Nowy numer 39/2020 Archiwum

Runął domek z kart

Reakcja Hollywood na przypadek gwiazdy „House of Cards” to prawdziwa gra aktorska. Za godnego potępienia uznano aktora, który w życiu okazał się zbyt podobny do swojego serialowego bohatera. Immunitetem chronieni są ciągle ci, którzy w filmowych rolach grają kogoś innego.

Nikt nie wie, kim jestem naprawdę, i mam nadzieję, że ten stan rzeczy się utrzyma, gdyż jest on bardzo korzystny dla mnie jako aktora – mówił przed laty Kevin Spacey. W innym miejscu sprecyzował: „Im mniej wiecie o mnie, tym łatwiej uwierzycie, że jestem tym, kogo gram w filmie”.

Spacey do wycięcia

Rzeczywiście, przez lata działało to znakomicie. Spacey miał już na koncie dwa Oscary, był laureatem Złotego Globu, wielu innych nagród i – przede wszystkim – cieszył się uznaniem w branży i wśród widzów, głównie za sugestywne, przekonujące wcielanie się w kolejne role. Wszystkie atrybuty aktora spełnionego. Rola Franka Underwooda, cynicznego kongresmana w serialowym hicie „House of Cards” (Domek z kart), pnącego się po trupach po szczeblach kariery, przypieczętowała jego pozycję gwiazdy światowego formatu. Po drodze w bogatym CV znalazło się również zarządzanie jednym z najstarszych londyńskich teatrów. Po ujawnieniu się osób, które nagle odważyły się oskarżyć aktora o molestowanie seksualne, błyskotliwa kariera runęła w ciągu paru dni. Tak to przynajmniej na razie wygląda: producenci „House of Cards” (powstaje szósty sezon) wypowiedzieli mu kontrakt, a Ridley Scott, którego film z udziałem Spacey’ego (wróżono mu trzeciego Oscara) miał mieć premierę pod koniec roku, zapowiedział wycięcie zmontowanych już scen z jego udziałem i zastąpienie go innym aktorem.

Standardy Hollywood

Ta błyskawiczna i radykalna reakcja środowiska zaskakuje. Po pierwsze – podwójne, potrójne… generalnie „wszechstronnie złożone” życie gwiazd Hollywood nie jest niczym nowym. I nie chodzi wyłącznie o najróżniejsze modele, kombinacje i liczbę związków intymnych. Również w tym wymiarze, który kwalifikuje się pod odpowiednie paragrafy kodeksu karnego, czyli „jednostronnych wyrazów sympatii” przy wyraźnym braku wzajemności, holly- woodzka kuźnia filmowa ma sporo do rozliczenia. Pytanie, dlaczego padło akurat na Spacey’ego. Czy stał się kozłem ofiarnym na ołtarzu „oczyszczenia” środowiska, które po wyrzuceniu gwiazdora spokojnie wróci do swojego podwójnego życia? Czy powodem jest to, że aktor w życiu prywatnym okazał się zbyt podobny do swojego filmowego bohatera, podczas gdy inni „profesjonalnie” oddzielają życie zawodowe od prywatnego? Czy może jednak ten balon próżności i podwójnych standardów pęka na naszych oczach i jest szansa na rzeczywiste oczyszczenie świata filmu, który przecież dostarcza nam, nie licząc pustych, infantylnych produkcji, również znakomitych, głębokich i artystycznie wyśrubowanych obrazów? Może być również i tak, że ten domek z kart (nie tylko serial) posypie się na całego, gdy światło dzienne ujrzą skrywane (czasem przemilczane) przez dziesięciolecia pozostałe skandale z udziałem gwiazd. Tylko dlaczego kogokolwiek – łącznie z samymi zainteresowanymi – będzie to dziwiło? Co może się kryć pod czerwonym dywanem środowiska, które od dekad konsekwentnie promuje (z nielicznymi wyjątkami) system wartości będący żyzną glebą dla takich zachowań? Spontanicznie nasuwa się w tym miejscu tekst może i średnio ambitnej, ale adekwatnej piosenki: „Skończyło się tak nagle, jakby runął domek z kart. Skończyło się tak nagle, chociaż mogło długo trwać. Dama pik odeszła z talii, walet karo dziwnie zbladł. Mały żart i wielki koniec”. Wszystko się zgadza, z wyjątkiem tego żartu. Hollywood ma całkiem poważny problem. Nawet jeśli jeszcze nie do końca to rozumie.

Gospodarka traci

Domek z kart sypie się dosłownie w każdym wymiarze. Dla przemysłu filmowego i powiązanych z nim sektorów gospodarki ma to wymierne znaczenie w konkretnych liczbach. Wystarczy powiedzieć, że w Baltimore (bastion Partii Demokratycznej) w stanie Maryland, gdzie kręcono „House of Cards”, lokalne media już ogłosiły ekonomiczną katastrofę miasta i regionu. Nic dziwnego, od 2012 roku, czyli od czasu, gdy zaczął powstawać pierwszy sezon flagowego serialu Netflixa, lokalni biznesmani i zwykli mieszkańcy mogli mówić o prawdziwym boomie gospodarczym związanym z produkcją filmu. Każdy z sezonów serialu wymagał zatrudnienia kilku tysięcy ludzi i korzystania z ok. 2 tys. dostawców przeróżnych usług. Według gazety „The Baltimore Sun” produkcja serialu dała tylko temu jednemu stanowi pół miliarda dolarów zysku netto. Zwijanie interesu wywołało już popłoch w „żyjących z Franka Underwooda” przedsiębiorcach: producenci zapowiedzieli, że na szóstym sezonie (z innym aktorem) serial zakończy żywot.

Efekt domina

Ważniejsze jednak są możliwe konsekwencje dla całego środowiska związanego z Hollywood. Tak naprawdę domek zaczął się sypać jeszcze przed ujawnieniem skandali z udziałem Kevina Spacey’ego. To niekwestionowany król hollywoodzkich producentów Harvey Weinstein jako pierwszy uruchomił efekt domina. Oskarżony o wielokrotne molestowanie kobiet został zwolniony przez własną wytwórnię filmową. Dla fanów „Pulp fiction”, „Jak zostać królem” czy „Bękartów wojny” było to prawdziwym szokiem. Dla innych – zachętą do ujawnienia swoich historii. W ten sposób właśnie zachował się Anthony Rapp, znany m.in. z serialu „Star Trek: Discovery”. Ujawnił, że Spacey próbował go uwieść, gdy on miał zaledwie 14 lat (właściwie trudno zrozumieć, dlaczego Rapp zdobył się na to dopiero jako 46-letni mężczyzna). Za nim poszła lawina oskarżeń pod adresem Spacey’ego, m.in. ze strony ekipy pracującej przy „House of Cards”.

Problem w tym, że… „wszyscy” wiedzieli, kim jest Spacey i jakie zachowania towarzyszą jego karierze. Dlaczego nikt nic z tym nie zrobił? Czy kluczem do zrozumienia tej zmowy milczenia są tylko środowiskowe układy, od których zależy kariera poszczególnych osób? Czy wytłumaczeniem jest tylko – w gruncie rzeczy zrozumiała – obawa samych ofiar, że to one zostaną oskarżone o pomówienia i tym samym stracą szansę na rozwój kariery?

Aktor w roli samego siebie

Nie da się nie postawić kolejnych pytań. Co ma oznaczać ta nagła gorliwość w „środowiskowym potępieniu” akurat Spa- cey’ego (i Weinsteina)? Dlaczego akurat filmy z jego udziałem (i wyprodukowane przez drugiego) mają trafić na indeks obrazów zakazanych? Przecież gdyby Hollywood i, szerzej, cały świat celebrycko-artystyczny chciał być w tym „oczyszczaniu” konsekwentny, musiałby w końcu przestać wzdychać na widok Romana Polańskiego i jego dzieł, które spotykają się z celebracją, jeszcze zanim ktokolwiek, łącznie z samym reżyserem, zobaczy efekt końcowy. Idźmy dalej: należałoby wyrzucić do kosza filmy z udziałem Klausa Kinskiego, określanego jako… „genialny pedofil”. Właściwie dlaczego nie być konsekwentnym do końca i nie dokonać rytualnych spaleń dzieł z udziałem Jeana-Claude’a van Damme’a, Seana Penna, a nawet (fani Jamesa Bonda w starej wersji wybaczą) Seana Connery’ego, znanych jako damscy bokserzy nie tylko na ekranie? Należałoby też odpowiedni stosik przygotować na produkcje ze skazanym za gwałt Mikiem Tysonem. O Charliem Chaplinie, który zamiłowaniem do nieletnich dorównywał chyba Polańskiemu, już nie wspominając…

Listę można oczywiście mnożyć, ale bynajmniej nie po to, by kogokolwiek potępiać i udowadniać, jak bagnistym terenem jest świat filmu. Chodzi z jednej strony o hipokryzję, jaką jest palenie na stosie kozła ofiarnego w osobie Spacey’ego. Z drugiej – o absurdalność wymazywania (okazuje się, że dosłownie, jak w przypadku nowego filmu Ridleya Scotta) z pamięci i kadrów aktora, który akurat „wpadł”. Artyści, którzy mają sprawy (często kryminalne) do wyjaśnienia, powinni byli już dawno odpowiedzieć za swoje wyczyny, możliwe, że również przerwaniem kariery. Ale filmy z ich udziałem są już dziełami. Nie mam problemu z oglądaniem najgłębszych, nawet religijnych dzieł malarzy, których życie osobiste było dalekie od tego, co przedstawiali. Także filmy, które mają dobre przesłanie, nie przestają być nośnikami dobra, nawet jeśli ich twórcy… tylko grają. O ileż mniej przeszkadza obecność dość mrocznej postaci, jaką okazał się Kevin Spacey, w dość mrocznym serialu z mrocznym bohaterem. Tylko smutno, że prawda ekranu okazała się tym razem tak mocno podobna do prawdy realu.

Kevin Spacey – zdobywca dwóch Oscarów i laureat Złotego Globu – już nie zagra w serialowym hicie „House of Cards”.   Kevin Spacey – zdobywca dwóch Oscarów i laureat Złotego Globu – już nie zagra w serialowym hicie „House of Cards”.
Matt Crossick /pa/pap

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama