Nowy numer 38/2018 Archiwum

Sułtan bierze wszystko

Prezydent Erdoğan chce być drugim Atatürkiem – ojcem Turków. Dzieci nie mają nic przeciwko – w ostatnich wyborach oddały mu pełnię władzy.

Zestawienie obu postaci – Recepa Tayyipa Erdoğana oraz Mustafy Kemala Atatürka – może wydawać się szokujące. Przecież od 16 lat środowisko tego pierwszego konsekwentnie przeprowadza transformację państwa od modelu laickiego autorytaryzmu w stronę autorytaryzmu z dużą rolą islamu jako spoiwa życia społeczno-politycznego.

Zmiana czy kontynuacja?

W takim ujęciu różnica przebiega głównie na poziomie stosunku do religii i jej miejsca w państwie. Kemaliści i stojący przez dekady na straży świeckości państwa generałowie z prawdziwie jakobińską gorliwością walczyli z wszelkimi publicznymi demonstracjami wiary czy nawet samych symboli religijnych – ekipa Erdoğana odwróciła ten trend, wprowadzając religię na salony, do urzędów i na ulice. W zachodnim postrzeganiu Turcji dominuje narracja przeciwstawiająca obie epoki według prostego schematu: Atatürk zerwał z otomańskim imperium i stworzył nowoczesne, demokratyczne na wzór zachodni państwo, natomiast Erdoğan przywraca imperialny model państwa osmańskiego.

Nie tak dawno członek holenderskiej Partii Wolności Wim Kortenoeven mówił na forum OBWE: „Jesteśmy świadkami śmierci kemalizmu, pozytywnej ideologii, która przemieniła Turcję w wartościowego, odpowiedzialnego i szanowanego członka międzynarodowej społeczności. Teraz jednakże Turcja opada w otchłań islamskiego ekstremizmu i autorytaryzmu”. Prawie nic tu się nie zgadza: laicka Turcja spadkobierców Atatürka była oparta na tym samym nacjonalizmie i autorytaryzmie, na którym dziś buduje państwo prezydent Erdoğan. Różnica polega na tym, że wcześniej autorytaryzm i nacjonalizm miały poparcie głównie politycznych elit, wojska i sporej części społeczeństwa skupionego w większych ośrodkach miejskich. Dzisiejszy autorytaryzm i neoimperialny nacjonalizm Erdoğana mają poparcie głównie w tych grupach społecznych, które przez dekady czuły się dyskryminowane ze względu na swoje przywiązanie do islamu.

„Demokrata Atatürk”

Możliwe, że takie podejście wzbudza wątpliwości: przecież to Atatürk wyzwolił społeczeństwo od wszechwładnego w Imperium Osmańskim prawa szarijatu, to on dopuścił dziewczęta do edukacji szkolnej, kobietom zezwolił na studia uniwersyteckie oraz pracę w zakazanych wcześniej zawodach – a zatem wprowadzał to wszystko, co dziś jest normą w państwach zachodnich, a ciągle pozostaje zakazane w dużej części krajów muzułmańskich. Popularność Atatürka i jego niekwestionowany autorytet były jednocześnie oparte na tym, że w wojnie o niepodległość pokonał mocarstwa kolonialne, więc wszystkie późniejsze „wypaczenia” przez długi czas mogły być mu darowane. Z czasem jednak przeprowadzana przez niego rewolucja dała się we znaki konserwatywnej części społeczeństwa (nie mówiąc już o prawdziwych czystkach etnicznych dokonywanych jeszcze w czasie I wojny, w tym o ludobójstwie Ormian i Asyryjczyków, co było zgodne z nacjonalistyczną i rasistowską ideologią tzw. Młodoturków).

O ile sam Atatürk nie odważył się wprowadzić zakazu zasłaniania przez kobiety twarzy, o tyle zrobili to już jego następcy, a stojący na straży laickości generałowie konsekwentnie ścigali wszystkich łamiących nowe prawo. Atatürk za to z dużym zacięciem wprowadzał zakaz noszenia przez mężczyzn fezów, nakrycia głowy, jednego z symboli dawnego imperium. Ponieważ w meczetach mężczyźni nie mogli modlić się z odkrytą głową, zostali zmuszeni do zastąpienia fezów czapkami w stylu europejskim. Dzisiejsi obrońcy praw człowieka, którzy w Turcji Atatürka widzą ciągle wzór demokracji, nie wiedzą lub wolą nie pamiętać nie tylko o tym symbolicznym „kulturkampfie”, ale też o dekadach prześladowań mniejszości etnicznych i religijnych, w tym także chrześcijan.

Nowy ojciec

To z powodu tej ignorancji trudno nam zrozumieć w pełni tajemnicę kolejnych sukcesów wyborczych obecnego prezydenta. Na Zachodzie mało kto zauważa, że przyzwolenie środowiska politycznego Erdoğana, czyli Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na zakładanie przez kobiety chust na uczelniach wyższych czy nawet w parlamencie stało się niemal symbolem… emancypacji tureckich kobiet. Dla zachodniego ucha brzmi to groteskowo, ale jeśli chcemy zrozumieć fenomen popularności AKP i samego Erdoğana, trzeba to ucho przyłożyć do murów tureckich domów, do tureckiej ulicy i do tureckich wskaźników ekonomicznych. Z tymi ostatnimi akurat zaczyna być coraz gorzej, ale przez ostatnią dekadę realny wzrost poziomu życia w Turcji był jednym z powodów utrzymującego się wysokiego poparcia dla AKP. Niewykluczone, że właśnie odczuwalne ostatnio załamanie tego trendu było powodem przyspieszenia wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Gdyby odbyły się zgodnie z wyborczym kalendarzem za ponad rok, pękająca bańka byłaby już albo widoczna, albo wyraźnie odczuwalna.

Głównym jednak powodem przyspieszonych wyborów była chęć szybkiego skonsumowania tego, co prezydentowi dają wyniki zeszłorocznego referendum: praktycznie pełni władzy w państwie. Erdoğan ma świadomość, że jego popularność jest realna i bez fałszowania wyniku wyborów, ale ma również świadomość, że jest to popularność kurcząca się coraz bardziej. W tym sensie przypomina trochę swoje ideowe i polityczne przeciwieństwo – Atatürka. W ciągu kilkunastu lat w oczach większości społeczeństwa stał się nowym „ojcem Turków”, choć konsolidującym społeczeństwo wokół tych wartości, które Atatürk odrzucał. Zbliża się jednak czas, gdy nawet wśród dotychczasowych zwolenników (czy wręcz wyznawców) może dojść do pęknięcia. Na zmianę drogą demokratyczną może być już jednak za późno: Erdoğan stał się praktycznie jedynowładcą. Jeszcze nie tak, jak niegdyś sułtan, ale już dużo bardziej niż Atatürk.

Turcja jest Turcją

Kiedy w ubiegłym roku po referendum konstytucyjnym do Recepa Erdoğana zadzwonił z gratulacjami Donald Trump, niektórzy uszczypliwie komentowali, że to z podziwu połączonego z zazdrością. Faktycznie, nawet prezydent jedynego supermocarstwa nie ma w swoim kraju takiej władzy, jaką teraz będzie miał prezydent Turcji. Zmiany w konstytucji, które przeforsowała ekipa Erdoğana, rzeczywiście naruszają względną równowagę, jaką daje trójpodział władz: prezydent będzie odtąd skupiał w sobie władzę ustawodawczą i wykonawczą, nawet jeśli parlament nadal będzie istniał. Nie będzie już premiera, bo rolę szefa rządu przejmie prezydent. W sytuacji, gdy parlament przegłosuje odrzucenie ustawy zaproponowanej przez prezydenta, nie będzie mógł odrzucić jego dekretu. A i do odrzucenia zwykłego projektu legislacyjnego będzie potrzebna tak duża większość, że w praktyce może okazać się to niemożliwe. Ponadto prezydent w każdej chwili będzie mógł rozwiązać „niesforny” parlament. I – co dla Erdoğana teraz ważne – może przedłużyć on sobie rządy na trzecią 5-letnią kadencję, jeśli rozwiąże parlament miesiąc przed upływem swojej drugiej kadencji.

Prezydent Turcji de facto reprezentuje odtąd również władzę sądowniczą, bo Najwyższa Rada Sędziów i Prokuratorów stanie się ciałem złożonym z ludzi wyznaczonych wyłącznie przez prezydenta i parlament (ale ten drugi bez zgody prezydenta nikogo nie przeforsuje), a nie, jak dotychczas, przez środowiska sędziowskie i prokuratorskie. Oczywiście to nie jest tak, że wcześniej te środowiska były całkowicie niezależne – wprawdzie stanowiły opozycję wobec dyktatorskich zapędów Erdoğana, ale pełno było w ich szeregach ludzi wspierających inne nurty polityczne, w tym kemalistów i generałów, którzy nigdy prawdziwej demokracji w Turcji nie wprowadzili. Sam Erdoğan też już pokazał, w jaki sposób jest gotowy korzystać ze swoich niemal nieograniczonych kompetencji. Nie ulega wątpliwości, że prowadzone dotąd czystki – dławienie opozycji, wolnych mediów – zyskają dodatkowe paliwo prawnie uregulowane.

Zachód musi jednak zrozumieć, że w Turcji zmieniła się tylko ideologia i paradygmat, ale nie sam charakter władzy. Turcja jest pod tym względem trochę podobna do Rosji (z którą, zresztą, coraz lepiej jej się układa). Analogicznie jak o Rosji o Turcji można powiedzieć, że nie jest ani Europą, ani Azją – jest Turcją. Ma ambicję być odrębną cywilizacją, układającą relacje ze światem na swoich warunkach. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji