Nowy numer 50/2018 Archiwum

Miasto kamienia

Przybyli tu z Somalii, Etiopii, Sudanu, Ugandy, Konga... Chciałem pokazać miejsce, gdzie mieszka pół miliona ludzi – mówi Ben Rawlence, autor przejmującego reportażu o największym na świecie obozie dla uchodźców, w Dadaab w Kenii.

Najtrudniej ukazać codzienność, ludzkie zmagania, miłości, marzenia. Każdy, kogo spotkał, ma swoją, jak to ujmuje – crazy story (zwariowaną historię). – Jeden wymyślił, że wybuduje tu dwupiętrowy hotel. Inny rozpoczął produkcję lodu. Była też kobieta, która chciała zostać naukowcem. Każdy chce być kimś – mówi Rawlence. Jego książka „Miasto cierni” pod koniec 2017 r. ukazała się w Polsce. To jedna z najważniejszych publikacji roku 2016 w USA i Wielkiej Brytanii.

Dadaab w języku lokalnym znaczy „miejsce twardego kamienia”. Do lat 90. była to niewielka miejscowość pasterska niecałe 100 km od granicy z Somalią. Dziś to główny ośrodek skupiający pięć obozów dla uchodźców (Hagadera, Ifo, Ifo 2, Dagahaley, Kambi Os) pod okiem ONZ i rządu Kenii. – Mówię ludziom, aby dla porównania pomyśleli o Nowym Orleanie lub Zurychu. A następnie, aby wyobrazili sobie brak stałych zabudowań (ONZ-etowskie namioty z czasem ustępują szałasom), brak bieżącej wody, kanalizacji, sanitariatów, prądu, dróg. W takich warunkach w Dadaab od 25 lat żyją już trzy pokolenia uchodźców – mówi Ben. „Życie w tym mieście to zarówno duchowa, jak i fizyczna pułapka, bo myśl krąży tu nieustannie między nierealnymi marzeniami a koszmarną realnością. Krótko mówiąc, trafiają tu wyłącznie kompletni straceńcy” – napisał w swojej książce.

Na co dzień Ben mieszka w Walii. Do Dadaab przyjeżdżał wielokrotnie. Z ramienia Human Right Watch monitorował warunki życia uchodźców. Jego opinii o Daadab zasięgała Rada Bezpieczeństwa Narodowego USA. Zdając przed nimi relację, zastanawiał się, „jak opisać różne oblicza tego miejsca ludziom, którzy nigdy go nie widzieli?”. – Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, wyobrażałem sobie obóz dla uchodźców tak, jak większość Europejczyków – jako miejsce pełne biedy i nieszczęścia, ale przejściowe, gdzie ludzie otrzymują pomoc – mówi. – Gdy jednak zobaczyłem Dadaab na własne oczy, stwierdziłem, że moje wyobrażenia są bardzo odmienne od rzeczywistości. To było całe miasto, które powstało pośrodku pustyni. Z własną strukturą, zwyczajami i międzynarodowym prawem regulującym życie. Ani to Kenia, ani Somalia. Wracałem tu przez kolejne cztery lata, by śledzić losy mieszkańców.

Al Szabab

Pierwszy obóz w Dadaab powstał w 1991 r., gdy uchodźcy z Somalii uciekali przed wojną domową wywołaną obaleniem dyktatora Siada Barreʼa. Rządził Somalią od 1969 r. Potem w kraju nastąpiły lata anarchii, po której rządy przejęła Unia Trybunałów Islamskich. To z niej wyłoniła się terrorystyczna organizacja Al Szabab, która obecnie prowadzi wojnę przeciw somalijskim wojskom rządowym wspieranym przez siły pokojowe Unii Afrykańskiej (głównie Kenię i Ugandę). W rewanżu Al Szabab wypowiedziała „ostateczną wojnę” krajom UA. Za deklaracją poszły zamachy – w lipcu 2010 r. w stolicy Ugandy – Kampali, we wrześniu 2013 r. w stolicy Kenii – Nairobi. Al Szabab dokonuje licznych ataków na tle religijnym, jak ten w Wielki Czwartek 2015 r. w kenijskiej Garissie, gdzie zginęło 148 chrześcijańskich studentów. Dla islamistów, którzy infiltrują pogranicze Kenii i Somalii, Dadaab stało się miejscem pozyskiwania rekrutów. Choć właśnie tu ludzie uciekają przed islamistami. Tak jak Guled, o którym opowiada Ben. – Guled urodził się w Mogadiszu. Miał 16 lat, gdy islamiści uprowadzili go ze szkoły. Wywieźli do obozu treningowego, uczyli posługiwania się bronią i Koranu. Niektórzy z porwanych zasilili oddziały samobójcze. Guled był szkolony dla hisbat, policji szariatu – mówi Ben. W książce zapisze, że „Guled był normalnym dzieciakiem, kochał muzykę, Manchaster United i nie chciał mieć nic wspólnego z Al Szabab. Jednak nie zawsze był wybór. Pewien chłopiec, kiedy przyszli po niego, powiedział »nie«, ale i tak go zabrali. Nazajutrz jego trzynastoletnia siostra znalazła na progu domu jego głowę. To było ostrzeżenie”.

Ben spotkał i innych zwerbowanych przez Al Szabab. – To byli typowi somalijscy chłopcy, dzieciaki, które powinny grać w piłkę. Niewiele wiedzieli o religii. Tylko jeden z nich, starszy, to był kryminalista. Al Szabab działa jak mafia – dodaje.

W Dadaab ludzie lękają się Al Szabab. Obóz ma zapewnić bezpieczeństwo. Prawie pół miliona osób (oficjalnie ok. 350 tys. zarejestrowanych) utrzymuje się z racji żywnościowych dostarczanych przez ONZ. Jedzenie jest rozdzielane co dwa tygodnie. Ryż, sorgo, kukurydza, fasola, niewielka ilość oliwy… Wodę, zanim pojawiły się odwierty, dostarczano ciężarówkami. Na pierwsze odwierty wystarczało 20 metrów. W 2016 r. trafiono na wodę dopiero na głębokości 400 metrów. – A pół miliona ludzi potrzebuje dużo wody – mówi Ben.

Swój pobyt w Dadaab wspomina Janina Ochojska, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej. – Nie ma tu żadnych szans rozwoju. Człowiek zależy w całości od tego, co otrzyma. Ta sytuacja powoduje, że ludzie tracą swoją tożsamość. Ci, którzy wcześniej określali się przez to, co robili, bo byli rolnikami czy rybakami, teraz mówią, że są uchodźcami. Albo że już urodzili się w obozie i nie znają innej rzeczywistości.

Stać nas na to

Druga duża fala uchodźców (ok. 130 tys. osób) napłynęła do Dadaab w 2011 r. Róg Afryki nawiedziła wtedy susza i klęska głodu, największa od 30 lat. W samej Somalii zmarło wówczas ponad 260 tys. osób. Połowa to były dzieci. Dziś Dadaab to kosmopolityczna społeczność, którą oprócz Somalijczyków (zdecydowana większość) stanowią uchodźcy z Sudanu Płd., Ugandy, Republiki Demokratycznej Konga, Rwandy (po rzeziach z 1994 r.). Rząd kenijski kilkakrotnie przymierzał się do likwidacji obozów i odesłania uchodźców – ostatnio na początku 2017 r. Próby te spotykały się z krytyką oraz z podważającym tę decyzję orzeczeniem Sądu Najwyższego Kenii. Sędziowie określili jako niekonstytucyjne zabiegi ministra spraw wewnętrznych zmierzające do zamknięcia obozu, dającego schronienie setkom tysięcy osób.

Jaka zatem jest jego przyszłość? Dadaab stało się częścią krajobrazu. Również ekonomicznego, w tym szarej strefy. – To największy rynek pomiędzy Nairobi i Mogadiszu. Nieraz policja otrzymywała łapówki – stwierdza Ben Rawlence. Poznając przez lata życie w Dadaab, nie ma złudzeń. – Obozy nie dają żadnej nadziei. Są miejscem wegetacji, gdzie ludzie popadają w melancholię, żyjąc życiem, które nie jest ich. A w Dadaab rodzi się 1000 dzieci miesięcznie – mówi. Z kolei Janina Ochojska zauważa, że w kontekście obozów dla uchodźców sensownym rozwiązaniem jest tworzenie struktur, dających ludziom możliwości. – Aby nie byli uzależnieni wyłącznie od pomocy humanitarnej. Jest prawie 65 mln uchodźców na świecie. Ponad połowa żyje w obozach utrzymywanych przez instytucje międzynarodowe. Podstawowe jest zapewnienie dostępu do wody, sanitariatów i schronienia. Ale gdy ludzie nie mają dokąd wracać, ważne są projekty umożliwiające np. założenie małego biznesu – sprzedaż drewna czy używanej odzieży. Pomoc powinna iść w tym kierunku. Dadaab jest takim miejscem, z którego trudno się wyrwać – podkreśla założycielka PAH. I docenia książkę Rawlenceʼa. – Znam losy ludzi, którzy żyją w nędzy i upokorzeniu, marząc o lepszym świecie. Te historie warto poznać, żeby zobaczyć również ów „drugi” świat i uświadomić sobie, jak wiele mamy i że stać nas na bycie solidarnymi. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji