Nowy numer 49/2018 Archiwum

Pytałem: Dlaczego trzeba chodzić do kościoła? A babcia: Bo tak trzeba

Gdybym oparł moją wiarę na takim stwierdzeniu, już dawno by mnie nie było w kościele.

Z zainteresowaniem przeczytałem w ostatnim numerze GN tekst o spadku liczby wiernych uczęszczających na niedzielne Eucharystie. Rzeczywiście, w ostatnim roku gołym okiem można było zauważyć, że w Mszach świętych uczestniczy mniej ludzi. Wcześniejsze spadki nie były aż tak zauważalne. Pytanie „dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła?” przychodzi mimowolnie. Ja od pewnego czasu, widząc trend spadkowy, zacząłem zadawać sobie nieco inne pytanie: „dlaczego ludzie CHODZĄ do kościoła?”. Może wtedy łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie wcześniejsze. Zaznaczę, że nie jestem żadnym specjalistą w tej dziedzinie. Wszystkie wnioski opieram na własnej obserwacji i rozmowach w najbliższym otoczeniu, a także wykorzystuję własne doświadczenie obecności w Kościele.

Kiedy miałem około 7 lat, zadałem mojej babci pytanie, dlaczego trzeba chodzić do kościoła. A babcia na to: „Bo tak trzeba”. „Ale dlaczego trzeba?” – nie ustępowałem. „Bo tak trzeba” – odpowiadała za każdym razem babcia.

Moja babcia była osoba bardzo religijną, poza tym bardzo ją kochałem, ale zapewne gdybym oparł moją wiarę na takim stwierdzeniu, już dawno by mnie nie było w kościele.

Do czasu kiedy zostałem ministrantem wieku 13 lat, do kościoła chodziłem niechętnie, tylko z przymusu. Nudziłem się niezmiernie. A jak się tylko okazja nadarzyła, robiłem uniki. Kiedy zaangażowałem się jako ministrant, wszystko się diametralnie zmieniło, zacząłem chętne uczestniczyć w życiu Kościoła. Później trafiłem do ruchu Światło-Życie, był udział w rekolekcjach, doświadczenie żywego Boga. W życie w parafii (i to nie tylko mojej) byłem zaangażowany po uszy na różne sposoby.

Przyszedł też czas, kiedy młodzieńczy entuzjazm opadł i zaczęła się proza życia. Szukanie swojego miejsca w życiu kosztowało mnie wiele wysiłku. Wtedy w ruchu Światło-Życie już nie uczestniczyłem. Zacząłem zaniedbywać sakramenty, zacząłem gubić również Pana Boga, jednak cały czas byłem zaangażowany w parafię. Dziś mogę stwierdzić, że to zaangażowanie i przez to ogromna więź z parafią sprawiła, że od Kościoła nie odszedłem. A muszę przyznać, że bardzo byłem wtedy też podatny na liberalne hasła.

Przyszedł też czas, że w końcu Pan Bóg mnie dosięgnął swoją łaską i na nowo doświadczyłem Go żywego w moim życiu – już jako ojciec rodziny z kilkunastoletnim stażem małżeństwa. Nawiasem mówiąc znów w ruchu Światło-Życie. Moment (albo raczej kilkuletni proces zwieńczony szczególnym momentem) określam dziś jako moje nawrócenie. Doświadczenie działania żyjącego Boga jeszcze bardziej mnie związało ze wspólnotą Kościoła.

Moja droga życiowa, którą przytoczyłem pokrótce, jak i obserwacja i słuchanie innych ludzi skłoniły mnie do stwierdzenia, że ludzie chodzą do kościoła dlatego, że doświadczają głębokiej więzi z Bogiem lub przynajmniej odczuwają mocną więź z Kościołem (jeśli jest to pierwsze, wówczas to drugie przychodzi automatycznie). Ludzie odchodzą od Kościoła wtedy, gdy nie mają więzi z Bogiem ani nawet z Kościołem. Odchodzą ci, dla których Bóg i Kościół prawdopodobnie ograniczały się do godziny spędzonej w niedzielę na Mszy św. i nic poza tym. Nie słyszałem na przykład, żeby od Kościoła odchodzili ludzie zaangażowani we wspólnoty modlitewne i formacyjne czy inne grupy działające przy parafii.

W krajach Europy zachodniej zostało już niewielu praktykujących, ale ci, którzy zostali, są najczęściej zaangażowani na różny sposób w życie parafii, Kościoła.

Czy można przewidywać, że przyszłości w polskim Kościele też już nie będzie tzw. niedzielnych katolików? Czy można przypuszczać, w Kościele pozostaną tylko ci, dla których będzie coś więcej niż tylko niedzielna Msza św.? A przez to jeśli nie silna więź z Bogiem (choć to powinno być na pierwszym miejscu), to więź ze wspólnotą Kościoła będzie tym, co ich będzie trzymać w tej Wspólnocie? Przy takich okazjach też mocno przychodzi na myśl często powtarzane przez sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, że parafia to wspólnota wspólnot. Może to też kierunek, w którym winno zmierzać duszpasterstwo?

Zbigniew Rychlik, Bytom

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • Anna Panna
    16.01.2018 13:39
    Wiem, że gdy moja wiara osłabnie, a nawet UPADNIE, na pewno nie zaprzestanę udziału w niedzielnej Mszy św. Dlaczego? BO TAK TRZEBA. To pozwoli przetrwać kryzys, nawet długi. A wspólnoty to PIC NA WODĘ. Byłam, widziałam, UCIEKŁAM.
    doceń 3
  • gość
    17.01.2018 15:20
    dawna religijność produkowała ludzi niby "prostych" ale nie pozbawionych rozsądku, nie dających się złapać na lep rożnego pustosłowia, samodzielniejszych, zaradniejszych mających liczne rodziny i 2 ręce prawe do roboty, obecna nowoczesna religijność taki tani american dream dla osobników z kryzysem tożsamości, śpiewy egzaltacje i wielbienia jak z filmu o tewije mleczarzu
    doceń 3
  • TomaszL
    18.01.2018 08:05
    Odchodziłem od Kościoła, wróciłem bez pomocy wspólnoty, ale dzięki Łasce Boga. Doświadczenie Boga jest również dostępne każdemu, a nie tylko we wspólnotach.

    Dojrzała wiara, szczególnie ta męska wymaga odrzucenia wiary infantylnej czy emocjonalnej dokładnie tak samo jak codzienne życie wymaga odrzucenia młodzieńczej emocjonalności i dziecięcych zachowań.
    doceń 1
  • Senior2
    04.02.2018 16:19
    Żeby Pan Jezus nie był sam.
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy