Nowy numer 28/2018 Archiwum

Gdy się nie układa… przejdź do galerii

…jedź do o. Papczyńskiego. On zrozumie, bo sam doświadczył życiowych porażek jak mało kto. I wygrał.

Tu wszystko nabiera nowego, pełniejszego sensu. Beznadziejne sytuacje się prostują, rozpaczliwe położenie zyskuje perspektywę nadziei, a pozorny upadek staje się zwycięstwem. Bo takie było życie o. Stanisława Papczyńskiego: pełne paradoksów, trudności i porażek, które zamieniły się w wielkie, wciąż odkrywane dzieło. Po 300 latach. A mały i skromny wieczernik w Górze Kalwarii, nie tak dawno znany tylko lokalnie, staje się sanktuarium. Bo tętni religijnym życiem, przyciąga do modlitwy i nawrócenia wszystkich, którzy poznają skromnego marianina z Porzecza.

Do wieczernika

Ojciec Jan Mikołaj Rokosz, kustosz sanktuarium o. Stanisława Papczyńskiego na Mariankach w Górze Kalwarii, spaceruje po kalwaryjskich ścieżkach. Gdy spotka pielgrzyma, porozmawia, zagada. – Moja misja to troska o pielgrzymów. Błogosławieństwo, rozmowa, czasem wspólna modlitwa. Myślę, że działam w imieniu o. Papczyńskiego. On patrzy z góry i wspiera, ja jestem na miejscu.

Do Góry Kalwarii niby blisko z Warszawy, ale i ciut daleko, bo na uboczu, więc i trochę nie po drodze. Mimo to regularnie przyjeżdżają tu czciciele świętego marianina. – Dziś rozmawiałem z mężczyzną, który przyjeżdża dwa razy w tygodniu do Góry Kalwarii, ale pierwsze kroki zawsze kieruje tutaj, do św. o. Stanisława, i jemu powierza siebie i swoją rodzinę. Twierdzi, że nie ma lepszego świętego. Jako marianin nie zaprzeczam – uśmiecha się o. Rokosz. Stara się, by jego duszpasterska posługa była subtelna. Tak, by pielgrzymi nie czuli się zmuszeni do opowiadania świadectw. Ale często sami chcą mówić o łaskach, które otrzymali za wstawiennictwem o. Papczyńskiego. Czasem też piszą świadectwa. O narodzinach zdrowego dziecka, gdy diagnozy były bardzo niepomyślne. O szczęśliwym i zaskakująco szybkim wyleczeniu raka, o zajściu w ciążę przez kobietę, która straciła już wszelką nadzieję… – Wszyscy ci ludzie najpierw przyjechali tu, do Góry Kalwarii, modlili się za wstawiennictwem o. Papczyńskiego, a potem wrócili: podziękować za łaski. Jestem tu niecały rok. Wydawało mi się, że naszego założyciela znałem wystarczająco. Myliłem się, dopiero tutaj odkrywam go i poznaję – mówi o. Rokosz. – Jestem zaskoczony, jak wielu współczesnych przyjaźni się z osobą, która na ziemi żyła 300 lat temu!

Góra Kalwaria, zbudowana z inicjatywy bp. Wierzbowskiego w XVII w. jako Nowa Jerozolima, była jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Znajdowało się tutaj 38 kaplic i 7 kościołów, 7 zakonów, a miasta strzegły 4 bramy, zbudowane na wzór jerozolimskich. Lud przybywał tu z najodleglejszych zakątków, by uczcić mękę i śmierć Pana Jezusa. Ojciec Stanisław Papczyński przyjechał do Góry Kalwarii w 1677 r. Marianie objęli kościół Wieczerzy Pańskiej, położony poza miastem, na bagnach. To było skromne miejsce, gdzie nikt nie chciał pracować, a wiosną należało tu przypłynąć… łódką. Zadaniem marianów (którzy przeprowadzili meliorację i osuszyli teren) było błogosławienie pielgrzymów przyjeżdżających na dróżki męki Pańskiej.

W tym czasie mądrość i święte życie o. Papczyńskiego zaczynały być szerzej znane. Ludzie opowiadali sobie o cudach, które po jego modlitwach się zdarzały – ot, choćby o cudzie wskrzeszenia martwej dziewczynki czy zatrzymania straszliwej burzy. Więc przyjeżdżali na Marianki, żeby choć chwilę pobyć obok świętego (jak uważali) marianina. Po śmierci jednak o. Papczyński został niemal zapomniany, a kult miał wymiar lokalny. – Garstka ludzi wierzyła, że przyjdzie czas, gdy Polska i świat na nowo odkryją tego wielkiego człowieka. I tak się stało. Przełom XX i XXI wieku to okres, gdy rozpoczęły się głośne cuda za przyczyną o. Stanisława. Ożywienie martwego dziecka w łonie matki, które posłużyło do beatyfikacji, a potem uratowanie kobiety w stanie agonalnym – cud uznany w procesie kanonizacyjnym. I setki, setki łask, które się dzieją tutaj codziennie – opowiada o. Jan. – Świat zaczął poznawać naszego założyciela, bo to Bóg o nim przypomniał. Nauczanie o. Papczyńskiego dotyczące wiary, ale też patriotyzmu, odpowiedzialności, pracy to przesłanie ważne dla świata i Polski. Warto je poznawać.

Opiekun rodzin

– W ciągu 6 miesięcy mojej pracy na Mariankach ochrzciłem czworo dzieci, które (jak twierdzą rodzice) urodziły się dzięki wstawiennictwu św. Stanisława. On sam przecież został cudem ocalony w łonie matki, więc teraz opiekuje się matkami w stanie błogosławionym, szczególnie gdy życie dziecka jest zagrożone – opowiada o. Jan.

Na Marianki pielgrzymują zresztą całe rodziny. Z dziećmi starszymi, młodszymi i tymi pod sercem matki. Marta Janiak z trojgiem maluchów przyjeżdża do Góry Kalwarii regularnie. Chłopcy po modlitwie i Mszy św. mogą pojeździć na rowerkach wokół sanktuarium. A najmłodsza Tereska smacznie śpi w wózku. Mama ma czas na refleksję i modlitwę. – Czcimy rodzinnie o. Papczyńskiego i jesteśmy tutaj często. Doświadczamy tak wielu łask, że trudno o wszystkich mówić. Franek, Antek i Tereska czują się tu swobodnie i lubią to miejsce. A o. Papczyński prowadzi dzieci i nas, rodziców, do Matki Bożej. To tutaj udało się wybłagać najważniejsze dla nas sprawy. Zawierzamy relacje z ludźmi, zawierzamy nasze dzieci. A o. Stanisław najwyraźniej słucha – uśmiecha się pani Marta.

Gdy dziecko „nie jest zdolne”

Stanisław Papczyński był znany jako doskonały retor, mówił wybitne kazania, był światłym umysłem wykraczającym poza swoje czasy. Spowiednik senatora Sobieskiego (późniejszego króla) i nuncjusza apostolskiego Antoniego Pignatellego (późniejszego papieża Innocentego XII). Wielki umysł i godne wykształcenie. Jednak… początki związane z jego nauką były trudne. Można powiedzieć – były wielkim pasmem porażek. – Stanisław pochodził z ludu, a kształcenie dzieci z nizin społecznych było wtedy niemal niemożliwe. Mimo to postanowił się uczyć. I tu zaczyna się historia jego porażek, bo nie był, delikatnie mówiąc, zdolnym uczniem, nauka szła mu jak po grudzie. Alfabet opanował z trudem i dopiero po głębokiej modlitwie. A potem rozpoczyna się jego walka o dalsze wykształcenie, przeplatane ciężkimi chorobami, a w końcu bezdomnością. Nie poddał się. Z Bożą pomocą kształcił się i rozwijał. A jako kleryk (najpierw był w zakonie pijarów) został wykładowcą retoryki! Potem, już jako marianin, głosił niepokalane poczęcie Matki Bożej prawie 200 lat wcześniej od ogłoszenia dogmatu – opowiada o. Jan. Dlatego na Marianki przyjeżdżają też uczniowie i nauczyciele. A rodzice polecają o. Papczyńskiemu dzieci, które mają problemy z nauką, doświadczyły „niepowodzenia szkolnego”.

Barbara Wetesko przez wiele lat była nauczycielką i dyrektorką szkoły. Jak mówi, jest „fanką o. Papczyńskiego”, a za jego przyczyną dzieje się w jej życiu wiele dobrego. – To dzięki o. Papczyńskiemu, po 35 latach życia bez Boga, nawrócił się mój tata. Poleciłam go o. Papczyńskiemu i gdy tata był umierający, prosiłam o łaskę nawrócenia. Tata się nawrócił i jeszcze kilka lat cieszyliśmy się nim na ziemi. Umarł potem spokojnie, bez bólu, pojednany z Bogiem i ludźmi. Regularnie jestem na Mariankach, modlę się nowenną do o. Papczyńskiego. Mam tyle intencji, które mu zawierzam… – opowiada pani Barbara. – Modlę się też za swoich byłych uczniów, bo o. Papczyński to świetny patron wszystkich osób uczących się i zdobywających wiedzę. Często z trudem…

Sanktuarium z potrzeby

Do wieczernika z biegiem lat, szczególnie po beatyfikacji o. Papczyńskiego, przybywało coraz więcej osób. Mówili, że ten skromny kościół jest godny zaszczytu. – Przełożony polskiej prowincji marianów, po zebraniu odpowiedniej dokumentacji, potwierdził, że wieczernik otoczony jest szczególnym kultem. Księgi łask, wielkie pudła ze świadectwami… Wszystko to zostało przekazane kard. Kazimierzowi Nyczowi, by rozpatrzył nasz wniosek o uznanie miejsca – sanktuarium – opowiada o. Jan. – Kardynał uznał, że to miejsce, w którym człowiek otwiera się na łaskę Bożą i święte życie o. Papczyńskiego, działa na współczesnych. Dlatego 20 maja skromny kościół w Górze Kalwarii zostanie podniesiony do rangi sanktuarium.

Pani Alicja modli się przy grobie o. Stanisława. W jednej dłoni różaniec, druga dłoń przyłożona do sarkofagu. Pani Alicja wymodliła tu powrót męża do rodziny i jego nawrócenie. – Niedawno przeszłam poważną operację. Dzięki o. Papczyńskiemu szłam na nią zupełnie spokojnie – mówi pewnie. – Teraz wiem – przekonałam się o tym tutaj, w wieczerniku – nie ma trudnej rzeczy, której Pan Bóg by nie rozwiązał.

Pani Alicja zabiera też do o. Papczyńskiego osoby, które przeżywają trudności w życiu i wierze. Niedawno zabrała znajomą, która przeżywała dramat choroby, ciężkiej sytuacji finansowej, zupełnego odrzucenia bliskich. – Po modlitwie przy grobie ojca moja znajoma zaczęła płakać. Mówiła, że zobaczyła tu całe swoje życie, wszystkie cierpienia i porażki, których latami doświadczała i które ją niszczyły. Po modlitwie inaczej spojrzała na swoje życie. Łaska od o. Papczyńskiego odmieniła jej przyszłość i przeszłość, porażki przemieniła w siłę, a ból w radość. Taki jest właśnie o. Papczyński. I dlatego zawsze będę do niego wracać.•

Więcej informacji o o. Papczyńskim i sanktuarium na: ­www.papczynski.pl

« 1 »
Gdy się nie układa...

WIARA.PL DODANE 17.05.2018

Gdy się nie układa...

oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji