Nowy numer 46/2018 Archiwum

W koloratce może nie zastrzelą

Były plany aby w 2017 r. przyjechał tu papież Franciszek, jednak trwająca w kraju wojna uniemożliwiła pielgrzymkę. – Czy uda się ona w tym roku? Kościół w Sudanie Płd. czeka na papieża – mówi ks. Jan Marciniak, misjonarz.

Temat papieskiej wizyty w najmłodszym państwie świata (niepodległość od 2011 r.) pozostaje aktualny. Przewodniczący Episkopatu Sudanu Południowego, bp Eduardo Hiiboro Kussala, z diecezji Tombura-Yambo (w której pracuje ks. Marciniak) podczas wizyty w Watykanie (sierpień 2017), wyraził nadzieję, że papież w tym roku przyjedzie. Podobnie wyrazili przedstawiciele ekumenicznej Rady Kościołów Sudanu Płd,, którzy 23 marca br. spotkali się z papieżem. „W Sudanie Płd. nie ma 100-procentowego bezpieczeństwa. Ale jeśli Papież do nas przyjedzie, tak jak do Republiki Środkowoafrykańskiej czy Birmy, będziemy bardzo szczęśliwi” – powiedział ks. James Oyet Latansio, sekretarz generalny Rady (za: Radio Watykańskie).
 – Episkopat i rząd zapraszali papieża już 2017 r. Ale były obawy – przyznaje ks. Marciniak. – Walczące strony zawierają porozumienia, potem je zrywają. Wojna pozbawiła życia setki tysięcy ludzi, a prawie 3 miliony straciło domy. W stolicy Dżubie, też trudno zapanować nad sytuacją – mówi misjonarz.

Ochotnicy, wystąp!

Ks. Jan na misje po raz pierwszy wyjechał  w 1991 roku. Najpierw do sąsiedniej Ugandy, gdzie był odpowiedzialny za szkołę techniczną w Kamuli, a następnie był proboszczem w miejscowości Namaliga, niedaleko stolicy - Kampali. W kolejnych latach pracował w Kenii, gdzie był dyrektorem dużej technicznej szkoły Boys’ Town oraz Centrum Młodzieżowego DBYES. Potem przyszedł czas na Tanzanię - prowadzenie szkoły technicznej w Dar es Salaam, oraz formowanie kandydatów do zgromadzenia w salezjańskim ośrodku formacyjnym w Morogoro. W 2015 roku został posłany do Sudanu Płd.

– Szukali ochotników. Zgłosiłem się. Różnie Pan Bóg kierował – opowiada. – Po nowicjacie w ramach sprawdzenia mego powołania  kapłańskiego przez dwa lata byłem w specjalnej jednostce wojskowej w Bartoszycach. Byl to trudny czas, ale dobry do przygotowania się do pracy na misjach – mówi. Po święceniach pięć lat czekał, na pozwolenie na wyjazd. – Cierpliwość i posłuszeństwo przynoszą błogosławieństwo. Dziś niczego nie żałuję. Po 27 lat na misjach mam poczucie, że to był dobry wybór - przyznaje.

Obecnie jest proboszczem w parafii Mänguo, ok 6 km od Maridi głównego miasta stanu o tej samej nazwie. – Do stolicy Dżuby mamy 300 km. Droga zajmuje ok. 14 godzin, bo jest tak kiepska, a w porze deszczowej  jest nieprzejezdna. Poza tym aktywność rebeliantów. Różne plemiona niezadowolone z działań rządowych. To sprowadza się do tego, że atakują niewinnych ludzi. Najgorsze, że ci rebelianci to czasami także starsze dzieciaki, którym dano broń. Raz do kolegi misjonarza też strzelali...

Dlatego z Maridi do Dżuby latają specjalnym samolotem. Mały na kilka osób – Obsługuje go grupa MAF (Mission Aviation Fellowship) pod patronatem Kościoła protestanckiego. Zrzesza różne kościoły lokalne, diecezje, misjonarzy. Tak jest bezpieczniej, choć z dużym ograniczeniem kilogramów, tak że wiele potrzebnych rzeczy na misje nie można zabrać. Wokół samej misji obecnie walk nie ma, największym problemem jest tu jednak głód. – Dzieci często przychodzą do szkoły osłabione i śpią na lekcjach. Wielu z nich je w domu  tylko jeden posiłek dziennie, po powrocie ze szkoły. I to nie zawsze – mówi ks. Jan..

W tym roku uruchomił projekt dożywiania uczniów. Dzięki jego staraniom misja otrzymała wsparcie z Caritas Polska.

–  43.775 tys. dolarów. To dużo, choć jeśli rozłożyć to na cały rok, a uczniów mamy ponad 1.6 tys. to wciąż są potrzeby. Ale mimo wszystko to jest bardzo duża pomoc za co jesteśmy wdzięczni wszystkim darczyńcom. Przynajmniej teraz zawsze jest kukurydza i fasola, plus jakieś warzywa – mówi.

Wcześniej na terenie szkoły mając trochę pola, zbierali kukurydzę. Było to jednak wiadro na klasę, i trzeba było podzielić na  50 uczniów. – Każdy dostawał po garści. Mimo dobrej woli i tak to nie wystarczyło na cały rok.Od kiedy projekt z Caritas Polska ruszył, dzieci mają pełniejszy posiłek przez cały rok szkolny.

  Archiwum prywatne misjonarza Potrzeba czasu

Trwający w różnych miejscach konflikt wewnętrzny w Sudanie Płd. wybuchł w 2013 r. i ponawiał się w następnych latach. – Przez dwa lata od niepodległości było dość spokojnie. Mimo wielkiej biedy, ludzie jednak jakość pozytywnie byli nastawni.  Potem pojawiły się uśpione napięcia pomiędzy plemionami. Jedni doszli do władzy, a drudzy zostali od niej odłączeni. Konflikt się pogłębił.  To także przełożyło się na codzienne życie. Zaczęły się przypadkowe zatrzymania na drodze, wyciąganie z samochodu ludzi z innego plemienia. Pieniędzy w kraju nie było, a elity stawiały sobie bogate domy, w kraju i poza jego granicami – opowiada misjonarz.

Stolica Dżuba jest miastem skupiającym ludzi z różnych plemion. – Dużo tu też handlujących Ugandyjczyków i Kenijczyków. Niby wszyscy się uśmiechają, ale nie wiadomo co kiedy wybuchnie. I wiele biednych dzieci. W mieście na Nilu jest tylko jeden metalowy most. Japończycy zaczęli budować drugi, ale jak doszło do rozruchów wyjechali i  budowa została zatrzymana. Ludzie jakby godzą się z tym co jest. Trzeba tu być dłużej, aby to wszystko zrozumieć – opowiada ks. Jan.

Salezjanie obecni są przedmieściach Dżuby, w misji Gumbo. Od roku pracuje tam też polski misjonarz ks. Waldemar Jonatowski. Przy misyjnej parafii został zorganizowany obóz dla wewnętrznych uchodźców. Natomiast teren, gdzie pracuje ks. Jan zamieszkuje grupa etniczna Azande. –To lud pasterski. Są spokojni – mówi.

Jak wszędzie, pierwszym krokiem do próby odbudowania naznaczonego wojną społeczeństwa, jest praca u podstaw. Przy misji w Maridi salezjanie prowadzą dwie szkoły, podstawową i średnią oraz salezjańskie oratorium, gdzie przychodzi  młodzież. - W rankingu nauczania jesteśmy przez miejscowe władze stawiani dość wysoko, choć są i braki. Nauczycieli  musimy ściągać z Ugandy, albo prosić o wolontariuszy. Dobrze przygotowanych ludzi do prowadzenia takich zajęć, jest jeszcze ciągle za mało, szczególnie do uczenia przedmiotów ścisłych..

  Archiwum prywatne misjonarza Dobry jak słoń

Katolicy w Maridi stanowią ok. 15 procent społeczności. Na parafii księdza Jana, w wiosce Mänguo oddalonej około 6 km od Maridi wiernych jest ok. 1700 osób. Na filiach dojazdowych (Rastigi, Nakua i Manikakara), na msze sw. przychodzi ok 100-150 osób. – We wsi Nakua kościół jest pokryty słomą, nie ma tam też studni. Potem Manikakara,  odległa o 20 km. A do diecezji mam 130 km - wymienia misjonarz

Gdy wsiada do samochodu  nigdy nie jest pewien drogi –. Zawsze zadaję sobie pytanie: czy ja dojadę? Czasem są walki. Raz przy drodze widziałem kilka trupów. Jak misjonarz jedzie w koloratce czy tez z krzyżem, to może nie zastrzelą, ale zawsze jest niebezpieczeństwo – mówi.

W 2016 r. w pobliżu misji, często padały strzały. – Szef rebeliantów miał dzieci w naszej szkole. Ostrzegał abym nie wyjeżdżał poza misję. Powiedział też swoim ludziom, aby nie strzelali w pobliżu misji, abyśmy ich nie opuścili, bo co oni zrobią bez misjonarzy? Takie to sytuacje były.

O samym Maridi mówi, że kiedyś to było "ładne miasteczko". Bank, policja, college dla pielęgniarzy i dla nauczycieli, dużo sklepów i i urzędów. – Dziś wiele budynków jest zniszczonych. Mój znajomy, Amos, mówił mi "Księże miałem wszystko, komputery, narzędzia. wszystko się kręciło". A teraz biznes padł, miasto zaniedbane. Była poczta, restauracje, dziś już tego nie ma. Na stacji paliw tylko od czasu do czasu jest benzyna. Rozwija się czarny rynek – opowiada. W 2016 roku wywróciła się tam cysterna. Ludzie zaczęli przybiegać, gromadzić rozlane paliwo do rożnych zbiorników, aby potem sprzedać. – Poszła iskra i prawie 200 osób się zapaliło. Obraz jak z Sądu Ostatecznego. Z biedy stało się jeszcze coś gorszego - wspomina ks. Jan. Dodaje, ze władze lokalne robią co mogą aby było lepiej. – Są pozytywnie nastawieni do naszej misji. Starają się pomagać. Nasz gubernator, to dobry człowiek. Nazywa się... Africano, właśnie tak – uśmiecha się misjonarz. – Na poświęcenie kamienia węgielnego pod budowe dodatkowych klas w szkole podstawowej zaprosił wszystkich ministrów (lokalne władze).

O ks. Marciniaku ludzie też mówią, że jest dobry. Jeszcze zanim przybył do Sudanu, otrzymał nowe imię w Ugandzie. Nazwali go Kikomeko, co znaczy: dobry, przyjazny, widzący problemy innych. Został też przyjęty do klanu Ndvou, czyli słonia. I tak dziś mówią o ks. Janie, że jest dobry, jak słoń. – Im bardziej poznasz ludzi, wejdziesz głębiej w ich życie, kulturę i zwyczaje, to dostrzegasz to co łączy wszystkich ludzi, czyli, pragnienie  być szanowanym, dowartościowanym, dostrzeganym i kochanym. I gdy z takim nastawieniem głosisz im Chrystusa, to oni się otwierają. Czują, że dla nich dobra. Znikają wszelkie bariery kulturowe, języka, pochodzenia. Ja ich kocham. To fajni ludzie – mówi misjonarz.

Profil księdza Jana na stronie zgromadzenia: http://misjesalezjanie.pl/misjonarze-i-misjonarki/misjonarz-ks-jan-marciniaki-sdb/

DVD - Kikomeko
misje salezjanie

 

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • gut
    21.04.2018 21:55
    "W koloratce może nie zastrzelą" :) Co cię nie zabije to cię wzmocni?🌓 ;) 🌕Duchowieństwo: piechota Kościoła.🌖 - 🌕Antoni Regulski🌖 ;-)))
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy