Nowy numer 3/2021 Archiwum

Złe wychowanie

Nie wszyscy w Polsce rozumieją, co znaczy wychowanie w trzeźwości. Zły przykład idzie z góry.

Coraz mniej słychać o problemie, jakim jest spożywanie alkoholu przez młodzież. Co wcale nie znaczy, że problemu nie ma. Wręcz przeciwnie. Przywykliśmy? Media skupione na walce z dopalaczami i narkotykami jakby zaakceptowały wszechobecność piwa w przestrzeni publicznej. Reklamy tego trunku atakują zewsząd, a szczególnie upodobały sobie sport i muzykę, dwie pasje młodych. Największa objazdowa trasa koncertowa z udziałem gwiazd polskiej piosenki „Męskie granie” promuje jeden gatunek piwa; „Opener” – najpopularniejszy festiwal z udziałem zagranicznych gwiazd – drugi. Prezes PZPN przez cały mundial trzymał w górę wzniesiony kufel z trzecią marką piwa, trener Adam Nawałka lansuje czwartą. Do wyboru, do koloru. Reklama wbija do głów proste skojarzenia: dobra zabawa, dobre towarzystwo – tylko z piwem.

Szokujące dane

W pewnym wieku modom i trendom ulega się niemal bezrefleksyjnie. Palenie papierosów na szczęście staje się coraz mniej powszechne Niestety, z piwem stało się inaczej, co potwierdzają statystyki. Europejski Program Badań Ankietowych w Szkołach ESPAD, którym objęta jest także Polska, dostarcza zatrważających danych. Średnio co drugi piętnastolatek przyznaje, że w czasie ostatnich 30 dni przed badaniem pił alkohol. To stały (nomen omen) procent, ulegający tylko niewielkim odchyleniom w ciągu ostatnich lat. W przypadku 17–18-latków jest to już blisko 80 procent!

Ktoś powie – ciekawość, presja środowiska, chęć zaimponowania kolegom... Niestety, to już nie jest kwestia eksperymentowania, a raczej panującego stylu życia. Co jeszcze bardziej przerażające, coraz częściej nie kończy się na puszce piwa, wysoki odsetek badanych przyznaje się do przekraczania progu nietrzeźwości. Tu wahania są większe – w ciągu ostatniej dekady taką deklarację (dotyczącą ostatnich 30 dni przed badaniem) składa od 10 do 25 proc. polskich uczniów. Z ankiet wynika, że w czasie całego życia ani razu nie upiła się tylko połowa uczniów młodszych i ok. jedna trzecia uczniów starszych.

Diagnoza jest, brak natomiast profilaktyki i dobrego pomysłu na zmianę tej sytuacji. Mimo tylu dekad doświadczeń i programów, mimo ogromnych budżetów pochodzących z tzw. korkowego – efektów nie widać. Można odnieść wrażenie, że jedynym pomysłem, jaki mają gminy, jest ograniczenie punktów sprzedaży alkoholu. Może zatem warto skorzystać z doświadczeń tych, którym się udało?

Pięć kroków do trzeźwości

W 1998 r. Islandia miała jeszcze gorsze statystyki niż Polska. 42 proc. nastolatków w wieku 15–16 lat przyznawało, że nie tyle próbowało, jak smakuje piwo, ale zna stan upojenia alkoholowego. W 2017 r. taką deklarację składa już zaledwie 5 proc. badanych. Szok i niedowierzanie! 20 lat temu Reykjavik miał opinię najgorszego miejsca w Europie, gdzie młodzi masowo piją, palą i używają narkotyków. Dodajmy – była to opinia całkowicie zasłużona. Dziś na wulkaniczną wyspę pielgrzymują eksperci od resocjalizacji, pedagodzy i terapeuci z całej Europy, by sprawdzić, co kryje się za islandzkim sukcesem. Niedawno wybrała się tam ekipa BBC. W nadanym przez brytyjską telewizję reportażu można znaleźć pięć wskazówek, co trzeba zrobić, by przywrócić młodym ludziom stan trwałej trzeźwości, a co za tym idzie – prawdziwą (nie tę z reklam) radość życia.

Pierwszym krokiem było wprowadzenie godziny policyjnej. Sam termin brzmi groźnie, ale przecież mówimy nie o dorosłych, ale młodzieży poniżej 15. roku życia, która po godz. 22 nie może przebywać na ulicach stolicy Islandii, w pubach czy kawiarniach. Zakaz egzekwowany jest bardzo rygorystycznie. I skutecznie, bo wieczorem czuwają nad tym nie tylko strażnicy i policjanci, ale rodzicielskie patrole. Co ciekawe, podobny pomysł testowano przed laty w kilku polskich miastach, na osiedlach, gdzie z przestępczością nieletnich nie radziły sobie odpowiednie służby. Gdy przestępczość spadła, zrezygnowano z patroli.

Krok drugi ma charakter konkretnego zobowiązania. Islandzcy rodzice deklarowali na piśmie nie tylko to, że nie pozwolą dzieciom spożywać alkoholu, ale przede wszystkim, że będą poświęcać swoim dzieciom więcej czasu. W materiale BBC możemy zobaczyć małżeństwo, które takie zobowiązanie złożyło. „Spędzamy w domu około czterech, pięciu godzin, staramy się z naszymi dwoma synami być razem, dopóki nie położą się spać” – mówią. „Kiedyś było tu inaczej, więcej wolności, teraz jesteśmy nudnym krajem” – dorzucają, wybuchając śmiechem. Nie wyglądają na więźniów przebywających w domowym areszcie.

500 plus po islandzku

Oczywiście islandzki patent nie polega na tym, by dzieci w ogóle nie wychodziły z domu. Przeciwnie, władze robią wszystko, by zapewnić im atrakcyjne formy spędzania wolnego czasu. My mamy swoje 500 plus, oni też, tyle że nie w formie gotówki, a vouchera (o wartości 500 $ na rok dla każdego ucznia), który można zrealizować wyłącznie na opłacanie zajęć pozaszkolnych: sportowych, artystycznych, naukowych. To trzeci z pięciu punktów. Dzięki niemu jak grzyby po deszczu wyrastają na wyspie boiska, sale gimnastyczne, baseny.

Polski program „Orlik” polegał na budowie setek takich samych boisk do piłki nożnej, tam jak widać podejście jest trochę inne – decyduje popyt, a oferta jest bardziej zróżnicowana. Oczywiście wśród chłopców dominuje piłka nożna, ale dziewczęta preferują siatkówkę oraz jazdę konną. I dzięki ­voucherom wszyscy, bez względu na zarobki rodziców, mogą rozwijać swoje pasje.

Skąd wiadomo, co komu potrzeba do szczęścia? Dzieci w wieku szkolnym są co roku poddawane szczegółowym badaniom o charakterze naukowym. Wyniki są bardzo dokładnie analizowane, na ich podstawie opracowywane są rekomendacje, które dostają konkretne szkoły, a od nich rodzice. To czwarty krok. Piąty i ostatni – należy pozyskać dla sprawy lokalnych polityków. Dagur Eggertsson, burmistrz Reykjaviku, został – jak widać – pozyskany skutecznie. „Zaczynamy od diagnozy, na tej podstawie decydujemy, na co powinny iść publiczne pieniądze, a potem w ich wydawanie włączamy rodziców, nauczycieli” – raportuje wykonanie zadania. I dodaje dość prostą konstatację: „Dzieci wcale nie potrzebują alkoholu czy narkotyków, chcą po prostu atrakcyjnie spędzać czas. A my im to zapewniamy”.

Ktoś powie – łatwo się rozwiązuje problemy w kraju liczącym 340 tys. mieszkańców. Tu droga od pomysłu do realizacji, a przede wszystkim skutecznej egzekucji jest krótsza. Cała Islandia przypomina jedno spore europejskie miasto. Z drugiej strony programy społeczne najlepiej sprawdzają się właśnie na poziomie samorządowym, nawet te ogólnopolskie realizowane są przez gminy. Można więc kopiować dobre praktyki. Model islandzki wdraża dziś 35 miast w całej Europie. „Prawdopodobnie to właśnie dzięki temu programowi wygraliśmy na ostatnich mistrzostwach Europy w piłce nożnej z Anglią” – śmieje się burmistrz Eggertsson.

Potrzeba całej wioski

Kto nic nie robi, nie ma co liczyć na sukces. Kontrowersyjna godzina policyjna dla młodzieży może być przecież zastąpiona intensywną kampanią społeczną na terenie miast, zachęcającą, by uczniowie spędzali wieczory w domach. Ważne, aby tego typu działania były prowadzone solidarnie, w silnej koalicji, z udziałem szkół, mediów, rodziców. Nie wystarczy wynająć agencję reklamową, by wydrukowała ulotki i wyprodukowała atrakcyjny spot. Być może tu właśnie leży przyczyna nieskuteczności – brak koordynacji, synergii i wspólnego działania.

Dowód? Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie od 16 lat regularnie monitoruje uczniów stołecznych szkół. Pytania dotyczą ich kontaktów z alkoholem, papierosami, narkotykami. Co rok powstają dzięki temu szczegółowe raporty, dające pedagogom i władzom samorządowym wiedzę na temat skali i charakteru zagrożeń. Niestety, w 2016 r. aż siedmiu dyrektorów gimnazjów odmówiło udziału w badaniach, co nie mogło pozostać bez wpływu na wyniki badań.

Najbardziej jednak drastycznym przykładem braku poczucia (współ)odpowiedzialności za wychowanie w trzeźwości młodego pokolenia jest udział prezesa PZPN w reklamie piwa. Związek ma przecież nie tylko opiekować się reprezentacją Polski, ale dbać o młodzieżowy sport, także w jego formacyjnym wymiarze. Przykład idzie z góry. Kufel w dłoni prezesa Bońka staje się problemem, gdy chcemy wspólnie zmieniać złe nawyki młodzieży. Mądre przysłowie mówi, że trzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko. W przypadku wychowania do trzeźwości część polskiej wioski wyraźnie nie poczuwa się do swoich obowiązków.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama