Nowy numer 25/2018 Archiwum

Nie wykluczam dobrej woli

O niemieckich rezolucjach, wolności mediów i poszukiwaniu prawdy mówi Krzysztof Skowroński.

Piotr Legutko: Jak prezes SDP odebrał wypowiedź Franka Über­alla, prezesa Związku Dziennikarzy Niemieckich, który stwierdził, że sytuacja w Polsce przypomina mu lata 30. w jego kraju?

Krzysztof Skowroński: Ten fragment wywiadu dla „Deutsche Welle” szczególnie mnie poruszył, także dlatego, że przeczytałem go tuż po dniu Wszystkich Świętych. Zawsze wtedy jadę na grób dziadka mojej żony, Zdzisława Brzozowskiego, który został rozstrzelany w Wawrze 27 grudnia 1939 r. Miał 25 lat, właśnie wrócił po kampanii wrześniowej do domu, chciał zobaczyć córeczkę. Mama mojej żony miała wtedy 3 miesiące. To była nowa rodzina, którą rozbiła wojna. Tamten obraz miałem świeżo w pamięci, czytając wywiad, i myślałem sobie, jak bardzo szef Związku Dziennikarzy Niemieckich nie rozumie historii i jej nie zna. A z nierozumienia historii bierze się też nierozumienie współczesności.

Dodajmy, że nie chodzi tylko o wywiad, ale przede wszystkim o rezolucję Związku Dziennikarzy Niemieckich, w której jest mowa o braku wolności słowa i prześladowaniu ludzi mediów w Polsce.

Ostatni Zjazd SDP przyjął uchwałę wyrażającą oburzenie treścią tej rezolucji. Zastanawiamy się, czy była ona wynikiem niewiedzy, czy złej woli autorów. Myślę, że uda się zorganizować w Warszawie duże spotkanie z dziennikarzami niemieckimi, by usłyszeli też inną opinię o Polsce niż ta zawarta w rezolucji i poznali fakty, które za nią przemawiają. Dopiero po tej dyskusji, gdy wszystkie argumenty będą leżeć na stole, dowiemy się, czy mamy do czynienia ze złą wolą. Jest i druga możliwość: jedynym źródłem wiedzy, z którego korzystano, przyjmując rezolucję, byli dziennikarze związani z opozycją. Gdy niemieccy koledzy usłyszą odmienne opinie, zmienią swój radykalny pogląd.

Miałeś już pierwszy test w tej sprawie – wizytę studyjną w Berlinie zorganizowaną przez SDP w ramach projektu „Dziennikarze mówią o Polsce”.

I nadal nie wykluczam dobrej woli drugiej strony. Tamta rozmowa z niemieckimi dziennikarzami nie osiągnęła pożądanej głębi. Pierwsze spotkanie zwykle bywa powierzchowne, ale otwiera możliwość kolejnych spotkań. Taka była wspólna konkluzja, co dobrze wróży. Trzeba rozmawiać, szukać okazji do przekazania niemieckim środowiskom opiniotwórczym prawdziwych argumentów, a takich mamy bardzo wiele, korzystając choćby z wieloletniej pracy naszego Centrum Monitoringu Wolności Prasy. „Dziennikarze mówią o Polsce” to był bardzo ważny program, bo po raz pierwszy to my wyszliśmy z ofensywą. Do Bratysławy, Pragi, Budapesztu, Londynu, Berlina, Petersburga i Brukseli pojechali m.in. Jacek Karnowski, Paweł Lisicki, Maria Przełomiec, Piotr Semka, Wiktor Świetlik, Bronisław Wildstein. Odpowiadaliśmy na pytania, ale też sami pytaliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać z dziennikarzami, których nie znaliśmy, a przecież w procesie wzajemnego zrozumienia najważniejsze są właśnie bezpośrednie relacje. Bez nich nie ma też przepływu informacji. Naszą słabością był brak takich kontaktów. Mają je natomiast te ośrodki medialne, które swoją siłę budowały przez 27 lat i stanowiły o tym, co się przez te lata działo w Polsce.

Berlińskie spotkanie – mówiąc delikatnie – nie zostało pozytywnie odebrane w tych właśnie mediach. Atakowano SDP głównie za korzystanie z rządowego grantu.

To była próba dyskredytowania kogoś, zanim zacznie cokolwiek mówić. Żeby przypadkiem nie został potraktowany poważnie i wysłuchany. Stąd wytykanie, że projekt jest grantem realizowanym za pieniądze MSZ, a więc mamy do czynienia z rządową propagandą. Chodziło o ustawianie nas w niewygodnej pozycji, choć pojechaliśmy rozmawiać o wolności w mediach, a nie o dokonaniach rządu. Bo ta wolność jest dla nas jako dziennikarzy fundamentem. Za rządów koalicji PO-PSL nie była to wolność prawdziwa, bo pewne opinie miały być z publicznego obiegu wykluczone. Była to raczej karność wypowiedzi, obowiązkowa obecność w rydwanie władzy, która dla Polski i dla wolności mediów była władzą niedobrą.

Zachodni dziennikarze dostają od swoich polskich kolegów dwie różne opowieści o naszym kraju. Nie jest trudno przewidzieć, komu uwierzą.

Nie ma innej drogi niż doprowadzenie do konfrontacji faktów i dwóch sposobów myślenia. Dalej nie pójdziemy. Pozostaje liczyć na obiektywizm słuchaczy. Nie jesteśmy na straconej pozycji, co pokazuje doświadczenie kilku takich konfrontacji. Zazwyczaj jest tak, że my sięgamy po przykłady i argumenty, a druga strona ma wdrukowany przekaz: „PiS – reżim – autorytaryzm” i przez ten przekaz filtruje każdą podnoszoną kwestię, także tę dotyczącą swobody wypowiedzi i pluralizmu opinii. Wchodzimy w ten sposób w przestrzeń orwellowską, gdzie słowa mają zupełnie inne znaczenie, niż mieć powinny. Jest to podejście powszechnie znane, wiele razy to przerabialiśmy w przeszłości, ale jak widać, nowomowa wciąż ma się dobrze. Pokutuje też filozofia dekonstruktywizmu, która rozwaliła współczesne sposoby komunikacji. Nie poszukujemy prawdy, tylko bawimy się językiem.

Aby nas zatem wszyscy zrozumieli, przejdźmy z terminologii filozoficznej na hydrauliczną. Media w Polsce przypominają dziś baterię, która ma dwa kurki: z wrzącą i lodowatą wodą. Nie tylko dziennikarze zachodni, ale też czytelnicy oraz widzowie w kraju mają problem z uzyskaniem właściwej temperatury przekazu. Media nie informują, ale wyłącznie do czegoś nas przekonują, wciąż podkręcając emocje.

To jest problem i chyba nie poradzimy sobie z nim bez innego niż obecnie usytuowania w debacie o Polsce mediów publicznych. Mam wrażenie, że w sferze informacji przekazywanych przez TVP poszliśmy za daleko. Nie ganię, nie usprawiedliwiam, rozumiem, dlaczego tak jest, ale marzy mi się stan, w którym prawda rodziłaby się w konfrontacji różnych argumentów prezentowanych w jednym miejscu i czasie. Pokażmy, jak wygląda świat, i niech ludzie sami oceniają, kto ma rację. Na zjeździe 2 lata temu przedstawiliśmy nasz program reformy mediów publicznych. Wielka szkoda, że nie udało się go przeprowadzić, bo pewnie teraz bylibyśmy w innym miejscu. Nie udało się też zapewnić radiu i telewizji publicznej stabilnego finansowania. I to jest ogromny problem, mający ścisły związek z niezależnością.

Donald Tusk w słynnym tweecie, wpisującym rządy PiS w strategię Kremla, wśród najpoważniejszych zarzutów wymienia „atak na wolne media”. Czy prezes SDP nie dostrzega takich zagrożeń?

Dostrzega, ale w wariancie, gdy obecna opozycja przejmie w Polsce władzę. Wtedy kwestia wolności mediów nie będzie podnoszona przez Komisję Europejską, ale faktycznie może jej zabraknąć, bo siła mediów budowanych po prawej stronie nie jest wystarczająca, by tę wolność zagwarantować. Stosunkowo łatwo można je będzie doprowadzić do katastrofy. Teraz takich zagrożeń nie ma. Powiem więcej, w Polsce możliwość dotarcia wszelkiej informacji do odbiorców jest dużo większa, a spektrum wolności szersze niż na przykład w innych krajach Grupy Wyszehradzkiej. Media czeskie mają problem oligarchizacji, na Węgrzech media opozycyjne są słabiutkie, na Słowacji dominuje narracja lewicowa. Na Zachodzie z kolei media są poprawne politycznie i widać coraz poważniejszy problem z autocenzurą. A my jesteśmy żywi! Wierzymy, dyskutujemy. I za to inni nas biją po głowach.

Dziennikarze mediów opozycyjnych piszą listy wzywające koleżanki i kolegów do zawieszenia bezstronności i czynnego włączenia się w walkę z rządami PiS. Co na to SDP?

Nie wejdziemy w spór polityczny, będziemy robić swoje. Ważne jest to, że mamy materialny fundament funkcjonowania, mamy własny majątek. Ważne, bo jeśli mówisz „jestem niezależny”, to zaraz pada pytanie: a skąd masz kasę? My mamy ją od siebie. I niezależnie od tego, kto w Polsce rządzi, stowarzyszenie istnieje i stać je na działanie. To daje nam siłę obecności. Będziemy się też starali w tej kadencji spowodować, by motor wszelkiego zła, jakim jest nienawiść, zepsuł się. Ta odpowiedzialność jest po naszej stronie, bo przyznajemy się do wartości chrześcijańskich i postulowaliśmy zapisanie szacunku dla nich w medialnych ustawach.

Krzysztof Skowroński

dziennikarz, felietonista, założyciel i redaktor naczelny Radia Wnet. Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • gut
    29.12.2017 15:05
    Niezależność sprzedawczyków — mogą być sami towarem.
    Stanisław Jerzy Lec
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama