Nowy numer 33/2018 Archiwum

Raport o stanie szpitali

W połowie szpitali w ciepłej wodzie przekroczony jest poziom bakterii. W całym kraju jest tylko nieco ponad 100 czynnych lekarzy mikrobiologów, a w jednym z kontrolowanych szpitali jedna pielęgniarka epidemiologiczna „opiekowała” się ponad 560 łóżkami. Czytając najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli, można dostać bólu głowy.

Można odnieść wrażenie, że w raporcie na temat infekcji szpitalnych opisano placówki medyczne sprzed 100 lat. W cieple, wilgoci i brudzie bakterie, wirusy oraz grzyby znajdują w naszych szpitalach znakomite warunki do przetrwania i namnażania. Inspektorzy NIK wykryli nieprawidłowości i zaniedbania na każdym poziomie systemu zdrowia. Bałagan, złe procedury, nieświadomość i zwykłe niechlujstwo. Tak wygląda szpitalna rzeczywistość.

Warszawa najgorsza

Inspektorzy NIK zajęli się zakażeniami szpitalnymi, czyli tymi, na które jesteśmy narażeni, wchodząc do szpitala, przychodni czy do dentysty. Wyniki kontroli są zatrważające. Z raportu wynika na przykład, że liczba pacjentów, którzy zarazili się bakterią odporną na wszystkie znane antybiotyki, czyli {BODY:BBC}Klebsiella pneumoniae{/BODY:BBC} w 2016 r. była trzykrotnie wyższa niż w 2015 r., a systemy raportowania i monitorowania takich przypadków w polskich szpitalach nie podają pełnych danych. W zasadzie więc nikt nie wie, jak zła jest sytuacja. Z danych wynika, że 5 proc. pacjentów zostaje w polskich szpitalach czymś zarażonych, ale lekarze zajmujący się problemem mówią, że to dane zaniżone, że zakażenia szpitalne mogą dotyczyć aż 10 proc. pacjentów. To by znaczyło, że problem dotyczy około 800 tys. osób rocznie. Ze statystyk wynika, że wśród zakażeń szpitalnych najwięcej, bo ponad 20 proc., to zakażenia układu pokarmowego, a 18 proc. układu moczowego. Źródłem przenoszenia bakterii najczęściej są brudne ręce personelu medycznego, niejałowy sprzęt, skażone otoczenie chorego, przyjmowanie pacjentów wymagających szczególnych warunków hospitalizacji bez ich zapewnienia oraz zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach. Najbardziej narażeni na infekcje są pacjenci po przeszczepach, po terapii przeciwnowotworowej, po rozległych oparzeniach, dzieci do 1. roku życia i osoby starsze. Ponad 15 proc. zakażeń szpitalnych to zapalenie płuc wywołane wirusami i/lub bakteriami, którymi pacjent zaraził się dopiero w szpitalu.

Najbardziej niepokojąco wyglądają dane dotyczące antybiotykoopornych bakterii {BODY:BBC}Klebsiella pneumoniae{/BODY:BBC}, szczepu zwanego także {BODY:BBC}New Delhi{/BODY:BBC} (o szczepie więcej piszę poniżej). Dzisiaj to bakteria, która stanowi najpoważniejszy problem medyczny i epidemiologiczny w Polsce. Ten problem dotyczy szczególnie Warszawy. W całym województwie mazowieckim w 2017 r. zanotowano ponad połowę wszystkich infekcji tą bakterią, które miały miejsce w Polsce. NIK zwróciła uwagę, że nie mamy wiarygodnych rejestrów przypadków tych zakażeń.

Brak lekarzy

Kolejnym problemem jest brak wyspecjalizowanego personelu. W niektórych województwach nie ma ani jednego lekarza specjalisty w dziedzinie mikrobiologii. W całym kraju jest ich tylko 110. Wśród krajów europejskich Polska zajmuje ostatnie miejsce pod względem praktykujących lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologia-bakteriologia. W 2015 r. na jednego mikrobiologa w Polsce przypadało średnio 345 tys. obywateli. W Wielkiej Brytanii 78 tys. osób, w Czechach 39 tys., w Hiszpanii 17 tys., a w Estonii niecałe 10 tysięcy. Z epidemiologami jest podobnie źle. W całym kraju jest ich nieco ponad 200, ale na przykład w województwie opolskim jest tylko jeden lekarz o tej specjalizacji.

Zgodnie z prawem na 200 łóżek szpitalnych powinna być co najmniej jedna pielęgniarka epidemiologiczna. W żadnym z kontrolowanych przez NIK szpitali nie był spełniony ten warunek. W jednej z placówek jedna pielęgniarka epidemiologiczna miała pod kontrolą ponad 560 łóżek.

Kolejny dramat to dokumentacja medyczna. Gdy inspektorzy NIK zaczęli ją kontrolować, okazało się, że jest niepełna i nierzetelna. W 18 proc. kart nie opisano czynników ryzyka, w 23 proc. przypadków nikt nie zapisał, jakie antybiotyki zostały podane pacjentowi, a w 15 proc. przypadków nie odnotowano wykonania badania mikrobiologicznego. W prawie połowie wszystkich skontrolowanych kart dokumentacja powstawała z dużym opóźnieniem. Czasami dochodzącym do 9 miesięcy. W dwóch skontrolowanych szpitalach rejestr zakażeń w ogóle nie był prowadzony. Znane są przypadki laboratoriów przyszpitalnych, w których wyniki analiz groźnych bakterii zapisuje na kartkach laborantka, a następnie kartki te roznoszone są po oddziałach szpitalnych. Wraz z nimi roznoszone mogą być bakterie. W jednym z kontrolowanych szpitali wyniki badań mikrobiologicznych były zapisywane w zeszytach prowadzonych na poszczególnych oddziałach. Czy w takich warunkach można monitorować pojawiające się zagrożenie? Czy można w porę je dostrzec i odpowiednio zareagować? Nie, takie warunki prowadzą do tego, że dzisiaj w Polsce nikt właściwie nie ma rzetelnych danych o sytuacji epidemiologicznej kraju. Przykład z raportu NIK: zgodnie z danymi Narodowego Funduszu Zdrowia, od 2015 do połowy 2017 r. hospitalizowanych z powodu sepsy (posocznicy, czyli dysfunkcji narządowej zarażającej życiu) było ponad 51 tys. pacjentów. A według danych Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny tylko 2640.

Dobry klimat dla bakterii

W wielu kontrolowanych szpitalach nie istniała odpowiednia wentylacja, a ta, która była, często nie była przeglądana i dezynfekowana. W niektórych szpitalach nie ma w ogóle sal z jednym łóżkiem, tzw. izolatek. W polskich szpitalach tylko 5 proc. łóżek znajduje się w salach jednoosobowych. Dla porównania na przykład we Francji liczba ta wynosi 30 procent. Jakby tego było mało, w połowie kontrolowanych szpitali w ciepłej wodzie przekroczona była dopuszczalna norma obecności pałeczek Legionelli.

NIK sprawdziła także, czy szpitale liczą koszty, które wynikają z tych zaniedbań. Czystość kosztuje, ale kosztuje (w dalszej perspektywie) także brud, bo zakażenia powodują wydłużenie pobytu chorego w szpitalu. Średnio pacjent w polskim szpitalu, w okresie objętym kontrolą, przebywał ponad 5 i pół dnia. Zakażenie wydłużało ten czas do ponad 16 dni, a to przekłada się na koszty funkcjonowania placówki. Tyle tylko, że w żadnym z kontrolowanych przez inspektorów Izby szpitali te dodatkowe, wynikające z zarażeń szpitalnych, koszty nie były liczone. Hospitalizacja osób, które zaraziły się w polskich szpitalach sepsą, kosztowała ok. 450 mln zł. A sepsa to tylko niecałe 8 proc. wszystkich zakażeń szpitalnych.

Zakażeń w placówkach służby zdrowia nie da się całkowicie uniknąć, ale raport NIK pokazał, że w polskich szpitalach sytuacja jest dramatyczna. Część problemów może wynikać z niedofinansowania, ale nie wszystko można tłumaczyć brakiem pieniędzy. Aż strach myśleć, jak może rozwijać się sytuacja, jeżeli osoby i instytucje odpowiedzialne za nasze zdrowie nie zaczną szybko wdrażać zaleceń Najwyższej Izby Kontroli. Wchodzimy w erę bakterii, których nie da się zabić znanymi nam antybiotykami. W naszych szpitalach te bakterie mają doskonałe warunki do rozwoju.•

Pełna treść raportu na: https://www.nik.gov.pl/plik/id,16720,v,artykul_16261.pdf

Superbakteria

W naszych szpitalach bakterie oporne na wszystkie antybiotyki nie są już rzadkością, a liczbę nimi zarażonych liczy się w tysiącach. Jedną z takich bakterii jest Klebsiella pneumoniae, znana także jako bakteria NewDelhi. Po raz pierwszy zidentyfikowano ją u ciężko chorego Pakistańczyka, który został przetransportowany do szpitala w Belgii. Po dwóch tygodniach zmarł, a sekcja zwłok wykazała jej obecność. Bakteria potrafi gen totalnej oporności przekazać bakteriom innych szczepów, czyniąc je równie opornymi. Jest wszędobylska i łatwo przechodzi z człowieka na człowieka. Może wywołać zapalenie płuc, opon mózgowych, a nawet sepsę. W ciągu kilku godzin może zabić człowieka, choć nie zawsze to robi. Żyje w przewodzie pokarmowym i na ludzkiej skórze. I jeżeli jej bytowanie ograniczy się do tych dwóch miejsc, może nie dawać o sobie znać nawet przez kilka lat. Dramat zaczyna się wtedy, gdy dostanie się do krwi, dróg moczowych czy dróg oddechowych. W pierwszym przypadku, co druga zainfekowana osoba umiera. W 2013 r. w Polsce superbakterię rozpoznano u około 100 osób, w 2014 r. u około 300, w 2015 r. zaraziło się nią 470 osób, w 2016 r. – 1780, a szacunki mówią, że w roku 2017 doszło do zarażenia około 5000 osób. W ostatnim raporcie Najwyższej Izby Kontroli napisano, że „właśnie straciliśmy kontrolę nad superbakterią.” By obniżyć ryzyko infekcji, najlepiej szerokim łukiem omijać szpitale i przychodnie. Warto dbać o ogólną kondycję fizyczną, pilnować szczepień, nie nadużywać antybiotyków, dbać o higienę, głównie rąk.

Tomasz Rożek Materiał wideo o superbakterii dostępny na kanale „Nauka. To Lubię” na platformie YouTube”.

« 1 »
oceń artykuł
  • Mariaw
    02.07.2018 12:19
    Informacja, że „w połowie kontrolowanych szpitali w ciepłej wodzie przekroczona była dopuszczalna norma obecności pałeczek Legionelli” ma duże znaczenia także dla osób mieszkających w budynkach z dostępem do tzw. „ciepłej wody użytkowej”, tzn. kiedy zimną wodę podgrzewa się w budynku i otrzymaną w ten sposób ciepłą wodę rozprowadza się do mieszkań. Jest to taka sama sytuacje, jak w skontrolowanych szpitalach, ale w budynkach mieszkalnych już w ogóle nikt tego nie sprawdza. Pijemy wodę „użytkową”, czy jest ona pitna, jaki jest poziom bakterii? Tego nikt nie kontroluje.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji