Nowy numer 25/2018 Archiwum

Tu wyrosły „Sosienki”

Komendant Auschwitz skarżył się w liście do wyższego dowódcy SS we Wrocławiu, że ludność Oświęcimia jest „fanatycznie polska”. Bez pomocy cywilów konspiracja nie miałaby tu szans.

Książka Marcina Dziubka jest wyjątkowa, bo dotychczasowe publikacje o ruchu oporu na ziemi oświęcimskiej traktowały ten temat ogólnikowo. Wszyscy słyszeliśmy o najgłośniejszych akcjach AK w Warszawie, natomiast prowadzone w skrajnie trudnych warunkach działania oddziału Sosienki pozostają kompletnie nieznane. Dzięki „Niezłomnym z oddziału Sosienki”, wydanym przez Stowarzyszenie Auschwitz Memento, dokonania partyzantów zgrupowania dowodzonego przez porucznika Jana Wawrzyczka ps. „Danuta” mają szansę zaistnieć w powszechnym obiegu. Jak na razie Wawrzyczek i „Sosienki” doczekali się fabularyzowanego dokumentu „Niezłomni. Pod drutami Auschwitz” w reżyserii Mirosława Krzyszkowskiego i Bogdana Wasztyla, emitowanego przez TVP Kraków.

Nie ma czasu na politykę

Warunki dla działalności konspiracyjnej w Oświęcimiu, a właściwie w Auschwitz, bo tak Niemcy nazwali miasto, były wyjątkowo trudne. Nie było tu wielkich kompleksów leśnych, a po wysiedleniach Polaków i Żydów do miasta sprowadzano niemieckich przesiedleńców. W 1943 r. miasto liczyło 28 tys. mieszkańców, z czego aż jedną czwartą stanowili Niemcy. W dawnym budynku plebanii, z której usunięto księży, umiejscowiono placówkę gestapo. Znalazły się tu także jednostki różnych formacji policyjnych, żandarmerii, Werkschutzu, Landschutzu, a także Luftwaffe z obsługi dział przeciwlotniczych. Zwiększała się również obozowa załoga SS. Na co dzień w mieście roiło się od niemieckich mundurów. Jak się okazało, polityka ta nie przynosiła zamierzonych przez okupanta rezultatów. Najlepiej postawę ludności scharakteryzował sam komendant Auschwitz, który skarży się w liście do wyższego dowódcy SS i policji we Wrocławiu, że „ludność miejscowa jest fanatycznie polska” i „gotowa do każdego wystąpienia przeciwko znienawidzonej załodze obozowej SS. Każdy więzień, któremu uda się ucieczka, może liczyć na wszelką pomoc, skoro tylko dotrze do pierwszej polskiej zagrody”. Jasne jest, że bez pomocy ludności cywilnej żadna działalność konspiracyjna nie miała tu szans powodzenia.

Na morale żołnierzy ZWZ-AK wielki wpływ miała opieka duchownych, którzy jak mogli, pomagali partyzantom i więźniom Auschwitz. Ks. Władysław Grohs de Rosenberg, kapelan obwodu oświęcimskiego AK, w grudniu 1940 r. spotkał się z komendantem obozu Rudolfem Hössem i przekazał mu prośbę wówczas jeszcze arcybiskupa Adama Sapiehy o odprawienie Mszy świątecznej dla więźniów. Komendant nie zgodził się na Eucharystię, dał tylko pozwolenie na przesłanie więźniom 6 tys. paczek.

Oddział AK „Sosienki” powstał wiosną 1943 roku. Kilka miesięcy wcześniej Niemcy, dzięki konfidentom wprowadzonym do oświęcimskiego obwodu AK, rozbili lokalne kierownictwo podziemia. Oddział stworzył Jan Wawrzyczek, nowo mianowany dowódca obwodu. – „Sosienki” były oddziałem ze wszech miar nadzwyczajnym w ramach ogólnopolskich struktur Armii Krajowej. Na tym terenie nie mogliby działać „Hubal” czy „Ponury”, ale właśnie ktoś taki jak Wawrzyczek, znający miejscowe realia, orientujący się w nastrojach społecznych, umiejący skupić wokół siebie osoby całkowicie oddane sprawie i, co najważniejsze, niepozbawiony przysłowiowej ułańskiej fantazji – scharakteryzował szefa „Sosienek”i autor książki. Narodowość czy poglądy polityczne nie miały znaczenia przy przyjmowaniu do oddziału, bo dowódca uważał, że na politykę pod Oświęcimiem nie było czasu. W „Sosienkach” byli Polacy, Żyd, Rosjanie i Jugosłowianie.

Wyglądał na bandytę

Wawrzyczek, działając wokół obozu, chodził w podartych ubraniach i malował sobie twarz węglem, by nie wyróżniać się spośród tutejszych pracowników kopalni, wozaków czy rolników. Kamuflaż był tak skuteczny, że kiedy Władysław Wawrzonek, jeden z partyzantów, po raz pierwszy zobaczył „Danutę”, to aż nim zatrzęsło. – Murowane, że to nie jest żaden major czy osławiony „Danuta” – to oczywiste, że to jest podszywający się pod majora bandyta. Nieogolony od zamierzchłych czasów, sieczka w zmierzwionych włosach, a więc wylazł z dziury pod żłobem – wspominał po latach Wawrzonek. Zdarzało się, że partyzanci w czasie akcji wykorzystywali tylko drewniane repliki broni, kiedy zakładali mundury obozowej jednostki SS. Kabury na broń, której używali esesmani nie mogły być puste, bo wzbudzałoby to podejrzenia, a były zbyt małe, by zmieścił się tam np. zrzutowy colt.

Zorganizowany przez Wawrzyczka oddział różnił się znacząco od innych AK-owskich jednostek. „Nie było tu wojskowego drylu i dyscypliny, wszyscy byli na „ty”, zwracali się do siebie, nie używając pseudonimów, bez konieczności podawania stopni wojskowych. Była to jedna wielka partyzancka rodzina” – relacjonuje w swojej książce Dziubek. Taka sytuacja doprowadziła do wielu nieporozumień między „Danutą” a cichociemnym Stefanem Jasińskim ps. „Urban”, który w 1944 r. pojawił się na terenach przyobozowych. Partyzanci postrzegali „Urbana” jako „pedanta”, który nie akceptował obowiązującego w oddziale stylu dowodzenia, gdyż nie rozumiał zasad działalności konspiracyjnej w lokalnych realiach uwarunkowanych sąsiedztwem obozu. Jasieński z kolei uważał „Danutę” za „prostaka” i „udzielnego watażkę”, który bawił się w partyzantkę.

O tym, jak mylna była to opinia, świadczą fakty. Wawrzyczek zorganizował 45 ucieczek więźniów z obozu Auschwitz. Nie było ani jednej wpadki. Partyzanci „Garbnika”, oddziału działającego na Żywiecczyźnie, podkreślali, że „wszystkie ucieczki uzgadniane z dowódcą »Sosienek«, a następnie przez niego przyjmowane, były udane, nikt nie wpadł i nikt nie zginął. Ucieczki organizowane jakby »prywatnie«, bez wiedzy »Danuty«, kończyły się tragicznie…”. Wawrzyczek dowodził oddziałem prawie do końca wojny.

Perfekcyjne ucieczki

O tym, jak perfekcyjnie przygotowywano ucieczki z obozu, opowiada w swojej relacji Henryk Kwiatkowski. 9 września 1944 r. Kwiatkowski i Antoni Wykręt przebrali w niemieckie mundury z Auschwitz trzech swoich kolegów. – Więźniowie szli pierwsi, a ja z Antkiem z tyłu. Mimo niebezpieczeństwa ogarniał mnie w duchu histeryczny śmiech. Idący z Rajska więźniowie kłaniali się nam, zgodnie z regulaminem zdejmowali czapki. Doszliśmy wreszcie do dużego pierścienia straży. Wartę pełnił w budce jakiś wesoły esesman, który grał na organkach. Zameldowałem, że trzech więźniów i dwóch postów udaje się do pracy na strzelnicę i pokazałem mu przepustkę. W odpowiedzi usłyszałem: „Heil Hitler”. Od tej chwili już jedną nogą byliśmy na wolności… Wszyscy wstąpiliśmy do oddziału „Sosienki” – opisał ucieczkę Kwiatkowski.

Podobnych brawurowych akcji partyzanci „Sosienki” mają na swym koncie więcej. W jednej z nich brał udział Edward Padkowski, bohater „Lustra”, innego dokumentu Krzyszkowskiego i Wasztyla. W maju 1941 r. został aresztowany przez Niemców za kolportaż tygodnika „Walka” i po brutalnych przesłuchaniach trafił do Auschwitz. Po jakimś czasie dostał się do komanda mierników, które codziennie wychodziło za obóz, by dokonywać pomiarów terenu. Mając kontakty z przyobozowym ruchem oporu, myślał o ucieczce, ale odkładał plany z powodu stosowanej przez SS zbiorowej odpowiedzialności wobec więźniów i rodzin zbiegów. Uciekł wraz z innym więźniem, kiedy Armia Czerwona zajęła Lubelszczyznę, gdzie miał rodzinę. W fabularyzowanym „Lustrze” znalazły się m.in. fragmenty jego relacji, w których opowiada o tych wydarzeniach. Padkowski nie doczekał premiery filmu, zmarł w ubiegłym roku.

Marcin Dziubek opowiada także o powojennych losach bohaterów, którzy miast uznania doczekali się więzienia i prześladowań. Wydobywa ich także z niepamięci, bo informacja o dokonaniach oddziału nie znalazła się w żadnej encyklopedii. Opisane w jego książce wydarzenia i sensacyjne akcje oświęcimskiego podziemia stanowią znakomity materiał na scenariusz realistycznego serialu wojennego. Tylko kto go nakręci? Telewizja, jak na razie, karmi nas wydumanymi, niewiele mającymi wspólnego z okupacyjną rzeczywistością „Wojennymi dziewczynami”.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji