Nowy numer 33/2018 Archiwum

Olka, wszystko będzie dobrze

Staczaliśmy się w nałogu. Były pieniądze, ale cena była wysoka: coraz więcej pustki.

Było tak jak w Psalmie 40.: „On pochylił się nade mną i wysłuchał mego wołania. Wydobył mnie z dołu zagłady i z kałuży błota, a stopy moje postawił na skale i umocnił moje kroki”. A mnie się wydawało, że stałam mocno. Że stałam na kasie, interesach, przekrętach prawnych…

Lubiłam się bawić, szukałam adrenaliny i nowych wyzwań. Już w gimnazjum w Nowym Targu weszłam w szemrane towarzystwo. Nauczyciele mieli kłopot: miałam świadectwa z paskiem, ale nie radzili sobie ze mną. Pierwsze papierosy, narkotyki, bunt. Pociągało mnie ostre życie.

Mój nauczyciel z plastyki, Krzysztof Kabat, już od gimnazjum prowadził mnie indywidualnie. Jak mistrz ucznia. Sytuacja bez precedensu. Mimo różnicy wieku przeszliśmy na „ty”. Ufałam mu. Widział, co się ze mną dzieje, z kim się zadaję, ale nigdy mnie nie potępił, nie serwował taniego moralizowania. Widząc mój talent, przekonał moich rodziców, by wysłali mnie do liceum plastycznego do Krakowa. Początkowo nie chcieli się zgodzić, bo czuli, że urwę się ze smyczy (i mieli rację!), ale dopięłam swego.

W liceum weszłam w niszczącą i toksyczną relację, która trwała przez dwa lata. Był to związek z facetem, który był czołowym dilerem w mojej miejscowości, uzależnionym od marihuany i żyjącym generalnie od imprezy do imprezy. Współpracował też z mafią holenderską. Sprawa kręciła się wokół hektarów nielegalnych upraw, ściągania długów, napadów z bronią. Nie opowiadał mi o swojej robocie. Powtarzał, że jego kobieta powinna myśleć, że jest sprzedawcą klimatyzacji.

Staczaliśmy się w nałogu i wartościowaniu świata przez pryzmat pieniędzy. Zależało nam tylko na tym, aby mieć, posiadać i nie być zbyt długo trzeźwym. Szybkie pieniądze, szybkie wydawanie, imprezy. Założyliśmy plantację marihuany, sama zaczęłam się babrać w dilerstwie i stopniowo uzależniałam się od palenia trawy. Ja nie mogłam wytrzymać dnia bez palenia trawy! Nie mogłam zasnąć, wybudzić się, funkcjonować. Koszmar. Moje zainteresowania i pasje szybko odeszły do lamusa. Dostałam się na malarstwo, ale rzuciłam studia, bo nałóg i plantacja zabierały za dużo czasu. Znikał też sens robienia czegokolwiek. A gdy znikał sens, pojawiał się bezsens, który trzeba było jakoś zapić, stłumić. Było coraz gorzej. Pojawiły się depresja, myśli samobójcze. Niby były pieniądze, ale cena była wysoka: coraz więcej pustki. Jej nie dało się przekupić. Zaczęły się wieczorne lęki, nie potrafiłam być sama. Pojawiało się pytanie: „Jaki jest sens mojego życia? Czy kiedykolwiek będę szczęśliwa?”, i tak na przemian, ciągle. Chciałam ograniczyć palenie, ale nie potrafiłam. Przez pół roku nie udało mi się wytrzymać dnia bez jointa…

W styczniu 2014 roku diler z Holandii zadzwonił, że jest robota. Zgodził się na to, by mój chłopak zabrał mnie ze sobą. Wylądowaliśmy w Eindhoven, a na spotkanie na lotnisko zamiast dilera przyjechała jego kochanka. Powiedziała, że został aresztowany tej nocy. Ktoś go sprzedał. On siedzi? – zatkało nas. – Był przecież nieuchwytny! Byliśmy pewni, że z dojściami, które miał, zostanie w areszcie na parę dni i wyjdzie. Zostaliśmy więc i czekaliśmy na jego powrót. Przez dom, w którym zamieszkaliśmy, przewijały się tabuny ludzi. Codziennie od rana do wieczora ktoś wpadał. Wszyscy palili i przez cały czas gadali jedynie o marihuanie. Nie interesowali się niczym innym, tylko zarobkiem. Żadnych celów, pragnień, ambicji. Budziłam się wołana na jointa i zasypiałam po całodziennym kopceniu. Miałam tego dość. Narastały w nas złość i frustracja. Zaczęliśmy się straszliwie kłócić. Wróciliśmy do Polski i po kolejnej awanturze zerwaliśmy z sobą. Zostałam sama, bez kasy, trawy, studiów. Towarzyszyły mi jedynie nałóg i depresja… I w tym wszystkim wsiadłam w tramwaj i ruszyłam do dominikanów. Do spowiedzi. Musiał mną kierować Duch Święty, bo w moim przypadku było to zachowanie irracjonalne.

Zadzwoniłam do Nowego Targu, do mojego nauczyciela plastyki. Rzuciłam do słuchawki: „Odcięłam się... w końcu, ale nie wiem co dalej”. A on obiecał… modlitwę.

Tylko tyle? – byłam bardzo rozczarowana. Wieczorem wysłał mi SMS-a. Pamiętam, że były w nim słowa: „A Duch Boży Cię napełni i wyciszy”. Nie wiem, w jaki sposób o tym opowiedzieć, ale przeczytałam te słowa i… nastała cisza, przyszła niewyobrażalna ulga, odpuściły lęki. Poczułam po raz pierwszy w życiu, że w tej ciemnej nocy muszę stanąć twarzą w twarz z Bogiem. Na serio. Czułam nieodpartą potrzebę, by wyznać Mu wszystkie grzechy, oddać cały bagaż i przede wszystkim wyrzec się swojego dotychczasowego życia.

Był 21 stycznia, późny wieczór. Leżałam sama w ciemnym pokoju i doznawałam największej skruchy w swoim życiu. Po chwili moją głowę zaczęły bombardować setki wątpliwości i pytań. Co teraz? Co będę robić? Jaka będzie moja przyszłość? Po co żyję? I na wszystkie pytania zaczęłam dostawać odpowiedzi. Usłyszałam: „Od teraz to Ja będę sensem w twoim życiu”... Byłam w ciężkim szoku, ale doświadczałam jednocześnie jakiejś nieznanej dotąd, niesamowitej radości. Usłyszałam: „Przestań się martwić. Wszystko będzie dobrze”.

I, jak pokazało życie, wszystko było dobrze! Duch Święty dał mi niezwykłą lekkość. Psychiczną i fizyczną. Pokazał mi moją przyszłość, bez najmniejszego cienia. W moim sercu zrodziła się potrzeba wychwalania Jezusa. Hm, ale jak to zrobić? Nie wiedziałam, czym jest uwielbienie. Rozsadzało mnie to od wewnątrz i musiałam uwielbiać. (śmiech) W pewnym momencie pośród tej radości krzyknęłam: Jezus Chrystus jest moim Panem!

Następnego dnia spisałam to wszystko i pojechałam jak najszybciej do Nowego Targu, by spotkać się z Krzyśkiem, moim nauczycielem. Dałam mu moje chaotyczne notatki i powiedziałam: „Czytaj!”. Obserwowałam jego twarz w napięciu, ale on czytał spokojnie. Odkładając kartki, powiedział „No, w końcu!”. Zszokowało mnie to: „Przepraszam bardzo, co w końcu?”.

Dowiedziałam się, że dzień wcześniej we wspólnocie… modlili się za mnie, że on sam modlił się przez kilka lat o moje nawrócenie. Kosmos!

„Krzysiek, ale to nie wszystko, mam problem: rzuciłam studia i jestem uzależniona od trawy” − rzuciłam. „Olka – zaproponował – pomodlimy się przez chwilkę, dobra?”. Dał mi do ręki krzyż z medalikiem św. Benedykta i zaczął się gorąco modlić. Potem odwiózł mnie do domu.

Następnego dnia rano wstałam i poczułam, że nie muszę i nawet nie chcę palić! Bóg zabrał mi ten głód. Przez cały tydzień chodziłam w szoku, zanim doszłam do wniosku, że zostałam uwolniona z nałogu.

Pierwsza uwierzyła mi babcia. Gdy opowiedziałam jej z detalami o moim doświadczeniu, skwitowała: „To stało się 21 stycznia? Przecież to Dzień Babci. Ola, ja przez ostatnie miesiące codziennie modliłam się za ciebie do Ducha Świętego, no to mam teraz prezent!”. (śmiech)

Nie tylko ona została obdarowana. Przecież ja dostałam zupełnie nowe życie! Krzysiek natomiast nowego ucznia, w innym niż dotychczasowe znaczeniu (oj, dużo musiał mi wytłumaczyć), i ewangelizatora do wspólnych posług.

Jednak mimo tak niesamowitych okoliczności obawiałam się, że czas przygód dobiegł końca. Skoro nie można nielegalnie, a trzeba przyzwoicie, to cóż jeszcze ciekawego mnie czeka? (śmiech) Przedwczesna starość? Bóg znający przecież każdą naszą myśl, a przy tym (na szczęście!) bogaty w miłosierdzie, potraktował to chyba jak rzuconą Mu rękawicę. Długo nie kazał na siebie czekać. Już po paru tygodniach zaczęły się wyjazdy, ewangelizacje, wymarzone studia, stawianie na mojej drodze absolutnie „odjechanych”, wyjątkowych ludzi... Przede wszystkim udowodnił mi, że naprawdę żyje, powstał z martwych, a teraz ma moc podnosić ze śmierci do życia także nas. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji