Nowy numer 42/2018 Archiwum

Z nożykiem i zębem wilka

W średniowieczu jedna księga miała wartość dwóch, a nawet trzech wsi. O tym, że zapisane w niej słowo było na wagę złota, można się dowiedzieć z ekspozycji w tynieckim opactwie.

Na wystawę „W klasztornym skryptorium”, udostępnioną do zwiedzania w budynku Wielkiej Ruiny muzeum tynieckiego opactwa, idziemy po nieszporach. W średniowieczu tutejsi mnisi, śpiewając je w kościele św. św. Piotra i Pawła, korzystali z jednej, ogromnej księgi, tzw. chórowej. Miała pokaźne rozmiary i w związku z tym łatwe do odczytania z dużej odległości litery. Stworzenie iluminowanej strony w zależności od tego, jakiego była formatu i czy dodatkowo dekorowano ją inicjałem oraz zdobieniami, zajmowało skrybom i iluminatorom kilka, a nawet kilkanaście dni. Te arcydzieła wychodziły spod ręki zakochanych w Bogu i w słowie mnichów, będących nie tylko artystami, ale przede wszystkim wybitnymi rzemieślnikami. Na marginesach niektórych przepisywanych wtedy dzieł można znaleźć uwagi pokazujące, jak wymagająca to była praca. „Pracują trzy palce, a trudzi się całe ciało” – zanotował jakiś anonimowy skryba. Większość twórców ksiąg, mając na względzie przesłanie: „Ad maiorem Dei gloriam”, nie eksponowała swoich imion, wykonując dzieło wyłącznie dla przymnożenia chwały Bogu.

Opactwo Benedyktynów w Tyńcu to najstarszy istniejący klasztor w Polsce, w którym dziś ma siedzibę największa wspólnota zakonna w naszym kraju, żyjąca według 1500-letniej Reguły św. Benedykta. To pierwszy w Polsce klasztor, w którym od 10 lat prowadzone są warsztaty kaligrafii i iluminatorstwa, czyli sztuki, którą władali średniowieczni skrybowie.

Cierpliwość i pokora

Określenie „benedyktyńska praca” obrazuje zajęcie monotonne, żmudne, wymagające cierpliwości, dokładności i wytężonego skupienia. Nazwa wzięła się od św. Benedykta z Nursji, żyjącego na przełomie V i VI w., założyciela klasztoru na Monte Cassino. Jedną z ważnych powinności tamtejszych zakonników – skrybów było kopiowanie i iluminowanie ksiąg, wymagające od nich takich właśnie przymiotów. Mimo ogromnego wysiłku wydatkowanego na pracę było to też dla nich zajęcie nobilitujące. Świadczyło nie tylko o dużych umiejętnościach piszących, ale też sprawiało, że pozostawał po nich ślad na wieki, bo przecież starannie wykonane rękopisy szanowano i chroniono przed zniszczeniem. Przełożeni skrybów, aby uchronić ich od wbicia się w pychę z tego powodu, że tworzą wiekopomne dzieła, dbali o kształcenie w nich pokory.

Nie zachowały się informacje, w którym miejscu tynieckiego opactwa znajdowało się średniowieczne skryptorium i ilu skrybów w nim pracowało. Mogło być ich kilku, a nawet kilkudziesięciu. Z przekazów dowiadujemy się, że w VIII w. w opactwie w St. Gallen (w dzisiejszej Szwajcarii) pracowało przy pulpitach ponad 60 przepisujących. Wiadomo na pewno, że taką pracą trudnili się też benedyktyni tynieccy. Jej efekty przetrwały w zbiorach klasztornej biblioteki, liczącej ponad 40 tys. książek. Co istotne – dziś dobrze prosperują funkcjonujące przy niej wydawnictwo i drukarnia.

Graduały i mszały

W XIX w., po kasacji zakonu w Tyńcu [w wielu państwach likwidowano wówczas zakony, Austria dokonała kasacji benedyktynów w 1816 r. – przyp. red.], ważne dzieła znalazły zabezpieczenie w innych polskich bibliotekach, w tym w książnicy narodowej w Warszawie. Dla przykładu – powstałe w tynieckim skryptorium przed 1409 r. graduał i antyfonarz opata Mścisława, czyli iluminowane rękopisy liturgiczne, znajdują się w zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie. Akta Kapituły Tynieckiej wypożyczono na wystawę z Biblioteki Jagiellońskiej. Największą część średniowiecznych zbiorów tynieckiej biblioteki stanowiły rękopisy przywiezione z klasztorów zachodniej Europy – przede wszystkim mszały, graduały, sekwencjonarze, lekcjonarze i ewangeliarze konieczne do sprawowania liturgii.

Kustosz muzeum, brat dr hab. Michał Gronowski, wyjaśnia, że skryptoria pracowały głównie na potrzeby liturgii, ale tworzyły kodeksy związane z zarządzaniem majątkami klasztorów. Śladem najstarszej przechowywanej tu księgi jest plakieta, będąca fragmentem jej oprawy, datowana na pierwszą połowę XI w. Nie wiadomo, kiedy powstało pierwsze tynieckie skryptorium. Dokumenty potwierdzają, że w latach 1452–1477, za rządów Macieja ze Skawiny, zwanego Skawinką, w tutejszym skryptorium powstawały księgi, m.in. „Graduale de sanctis” zawierające śpiewy mszalne z całego roku kościelnego.

Na skórze baraniej

Zachowały się miniatury średniowieczne przedstawiające skrybę przy pracy, siedzącego przy pulpicie. Bywa na nich przedstawiany z gęsim piórem i nożykiem, który służył mu nie tylko jako „gumka do atramentu”, ale przede wszystkim do ostrzenia gęsiego pióra. Jego końcówka szybko ulegała stępieniu i trzeba ją było doprowadzać do stanu używalności kilkakrotnie w ciągu dnia. Nożyk służył też skrybie do zdrapywania mniejszych pomyłek w zapisie. Kiedy popełnił większe – przekreślał błędne słowa i pisał od nowa dobry tekst. Miał też inne narzędzia niezbędne do pracy: do polerowania placków złota na iluminacjach używał zębu wilka, lwa, a nawet kota lub innych zwierząt mięsożernych. Pergamin najczęściej był wyprawioną skórą cielęcą, kozią lub baranią. Jej kawałki przycinano do kart wielkości księgi. Ich wymiary zależały od tego, przez kogo były używane. Modlitewniki niezbędne do prywatnych modlitw były małe. Z dużych ksiąg, tzw. chórowych, korzystali wszyscy śpiewający w chórze. Ponieważ rękopisy kosztowały tak wiele, niekiedy dla oszczędności zdrapywano teksty z dawno nieużywanych ksiąg i pisano inne. W takich księgach widać, jak spod jednej linijki prześwituje druga, wcześniejsza. Materiały pisarskie były bardzo drogie. Kary za przewinienia, które spadały na skrybów w klasztorze Studios w Konstantynopolu, pokazują, że pisanie to nie były przelewki. Za nieutrzymywanie pergaminu w czystości winny musiał wykonać 130 pokłonów pokutnych. Za przygotowanie większej ilości kleju, niż to było potrzebne – 50, a za złamanie pióra w gniewie – 30.

Kara za zaczytanie

– Iluminator czy skryba, jako dobrzy rzemieślnicy, musieli wiedzieć, jak wytwarza się atrament czy farby – mówi Barbara Bodziony, która w muzeum tynieckim prowadzi warsztaty kaligrafii i iluminatorstwa. Z wykształcenia jest historykiem sztuki – mediewistą, kaligrafem i iluminatorem. Opowiada, że warsztat wyrabiającego kolorowe farby i atrament przypominał pracownię alchemika. Na przygotowanym na ekspozycji filmie można zobaczyć, z czego w średniowieczu uzyskiwano kolory. – To były pigmenty mineralne, roślinne i zwierzęce – opowiada pani kaligraf. – Na przykład purpurę ze ślimaków morskich uznawano za jeden z droższych pigmentów. Do otrzymanych kolorów dodawano spoiwo, czyli substancję kleistą, niezbędną, żeby przykleiły się do pergaminu. Wytwarzano ją z białka jaj, miodu, gumy arabskiej. Pisano atramentem galasowo-żelazowym. Galasy to narośle z taniną w kształcie kuleczek, pasożytujące na dębach. – Gotowano je ze związkami żelaza i gumy arabskiej – opowiada Barbara Bodziony. Zachwyca się polskimi rękopisami, ale pozostaje przede wszystkim pod urokiem iroszkockich ksiąg, które powstały od VI do VIII w. Wzorem niedoścignionego mistrzostwa kaligrafii jest dla niej zapisana po łacinie półuncjałą irlandzką słynna Księga z Kells. To cztery Ewangelie z notami wstępnymi i komentarzami, misternie i bogato zdobione wielobarwnymi celtyckimi motywami roślinnymi i figuralnymi oraz inicjałami.

Czytając w folderze muzealnym, kto animuje zajęcia z kaligrafii w tynieckim opactwie, można wysnuć wniosek, że sporo pań zajmuje się sztuką kaligrafii. W średniowieczu nie było ich wiele. Do historii przeszła Gizela, siostra Karola Wielkiego, która w VIII w. prowadziła znany warsztat pisarski. Okazuje się, że nawet to szlachetne zajęcie nie było wolne od pokus, grożących poświęcającym się słowu pisanemu. Żeby się przed nimi ustrzec, wymyślono nawet odpowiednie kary. Zachowała się informacja o nakazanym poście o chlebie i wodzie dla mnicha, który zamiast pracować, zaczytał się w przepisywanym tekście. W dobrych tekstach warto bezkarnie zaczytywać się w każdej epoce. Dziś, mimo niebywale rozwiniętej sztuki edytorskiej, nasze książki nie dorównują majestatem i kunsztem średniowiecznym rękopisom. One wołają przez wieki o uwagę dla każdego zapisanego słowa.•

  Zgodnie z najnowszą modą ekspozycja zawiera elementy interaktywne. Można otworzyć księgę i dowiedzieć się, jak powstawała.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy