Nowy numer 45/2018 Archiwum

Szanujemy pracę nauczycieli

O likwidacji gimnazjów i płacach nauczycieli mówi minister edukacji narodowej Anna Zalewska.

Bogumił Łoziński: Związek Nauczycielstwa Polskiego wystawił minister edukacji za miniony rok szkolny jedynkę, Pani ocenia się na czwórkę. Skąd ta rozbieżność?

Min. Anna Zalewska: W ZNP jest tradycja wystawiania ocen ministrom edukacji, moi poprzednicy też otrzymywali cenzurki. Rozbieżność w ocenie wynika z tego, że ja posługuję się faktami. Dużo wyższą ocenę niż sobie wystawiam samorządowcom, kuratorom, którzy wdrażali reformę, jak również dyrektorom i nauczycielom.

Jakie są fakty na Pani korzyść?

Zwiększenie nakładów na edukację i pensje nauczycieli. Po raz pierwszy od 2012 r. rozpoczęliśmy cykl podwyżek. W ciągu roku i dziewięciu miesięcy nauczyciele otrzymają o 15,8 proc. większą pensję. Na poziomie nauczyciela dyplomowanego będzie to ok. tysiąca złotych. Po drugie, od pierwszego września rozpoczynamy specjalny program rozwoju zawodowego dla nauczycieli dyplomowanych. Gdy w ciągu trzech lat spełnią odpowiednie kryteria i otrzymają ocenę wyróżniającą, dostaną dodatkowe 500 zł do pensji. Po trzecie, jestem ministrem edukacji, który obniżył pensum nauczyciela. Moi poprzednicy zwiększyli je o dwie godziny, tzw. godziny karciane.

Było dużo obaw, że likwidacja gimnazjów spowoduje chaos organizacyjny. Czy miała Pani sygnały, że dochodzi do takich sytuacji?

Nie. Przekształcenie gimnazjów w szkoły podstawowe odbyło się do końca marca ubiegłego roku. Do tego czasu kuratoria wspólnie z samorządami musiały podjąć uchwały o przekształceniu. Wtedy były najtrudniejsze problemy, bo zapadały decyzje o tworzeniu sieci szkół. Jednak kuratorzy i ministerstwo na bieżąco je rozwiązywali. Były akcje informacyjne, powołaliśmy funkcję ministra koordynatora i specjalny zespół do spraw wdrażania reformy, który w dalszym ciągu pracuje, bo przecież nie zakończyliśmy zmian.

Padają zarzuty, że w wyniku reformy w niektórych szkołach jest dwuzmianowość.

Dwuzmianowość nie jest związana z reformą, lecz ze sposobem liczenia subwencji oświatowej i postawą samorządów, które nie chcą wypełniać swoich ustawowych obowiązków, na które otrzymują pieniądze, czyli utrzymywania budynków szkolnych. Subwencję liczy się na podstawie liczby dzieci i struktury zatrudnienia nauczycieli. W związku z czym bardziej opłaca się samorządom skumulować uczniów w jednym budynku, co może wiązać się z dwuzmianowością, niż utrzymywać dwa osobne budynki. Kiedy rok temu wprowadzałam reformę, przedstawiłam wszystkim korporacjom samorządowym projekt innej ustawy, w którym chciałam uzależnić subwencję oświatową właśnie od oddziałów. To zlikwidowałoby pokusę oszczędzania przez samorządy, która prowadzi właśnie do dwuzmianowości. Strona samorządowa nie zgodziła się jednak na to. Miała obawy, czy poradzi sobie z wygaszaniem gimnazjów, i nie chciała łączyć zmian. Jednak wciąż trwają rozmowy na ten temat i być może na początku przyszłego roku będę mogła zaproponować projekt takiej ustawy. W samorządach jest otwartość na tego typu zmianę.

Krytycy reformy twierdzili, że w jej wyniku duża część nauczycieli straci pracę. Tak się stało?

Mówili nawet o 100 tys. My twierdziliśmy, że liczba etatów się zwiększy i mieliśmy rację. Potwierdziła to rzeczywistość. Dysponujemy Systemem Informacji Oświatowej i po zebraniu wszystkich danych z 30 września – bo taki jest termin ustawowy – okazało się, że jest w sumie 17 868 dodatkowych etatów, a oprócz tego średnio na każdego nauczyciela przypada jedna godzina tygodniowo więcej.

Nauczyciele skarżą się, że nie są w stanie zebrać etatu w jednej szkole, w związku z tym zatrudniają się dodatkowo w dwóch czy trzech, a przez to nie mogą się w pełni zaangażować w macierzystej placówce.

To też nie jest wynik reformy, tylko niżu demograficznego. Przed wdrażaniem zmian zrobiliśmy bilans otwarcia i okazało się, że 100 tys. nauczycieli musiało uzupełniać etat. Drugi powód był związany właśnie z gimnazjami. One miały dawać stabilną pracę i cały etat w jednej szkole, bo były zaplanowane tak, by uczyło się w nich ponad 400 uczniów. W praktyce okazało się, że gimnazja liczą średnio 150 uczniów. W związku z tym nauczyciele musieli szukać pracy w co najmniej dwóch szkołach. To był zresztą jeden z wielu powodów reformy.

Rzecznik praw dziecka Marek Michalak alarmuje, że otrzymuje bardzo dużo skarg na zbyt duże obciążenie uczniów siódmej klasy, bo w dwa lata realizują program trzyletniego gimnazjum.

Kiedy poprosiliśmy RPD o szczegóły, miał z tym duży kłopot. Gdy po naszym dopytywaniu wskazał te miejsca, okazało się, że nie ma tam takiego problemu. Mimo to wizytatorzy prosili dyrektorów szkół, aby przeprowadzili szkoleniową radę pedagogiczną, by zmienić metody nauczania albo sprawdzić, w jaki sposób zadawane są zadania domowe. Czy są one puentą lekcji, a tak powinno być, czy też polegają na poznaniu nowego materiału, z którego potem nauczyciel odpytuje. Zarzuty dotyczące rzekomego skumulowania podstawy programowej z trzech lat gimnazjum do dwóch lat szkoły podstawowej są bezzasadne – ten materiał został rozłożony na czteroletnie liceum.

Chciałbym porozmawiać o problemach oświaty na konkretnych przykładach. W warszawskim liceum gmina utrzymuje budynek i pokrywa pensje nauczycieli, ale za papier do ksero, wodę do picia czy inne tego typu rzeczy płaci Rada Rodziców ze składek. Czy to normalne?

Obywatele Rzeczypospolitej nie powinni zwalniać samorządów z obowiązków, które ciążą na nich ustawowo. Przepisy regulują te sprawy jednoznacznie. Samorządy utrzymują funkcjonowanie szkoły nawet wtedy, gdy im się to nie opłaca. Na zaspokajanie potrzeb wspólnoty, a więc także prowadzenie szkół, przedszkoli czy żłobków, mają kilkudziesięcioprocentowy udział w podatku PIT i CIT. W 2017 r. dochody jednostek samorządu terytorialnego zwiększyły się o 16 miliardów złotych. Rodzice w tej szkole, zamiast składać się na rzeczy, o których pan mówi, powinni wymóc od samorządu, aby wywiązywał się ze swoich obowiązków. Na to są środki z ich podatków.

Inny przykład. Dyrektor liceum twierdzi, że nie ma środków na godziny nadliczbowe. W efekcie nauczycielowi, który przygotowuje uczniów do matury na dodatkowych zajęciach, płaci Rada Rodziców.

To jest niezgodne z prawem, w związku z czym proszę mnie poinformować, gdzie to się dzieje, i kurator pojedzie do tej szkoły sprawdzić sytuację.

Kto jest odpowiedzialny za to, że nie ma środków na godziny nadliczbowe?

Oczywiście samorządy, szczególnie w dużych miastach, takich jak np. Warszawa, która dostaje ogromne pieniądze. Chciałabym dodatkowo zwrócić uwagę, że problem z przygotowaniem dzieci do egzaminu maturalnego wynika z konstrukcji liceum, w którym dotychczas nie było szans na realizację podstawy programowej. Dlatego wprowadzamy reformę i wydłużamy czas nauki w liceach do czterech lat.

Jedną z największych bolączek systemu edukacji są niskie zarobki nauczycieli, co powoduje m.in. negatywną selekcję do tego zawodu. Czy w najbliższym czasie nastąpi znaczący wzrost pensji nauczycieli?

Jak mówiłam, podnosimy pensje. Została zwiększona kwota bazowa i podwyżki są zagwarantowane. W kwietniu br. rozpoczęliśmy proces stopniowego wzrostu wynagrodzeń dla nauczycieli – o 5,35 proc. W ciągu roku i dziewięciu miesięcy będzie to wzrost o 15,8 proc. przy obniżce pensum. Jednocześnie włączyliśmy dodatkowy, niebiurokratyczny awans zawodowy, który polega na tym, że jeśli nauczyciel dyplomowany będzie miał ocenę wyróżniającą, otrzyma docelowo dodatkowe 500 zł co miesiąc. Chciałabym przy tym podkreślić, że te podwyżki i dodatkowe 500 zł nie obciążą samorządów, jak to miało miejsce za poprzednich rządów. Polski rząd przekazuje na to konkretne pieniądze w ramach subwencji oświatowej.

Pani opisuje kwestię pensji nauczycielskich z perspektywy działań ministerstwa. Zderzmy to z rzeczywistością. Prawdziwy przypadek. Młody nauczyciel rozpoczyna pracę w szkole, robi staż, zostaje nauczycielem kontraktowym, ma świetny kontakt z dziećmi, sukcesy w edukacji. Postanawia założyć rodzinę, idzie więc do banku po kredyt na mieszkanie i go nie otrzymuje, gdyż z pensją nauczycielską nie ma zdolności kredytowej. Z bólem rzuca szkołę, wygrywa konkurs na kierownika sklepu Rossmann i otrzymuje zarobki, które pozwalają mu otrzymać kredyt. Tego typu historii jest bardzo dużo i one pokazują, gdzie tkwi jeden z największych problemów w oświacie.

Dlatego właśnie z taką troską przyglądam się zarobkom nauczycieli i wprowadzam podwyżki. Mam nadzieję, że osiągniemy wzrost gospodarczy na tyle duży, że będziemy mogli dodatkowo finansować nauczycieli. Każdy dyrektor szkoły, mając wybitnego nauczyciela, ma możliwość zorganizowania dla niego dodatkowego wsparcia, chociażby przez dodatek motywacyjny. Proszę pamiętać, że pensja nauczyciela jest tylko elementem całego wynagrodzenia. Oprócz pensji podstawowej mówimy tu również o 16 dodatkach, m.in. takich jak: trzynasta pensja, świadczenie urlopowe, świadczenie wyrównawcze – tzw. czternastka, dodatek motywacyjny, dla niektórych nauczycieli także funkcyjny, za wychowawstwo, dodatek za trudne warunki pracy, za godziny nocne, do tego różnego rodzaju nagrody. Płaca minimalna, którą podnieśliśmy, jest tylko elementem wynagrodzenia. Rząd zdaje sobie sprawę z problemu zarobków nauczycieli i my je podnosimy. Dawno nie było takiego wsparcia i szacunku dla pracy nauczycieli jak za kadencji obecnego rządu. •

Anna Zalewska

jest ministrem edukacji narodowej. Ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, pracowała jako nauczycielka i zastępca dyrektora Liceum Ogólnokształcącego w Świebodzicach, skąd pochodzi. Ma męża i dwoje dzieci.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • Doradca
    03.08.2018 09:35
    Jestem doradcą metodycznym z ponad 20-letnim stażem pracy. Powinienem być "mistrzem" dla innych nauczycieli. Nie mogę mieć nadgodzin i innych zlecanych obowiązków, bo muszę być do dyspozycji nauczycieli - wydaje się to zrozumiałe. Z tego tytułu mam wypłacany dodatek funkcyjny w wysokości niższej niż 400,- zł brutto, a moje całkowite wynagrodzenie to 4250,- zł brutto. W gospodarce brakuje tzw. fachowców, za chwilę zabraknie nauczycieli i Pani Minister ma w tym swój niezbywalny udział. Gratuluję dobrego samopoczucia. I jeszcze o "obniżeniu pensum" - NAUCZYCIELE (świadomie piszę wielkimi literami o tych, może coraz mniej licznych, którzy wiedzą po co są w szkole) pracowali, pracują i będą pracowali dodatkowo z uczniami i żonglerka przepisami Karty Nauczyciela nic w tym zakresie nie zmieniła. Jedyną wartościową koncepcją, o której Minister kiedyś mówiła, a o której oczywiście zapomniała, były standardy edukacyjne - ale ich wdrożenie wymaga odwagi i zrozumienia systemu edukacji - obu tych cech Pani Minister brakuje.
  • krytycznie
    03.08.2018 10:07
    w wywiadzie nie padły bardziej niewygodne pytania: dotyczące wypychania dzieci niepełnosprawnych ze szkół, spowodowane jest to nowymi regulacjami dotyczącymi mozliwości nauczania indywidualnego realizowanego chociaż w części w szkole ; dotyczące faktycznego obniżenia jakości nauczania na prowincji. W małych szkółkach nauczanie fizyki, chemii, biologii będzie realizowane przez nauczycieli dojedżdżających, albo jednego , ktory uczy wszystkiego. W wielkich miastach niespotykany boom na prywatne szkoły. W małych ośrodkach zmniejszenie szans dzieci na dobrą edukację i w perspektywie dostanie się do dobrej szkoły średniej. Jeszcze większe rozwarstwienie społeczeństwa w dostępie do szans edukacyjnych. Dzieci z domów z "kapitałem wykształcenia rodziców" oraz z kapitałem finansowym zostaną zaopiekowane edukacyjnie bez patrzenia na państwo. Ta część populacji bez szczęśliwych bonusów pozostanie zagrożona ugrzęźnięciem na 8 lat w małej podstawówce, bez szans na dobre lekcje języków, i przedmiotów ścisłych, z WF-em na korytarzu. W ten sposób znowu sprawdza sie ewnageliczne "kto ma, temu dodadzą, a kto nie ma temu zabiorą nawet to co ma."
    doceń 10
  • Nauczyciel
    03.08.2018 19:16
    Nie mogę słuchać tej kobiety. Oderwana od rzeczywistości. Nie ma pojęcia o realiach szkoły. Same wymijacze i bzdury!
    doceń 9
  • kazimierz dolny
    04.08.2018 18:43
    Szczerze, to nie za bardzo mnie wzruszają jęki wiecznie niezadowolonych bakałarzy. Kiedyż to im dobrze było, może dopiero co miniona władza tak się o nich troszczyła i postulaty wszelkie w try miga spełniała? Ważniejsze, czy ten system był dobry dla uczniów, w sensie nauki a nie jakichś efekciarskich działań, które ucząc niby wszystkiego, nie pozostawiały w ich głowach trwalszych śladów niczego. Założenie że "wszyscy" mają mieć maturę i iść na "jakieś studia" by jak najdłużej nie zgłaszali się po zasiłki dla bezrobotnych, przyniosło wszystkim wiadome, opłakane dla poziomu nauczania skutki. Teraz zaczynamy wracać do normalności. Będzie czas na spokojną, systematyczną naukę i przygotowanie do pracy czy studiów. I mam wrażenie, że podniesienia poziomu i zwiększenia wymagań wobec siebie, obawiają się nie tyle uczniowie, co nauczyciele właśnie. Nauczanie to jednak sztuka, a skuteczne i na poziomie - jeszcze większa. Nie wszyscy mają takie predyspozycje, nawet jeśli w jakiś sposób się w tej roli znaleźli. Trudno, dobro ucznia musi być sprawą najważniejszą.
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy