Nowy numer 20/2022 Archiwum

Bóg w korpoświecie

Na co dzień „abdejtują kejsy”, ustalają „dedlajny”, dopinają budżety, raportują, wdrażają, „keszują”… Ale nie tylko. Czytają też Izajasza i Pawłowe listy, zastanawiając się: po co to wszystko?

Praca w korporacji dla wielu jest spełnieniem zawodowych marzeń, otwarciem bramy do nieograniczonych możliwości, rozwoju, awansu, kariery, samorealizacji… Dla innych to twarda rywalizacja, nieustanny stres, „wypranie z osobowości” – słowem: udręka. Ale tkwią w robocie, której często nie cierpią, bo ma też niezaprzeczalne zalety: daje poczucie stabilizacji, wielkie pieniądze i prestiż.

– Na początku mojej pracy byłem typowym korposzczurem. Walczyłem jedynie o korporacyjne cele i nerwowo rozglądałem się na boki, czy ktoś mnie w tej walce nie ubiegnie – przyznaje Grzegorz Matyja, salesman w jednej z warszawskich korporacji.

Wydawało mu się, że wszystko ma w zasięgu ręki, pod warunkiem że będzie wystarczająco kreatywny, efektywny i przebojowy – bardziej od innych. Czerwone światełko zapaliło się w momencie, gdy ze zdziwieniem zobaczył, że nie wszyscy w firmie z takim zacięciem prą do przodu. Przeciwnie, są maruderzy, którzy celowo zostają gdzieś w tyle.

– Zobaczyłem, że nie wszystkim zależy na tym, żeby się wybić, awansować, startować w konkursach… Że są tacy, którzy nie chcą zostawać w pracy po godzinie 18 i zamiast na wieczorną kolację z klientem wolą wybrać się na spacer z rodziną. To było dla mnie spore zaskoczenie. Zacząłem dostrzegać, że istnieje świat poza biurem, projektami, klientami i że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o pracę. Ona jest ważna, jednak powinna przynosić dobre owoce w wielu wymiarach, także w wymiarze ludzkim, zarówno dla moich współpracowników, klientów, jak i dla rodziny oraz dla mnie samego – mówi Grzegorz.

Chodzi o coś więcej, czyli o co? – to pytanie nie dawało mu spokoju i nurtowało go. Żeby znaleźć odpowiedź, wszedł na swoją sykomorę. Niczym zwierzchnik celników Zacheusz, który – jak pisze ewangelista św. Łukasz – był „bardzo bogaty”, a poza tym miał władzę i poważanie. Wdrapał się na drzewo nie z pobudek religijnych, ale z czysto ludzkiej ciekawości: chciał zobaczyć Jezusa, o którym tak wiele słyszał. A idący w tłumie Chrystus zauważył go na tej sykomorze i wezwał do siebie.

– W styczniu tego roku powstały nasze comiesięczne „Spotkania korpoludków”, strona internetowa sykomora24.pl i fanpage na Facebooku „Sykomora między biurowcami”. Bo nasza sykomora daje inną perspektywę, ułatwia wzniesienie się ponad codzienne, zawodowe sprawy, pozwala także dojrzeć Jezusa, dać Mu szansę na wejście w nasze życie – dodaje Grzegorz.

– To media i filmy wykreowały obraz korporacji jako jedynie złego świata, a wśród nas są naprawdę różni ludzie. Nieprawda, że pieniądze, awans, kariera są dla nas wszystkich najważniejsze – zaznacza prawnik Robert Wójcik, prywatnie ojciec czterech córek i gitarzysta w uwielbieniowym zespole Kumran z Józefowa.

Z Mordoru do kościoła

Na spotkania w trzecie środy miesiąca do kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie korpoludki przychodzą na godz. 18, najczęściej wprost z pracy. Podjeżdżają samochodami z biurowego zagłębia, potocznie zwanego Mordorem, lub dochodzą pieszo ze śródmiejskich wieżowców. W kostiumach, garniturach, z laptopami w torbach, czasami jeszcze kończą biznesowe rozmowy przez komórki. Potem przez parę godzin są niedostępni. Uczestniczą w Mszy św., a po niej spotykają się w przyparafialnej sali, żeby rozważać przemyślany wcześniej, wybrany fragment Pisma Świętego.

Ich inicjatywa zrodziła się – brzydko mówiąc – „z niszy rynkowej”. – W duszpasterstwie parafialnym nie znajdujemy odpowiedzi na nasze specyficzne pytania. Dużo mówi się o duszpasterstwie ludzi pracy, ale zazwyczaj w kontekście pracowników fizycznych, tych, którzy mają problemy z utrzymaniem rodziny, dożyciem do pierwszego, wysiłkiem fizycznym w pracy. A co z ludźmi, którzy zazwyczaj nie mają tych trosk, ale mają dylematy, jak zachować się w konkretnych, trudnych moralnie sytuacjach w pracy? – pyta Grzegorz i dodaje: – Pracownicy korporacji na co dzień muszą decydować często wbrew sobie, ale w zgodzie z biznesowymi zasadami i celami, jakie stawia przed nimi firma. Podejmują strategiczne decyzje, za którymi idą wielkie pieniądze. Ich problemem jest to, jak w tej pokusie dobrobytu i nadmiaru zachować „linię zgodną z chrześcijańskimi wartościami”. To nie jest proste, bo wielokrotnie zastanawiamy się, jaka właściwie jest ta linia w naszym codziennym zmaganiu. Czasami nie wiemy, jak się zachować, co w danej sytuacji jest dobre, a co złe, gdzie przekraczamy granice.

Z miesiąca na miesiąc na wspólną modlitwę i spotkania do kościoła Wszystkich Świętych przychodzi coraz więcej osób. Wśród nich są finansiści, handlowcy, prawnicy, informatycy, pracownicy działów human resources, menedżerowie, ale też wykładowcy akademiccy.

– Nie jesteśmy kościółkową grupą. Wielu z nas to ludzie poszukujący. Ale chcemy wspólnie rozważać Pismo Święte, bo wierzymy, że właśnie tam znajdziemy odpowiedzi na wiele naszych rozterek – mówi Anna Mierzęcka, prawnik w dużej warszawskiej korporacji.

Czy wypada być bogatym?

Otwierają więc Pismo i czytają: „Lepszy jest ten, który pracuje, a opływa we wszystko, niż ten, co przechadza się poważany, a nie ma chleba” (Syr 10,27), a zaraz potem fragment o wielbłądzie, któremu łatwiej „przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Mt 19,24), i przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Czym zawinił bezimienny bogacz, że został skazany na wieczne męki? Czy jego wina polegała tylko na tym, że opływał w dostatki, a zasługą Łazarza było jego ubóstwo? Czy bogactwo w oczach Bożych jest czymś złym?

Swoje comiesięczne dyskusje rozpoczęli od kwestii pieniędzy. Czy to, że zarabiają, i to niemało, jest złe? Czy jako katolicy mogą być bogaci i czy nie jest to przeszkodą w zbawieniu? Co mają zrobić z nadmiarem gotówki, by było to miłe Bogu?

– Można kupić sobie drogi samochód, wydać na ekstrawakacje albo ulokować pieniądze tak, żeby zarobić jeszcze więcej. I popłynąć… w zarabianie i konsumowanie. Ale nie taki jest nasz cel – mówi Grzegorz. – Dla mnie bardzo pouczająca była nasza dyskusja o tym, jak sensownie wydawać pieniądze, jak pomimo wysokich wynagrodzeń zachować zdrowy stosunek do pieniądza, umiar i samokontrolę.

Rozważając przypowieść o nieuczciwym zarządcy, przyglądali się temu, jaki robią użytek z pieniędzy. „Codziennie zarządzamy cudzym majątkiem i podejmujemy decyzje mające wpływ na cudze dobra oraz na nasze relacje z ludźmi i… sumienia” – piszą o sobie. Zastanawiają się i dyskutują, wyszukują komentarze biblijne, podsyłają sobie artykuły dotyczące pracy, bogactwa, uczciwości w życiu zawodowym. „Nie można być bowiem katolikiem i wyzyskiwać pracowników czy prać brudne pieniądze lub dorabiać się na oszustwie” – cytują na swojej stronie słowa papieża Franciszka.

W kolejnych miesiącach na korpoludkowych spotkaniach mowa była o pokusach (a tych przecież w korpo nie brakuje), o robieniu rzeczy rzeczywiście dobrych (niekoniecznie dla zysku i uznania) i o publicznym (także w biurach, w kontaktach z klientami, na firmowych wyjazdach) przyznawaniu się do Jezusa. W trzecią środę sierpnia jak co miesiąc korpoludki spotkają się na Mszy św., a potem na dzieleniu się – tym razem przemyśleniami na temat motywacji, celów ich pracy, a także owoców, po których przecież poznaje się, czy działanie jest Boże, czy nie.

Czy musisz sprzedać bubel?

– Wszyscy jesteśmy wychowani w tradycji katolickiej, może nawet chodzimy co niedzielę do kościoła, ale my chcemy odkryć Boga żywego, który naprawdę działa w naszym konkretnym życiu, w codziennych sytuacjach, także podczas naszej pracy w wielkich korporacjach – dodaje Robert Wójcik.

On sam codziennie rano, zanim wbije się w garnitur i wyruszy do biura, rozważa czytania z danego dnia i zastanawia się, co Bóg chce powiedzieć, konkretnie jemu – Robertowi, na rozpoczynający się właśnie dzień, na czekające go spotkania, decyzje do podjęcia, sprawy do załatwienia.

– Nie zawsze, ale często spotykam się z sytuacją, że swoje myślenie, zachowanie w pracy mogę „ustawić” pod kątem tego, co rano przeczytałem w Biblii – zaznacza Robert, podkreślając, że właśnie w ten sposób Ewangelia realizuje się w jego życiu. Także w pracy tak specyficznej jak korporacja, rządzącej się sztywnymi schematami, określonymi celami, wyznaczonymi ścieżkami, w której liczą się przede wszystkim skuteczność działania i lojalność wobec firmy. Codziennie przekonuje się, że praca nie jest wyłączona ze sfery duchowej, że tam także jest miejsce dla Boga i Jego logiki.

Inni przyznają, że bywa trudno. Czują się rozdarci pomiędzy obowiązkami a sumieniem, kiedy mają ludziom sprzedać ewidentny bubel, zrobić reklamę odplamiacza, o którym wiedzą, że nie działa, kiedy w sytuacji kryzysowej dla dobra firmy wymaga się od nich szukania kruczków prawnych czy naginania przepisów, gdy muszą konkurencji „podkupić pracowników”… Ktoś powie, że przecież wykonują polecenie szefa, ale czy to ich usprawiedliwia?

„Kampanie marketingowe, profilowanie klientów, przekazy przygotowane tak, aby jak największa liczba ludzi wydała pieniądze na produkt, nawet jeśli jest on dla nich szkodliwy, nie tylko niepotrzebny. Czy jesteśmy elementem tej walki? Czy możemy odmówić? Czy odmowa jest dezercją, czy bohaterstwem?” – dyskutują korpoludki na sykomorze.pl.

Takich pytań w korpopracy rodzi się jeszcze więcej, w wielu dziedzinach i na wszystkich szczeblach. – W naszej pracy często mamy do czynienia z sytuacjami granicznymi – przyznaje Anna. – Jako prawnik wykonuję swoją pracę profesjonalnie, zgodnie ze sztuką biznesową, ale czy wszystkie decyzje, które podejmuję, zapisy, na które się godzę, są etyczne?

Matka Boża w „ołpenspejsie”

Na biurku Anny, obok sterty opasłych kodeksów i prawniczej literatury, leży mały obrazek Matki Bożej z Dzieciątkiem.

– Dopóki nie powiedziałam, że jestem osobą wierzącą, zdarzały się dowcipy na temat Kościoła, religii. Teraz już nie – mówi Anna. – Koledzy wiedzą, kim jestem, i nie spotyka mnie z tego powodu żadna dyskryminacja.

Nawet wtedy, kiedy w „czarny poniedziałek” przeciwniczki zakazu aborcji demonstracyjnie ubrały się na czarno, a Anna jako jedyna w swojej firmie przyszła do pracy w białej bluzce. Żadnych komentarzy, żadnych drwiących uśmieszków.

I chociaż w „ołpenspejsie” wszyscy wpatrzeni są w komputery i nie rozmawiają o życiu duchowym, niekiedy komuś zza bluzki wysunie się szkaplerz, z kieszeni kurtki wypadnie różaniec albo na komórce wyświetli się aplikacja z brewiarzem. Zdarza się, że podczas poniedziałkowych pogawędek o tym, jak spędziło się weekend, ktoś wspomni, że był na pikniku w parafii.

– Czasami w ten sposób rzucone słowo otwiera innych na duchową rzeczywistość. Takie znaki jak obrazek na biurku, medalik na szyi, pójście do kościoła podczas firmowego niedzielnego wyjazdu integracyjnego są naszym świadectwem wiary w środowisku pracy. Nieporuszanie tematów związanych z religią, Kościołem skutkuje tym, że my, chrześcijanie, nie potrafimy się odnaleźć, zidentyfikować – podkreśla Anna.

– Również po to są nasze spotkania, żebyśmy my, katolicy, w naszych korporacjach nie pozostali anonimowi – wyjaśnia Grzegorz. – Żebyśmy zaczęli rozmawiać o sprawach ważniejszych niż praca zawodowa, wzajemnie umacniali się w wierze i odnajdywali odpowiedzi na pytanie: jak żyć po chrześcijańsku w miejscach z definicji nastawionych na realizację biznesowych celów, czasami ostrych? Jak w tej sytuacji zachować swoją wiarę i jeszcze ewangelizować innych, pokazując im, że to, w co wierzymy, jest rzeczywiście ważne i tego warte?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama