Nowy numer 29/2021 Archiwum

Święta z sąsiedztwa

Popularnie nazywają ją Chiquitunga, czyli Maleńka. Jest pierwszą w historii kobietą z Paragwaju, która została ogłoszona błogosławioną. Uroczystość ta w całym kraju była świętem narodowym.

Paragwajczycy są bardzo dumni z córki swego narodu. Uważają, że jej beatyfikacja podkreśla ich tożsamość i tradycję religijną, a przede wszystkim jest docenieniem ogromnej roli, jaką kobiety odegrały i wciąż odgrywają na tej ziemi – mówi „Gościowi” o. Marek Wilk, franciszkanin konwentualny pracujący w Paragwaju od ponad 20 lat. Przypomina on, iż w XIX w. wydawało się, że Paragwaj zniknie z mapy świata i zostanie zniszczony przez wojska Brazylii, Urugwaju i Argentyny. Konflikt zachwiał równowagą w społeczeństwie. Zginęło bowiem ok. 70 proc. mężczyzn. – Wtedy kobiety wzięły na siebie trud odbudowy kraju ze zniszczeń. Zatroszczyły się również o przekazanie tradycji kulturowej i religijnej Paragwaju – mówi franciszkanin. Jedną z takich kobiet jest ogłoszona właśnie błogosławioną María Felicia Guggiari Echeverría, nazywana Chiquitungą.

Szafa pełna swetrów

Urodziła się w Villarrica del Espíritu Santo w południowym Paragwaju w 1925 roku. Była najstarszą z siedmiorga rodzeństwa. Ze względu na niezwykłą kruchość i delikatność ojciec nazwał ją Chiquitunga, i ten przydomek przylgnął do niej na zawsze. – Mało kto pamięta jej zakonne imię, które otrzymała, wstąpiwszy do Karmelu. Dla Paragwajczyków jest Chiqui- tungą. Tak właśnie przyzywają ją w swych modlitwach – mówi o. Wilk.

Jej rodzina była zamożna, żyła wiarą i przekazywała dzieciom chrześcijańską tradycję. – Nasza siostra była niezwykle radosna i uczynna, pełna prostoty i wewnętrznego wdzięku – wspomina María Cristina Guggiari. Młodsze rodzeństwo uczyła miłości i szacunku do rodziców, a także wiary. – Gdy tylko mogła, zabierała nas do kościoła na modlitwę przy figurce Matki Bożej. Była najstarsza, więc było dla nas naturalne, że mamy ją naśladować. Przywództwo było wpisane w jej naturę, była wobec nas wymagająca, ale też sprawiedliwa – dodaje siostra błogosławionej. Wspomina też, że ojciec był surowy dla córek, stawiał na naukę i nie pozwalał im na zbyt wiele rozrywek. – Gdy podrosłyśmy, Chiquitunga wypraszała u niego pozwolenie, byśmy mogły iść na tańce i modne wówczas lokalne fiesty. Chodziła z nami, nie tylko po to, by nas pilnować, sama też doskonale się bawiła – wspomina siostra.

– Jak z rękawa sypała żartami, pięknie śpiewała, z trudem umiała usiedzieć na miejscu, wciąż miała coś do zrobienia, ciągle komuś pomagała – opowiada szkolna koleżanka Chiquitungi. – Mam przed oczami obraz, jak w biegu wsiada na rower i pędzi do szpitala, by pomagać chorym, i z uśmiechem pozdrawia mijających ją ludzi. Była jak magnes, który swym dobrem przyciągał każdego – wspomina María Mercedes Cresta.

Jako pięciolatka Chiquitunga zaczęła chodzić do przedszkola Matki Bożej Wspomożycielki. W rodzinnych kronikach zachowała się z tych czasów opowieść jej mamy. Na dworze panował przejmujący ziąb. Maleńka wróciła do domu, machając rękami, by się rozgrzać. Nie miała na sobie płaszcza. Jej młodsza siostra zdradziła, że oddała go biednej dziewczynce spotkanej na ulicy. Widząc niezadowolenie rodziców, Chiquitunga, rozcierając zziębnięte dłonie, powiedziała: „Ona bardziej tego płaszcza potrzebowała, ja mam w szafie całą stertę ciepłych swetrów i one mi wystarczą”.

Gdy miała 10 lat, przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. „To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Pierwsze pełne spotkanie z moim Bogiem, który odtąd stał się moją odpowiedzią na wszystko, każdego dnia” – wspominała po latach. Notowała też: „Wówczas zrodziło się moje postanowienie, by każdego dnia stawać się lepszą”. Codzienna osobista modlitwa, Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu stały się z czasem centrum jej życia duchowego. Na Mszę chodziła przed lekcjami. Wiązało się to nie tyko z porannym wstawaniem, ale i sporym wyrzeczeniem związanym z obowiązującym w tamtym czasie rygorystycznym postem eucharystycznym. Rodzice martwili się, że wychodzi do szkoły bez jedzenia. By ich uspokoić, wstawała przed wszystkimi, brudziła kubek kawą, a na talerzyku zostawiała kilka okruszków chleba, tak jakby zjadła śniadanie. – Codzienna Komunia była dla niej ważniejsza niż śniadanie. Nie do końca to rozumieliśmy, ale każdy z nas szanował jej wybory – wspomina Federico, brat błogosławionej.

Czego Bóg ode mnie chce?

W wieku 16 lat wstąpiła do Akcji Katolickiej, która wówczas zaczęła się w Paragwaju rozwijać. Była też lubianą katechetką, animatorką religijną w środowiskach akademickich oraz opiekunką chorych, ludzi samotnych i starych. Na jednym ze spotkań Akcji Katolickiej Chiquitunga spotkała przystojnego studenta medycyny. Szybko się zaprzyjaźnili. Angel Saua towarzyszył jej, gdy chodziła opiekować się chorymi. Ojciec ucieszył się, że Chiquitunga znalazła dobrą partię. Młodzi nie myśleli jednak o małżeństwie. Przed figurą Matki Bożej zawierzyli Niepokalanej swoje życie. On zaczął przygotowywać się do kapłaństwa, a ona zaczęła myśleć o zakonie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama