa, byli fundatorami polichromii. Nie wiadomo natomiast, kto jest ich autorem. – Może był to kopista z opactwa w niedalekim Paradyżu? – zastanawia się proboszcz. – Widać, że znakomicie radził sobie z ornamentyką, z postaciami już trochę gorzej. Nie wiadomo też, czemu prace zostały przerwane.

Czy należy wiązać to z przejęciem kościoła przez luteranów? Widniejąca po lewej stronie prezbiterium data: 1545 – wskazuje, że polichromie faktycznie powstawały blisko momentu, w którym to nastąpiło. Ta data okazała się ważna także dlatego, że prezbiterium okazało się znacznie starsze, niż dotąd przypuszczano – sądzono bowiem, że dobudowano je w XVII wieku. Wiele zagadek kryją więc w sobie międzyrzeckie zabytki. Nic dziwnego, że spacerując po mieście, czujemy się trochę jak detektywi. Tak to już bywa w miejscach, w których młyny historii mielą intensywniej. Międzyrzecz z całą pewnością do nich należy.•

« 1 »
W lubuskiej kolebce

GOŚĆ NIEDZIELNY DODANE 09.08.2018 AKTUALIZACJA 14.09.2018

W lubuskiej kolebce

oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji