Nowy numer 38/2018 Archiwum

Sokół na ratunek

Charakterystyczny dźwięk śmigłowca odbijający się od tatrzańskich turni zwykle oznacza jedno: ktoś w górach potrzebuje pomocy. W ciągu kilku minut tę pomoc otrzyma.

Wbazie Sokoła – śmigłowca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego – panuje spokój. Dziś nie ma akcji, nikt nie wzywa w górach pomocy, więc jest czas na kawę. W bazie jest co najmniej sześć osób – kierownik dyżuru, dwóch pilotów, mechanik oraz dwóch ratowników nazywanych „dołowymi”. To oni w terenie opuszczają pokład śmigłowca i na miejscu udzielają pomocy i pomagają wciągnąć poszkodowanego na pokład śmigłowca. Zaglądają też znajomi, byli ratownicy, piloci.

Hangar, w którym garażuje Sokół, znajduje się na tyłach powiatowego szpitala w Zakopanem. Maszyna jest gotowa do lotu każdego dnia od wschodu do zachodu słońca. Mechanik przegląda wszystkie układy codziennie rano i wieczorem, a także po zakończonej akcji.

Minuty zamiast godzin

Decyzja, czy do danej akcji ratownicy ruszą „z buta”, czy uruchomiony zostanie śmigłowiec, zapada w centrali TOPR. Kiedy sygnał do lotu dotrze do bazy Sokoła, ratownicy zaczynają zbierać informacje. Oceniają warunki, dowiadują się, co się stało i ile osób potrzebuje pomocy, zaczynają przygotowywać maszynę, pakują sprzęt. Rozruch śmigłowca trwa 5–6 minut. W tym czasie ratownicy donoszą na pokład sprzęt. – Po 5 min zwykle jesteśmy już w śmigłowcu i meldujemy centrali rozpoczęcie działań – mówi Jacek Broński, ratownik pokładowy. Baza jest zlokalizowana niemal idealnie pośrodku polskich Tatr. Dotarcie w najbardziej oddalone rejony – czy to na Rysy na wschodzie, czy w okolice Wołowca na zachodzie – trwa do 6 minut. Po dotarciu na miejsce ratownicy zjeżdżają na linach lub są opuszczani specjalną wyciągarką na miejsce, gdzie znajdują się potrzebujący. Po udzieleniu pierwszej pomocy i wciągnięciu na pokład poszkodowanych, ratowników i sprzętu załoga przez radio melduje, że jest w komplecie i Sokół rusza do szpitala. Śmigłowiec TOPR to w zasadzie w pełni wyposażona latająca erka. Oprócz sprzętu taternickiego i przyrządów do przenoszenia poszkodowanych na pokładzie jest także aparatura do resuscytacji: defibrylator, respirator, aparat USG, urządzenie do automatycznego masażu serca. Wokół części pasażerskiej zamontowany jest także tzw. system poręczowy, czyli liny, do których swoje uprzęże przypinają znajdujący się na pokładzie ratownicy. – Cały czas jesteśmy w asekuracji, dlatego nawet w przypadku wahnięcia śmigłowca osoba wypadająca z maszyny zawiśnie na linach, nie spadnie – wyjaśnia Jacek Broński.

Czas akcji z udziałem śmigłowca liczy się w minutach. Jak bardzo różni się to od pieszych interwencji ratowników? Jacek Broński wylicza na przykładzie dotarcia do turysty, unieruchomionego na Buli pod Rysami: samo zebranie ekipy ratowników (w tym przypadku musi to być 8–10 osób) to około pół godziny. Dojazd samochodami do Morskiego Oka – kolejne 30–40 min. – Razem z pakowaniem i wypakowywaniem sprzętu daje to ok. 1,5 godz. – mówi. Pierwsi ratownicy docierają do poszkodowanego po kolejnych 2 godz. marszu. Tym, którzy niosą cięższy sprzęt, zajmie to trochę więcej czasu. – Osoba, która czeka na pomoc prawie 4 godz., jest już w znacznie gorszym stanie niż ci, do których docieramy śmigłowcem po ok. 10 min. Oprócz urazów jest także wychłodzona. To dodatkowo przedłuża udzielanie pomocy – opowiada ratownik. Potem transport na noszach do schroniska, dojazd samochodem do szpitala. Razem jakieś 7 godz., zakładając, że wszystko idzie zgodnie z planem. – W przypadku śmigłowca taka akcja mogłaby się zamknąć w 20 min – mówi Jacek Broński.

Powietrzna rewolucja

Pierwsze akcje ratownicze z wykorzystaniem śmigłowca odbywały się w Tatrach już na początku lat 60. Były to modele SM-1 i SM-2, a później Mi-2. Od połowy lat 70. TOPR miał stały dyżur śmigłowcowy (z niewielką przerwą między sezonami). Mimo to luty 1993 r., kiedy TOPR otrzymał śmigłowiec W-3A Sokół, był początkiem rewolucji. – To była kompletna zmiana jakości – żadnych ograniczeń technicznych związanych z mocą maszyny – wspomina Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. Mi-2 był nie tylko mniejszy, ale przede wszystkim znacznie słabszy. Jego silniki szybko się przegrzewały, kiedy helikopter nieruchomo wisiał w powietrzu. Ratownicy na desant z pokładu mieli kilkanaście sekund. Sokół ma dużo większą moc, mieści więcej sprzętu i bez problemu pozostaje „w zawisie” przez dłuższy czas.

Ten, który trafił do TOPR, zszedł z taśmy produkcyjnej PZL w Świdniku 12 lutego 1993 r. Kilka dni później, gdy od ściany odpadł taternik wspinający się w rejonie Mnicha, ratownicy pospieszyli na pomoc na pokładzie nowego śmigłowca. „Piękna akcja” – pisał później o interwencji ratowników Michał Jagiełło w książce „Wołanie w górach”. – „W godzinę od alarmu ranny znalazł się w szpitalu. Chłopak miał dużo szczęścia. Odpadł. Przeleciał 80 m, wyrywając dwa z trzech punktów asekuracyjnych”. Nie obyło się jednak bez trudności. – Nie mieliśmy jeszcze doświadczenia z tym modelem – przyznaje Adam Marasek, ratownik TOPR, który brał udział w tamtej akcji. Duże i ciężkie łopaty Sokoła wywołały ruch powietrza, który zaczął obracać podwieszonych na linie ratownika i poszkodowanego. – Był problem, jak ich, kręcących się, wciągnąć na pokład. W końcu się udało – wspomina Marasek.

Trzeci egzemplarz

Pierwszy śmigłowiec W-3A służył w TOPR tylko nieco ponad rok. Podczas ratowania dwóch szwedzkich turystek znajdujących się w Kotle Gąsienicowym łopata śmigła uderzyła jednego z nich w tył głowy. Koledzy wciągnęli go z powrotem na pokład Sokoła, który natychmiast odleciał. Chwilę później do udzielających pomocy kontuzjowanym Szwedkom dotarł radiowy komunikat: Sokół spadł do Doliny Olczyskiej. Zginęło dwóch pilotów – Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki oraz dwóch ratowników tatrzańskich – Janusz Kubica i Stanisław Mateja. – To był dla nas szok. Wydawało nam się, że to już taki śmigłowiec, któremu można bezgranicznie ufać. Okazało się, że – jak każda maszyna – nawet on może zawieść – komentuje Adam Marasek.

Kolejny śmigłowiec TOPR stracił w 2003 r., w czasie głośnej akcji po lawinie, która porwała dziewięcioro uczestników szkolnej wycieczki na Rysy (ośmioro z nich zginęło). Drugiego dnia akcji w trakcie lotu awarii uległ jeden z silników. Pilot zdołał wysadzić ratowników i sam na jednym silniku próbował dotrzeć do miejsca, gdzie mógłby wylądować. Drugi silnik odmówił posłuszeństwa, gdy Sokół przelatywał nad Murzasichlem. Podczas awaryjnego lądowania maszyna się rozbiła, ale pilotowi udało się wyjść z wypadku cało. Wykorzystując ocalone elementy tamtego śmigłowca, zbudowano obecny, trzeci egzemplarz.

Jeden nie da rady

W latach 2015–2017 Sokół był wykorzystywany w co trzeciej akcji tatrzańskich ratowników. To prawie 600 akcji, podczas których uratowano ponad 700 poszkodowanych. Sama maszyna to jednak nie wszystko. Co napędza ratowników, jak trafili do TOPR? – Podobał mi się ten zawód. Warsztat mi się podobał – mówi Jacek Broński. Dodaje, że był „zgąbczony na te tematy”, bo w pogotowiu byli jego wujkowie, ojciec chrzestny, a pradziadkowie uczestniczyli w zakładaniu organizacji. Podkreśla, że to także doskonała praca dla „faceta, który chce się spełniać”.

Jan Krzysztof dodaje, że działalność w TOPR to okazja do wykorzystania i rozwijania swoich umiejętności górskich. Zastrzega jednak, że ratownik górski musi chcieć i potrafić działać w zespole. – W górach jeden ratownik, nawet najsilniejszy, nie będzie w stanie skutecznie udzielić pomocy – podkreśla naczelnik pogotowia. Czasem praca w zespole wymaga też przyjęcia na siebie mało spektakularnych zadań – choćby wynoszenia ciężkiego sprzętu.

Adam Marasek dodaje do tego konieczność empatii i chęć niesienia pomocy. – Nie można się denerwować na turystów, choć czasem robią głupoty – mówi Marasek. Przypomina o składanej przez wstępujących do TOPR (po egzaminie i stażu członkowskim) przysiędze. „Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy – bez względu na porę roku, dnia i stan pogody – stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazań Naczelnika lub jego Zastępcy w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy” – ślubują ratownicy. – Skoro się przysięgało, że się pójdzie, to się idzie – mówi Adam Marasek. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji