Nowy numer 3/2021 Archiwum

Młodość przychodzi z wiekiem

Kiedy w czasie wojny stracili cały majątek, mama powiedziała Krystynie Łubieńskiej: „Teraz, gdy jesteś biedna, musisz mieć bogate życie”. To była spełniona przepowiednia.

Wybitna aktorka Krystyna Łubieńska nie kryje, że w tym roku skończy 85 lat. Potrafi się z tego śmiać. – Jestem stara jak wieża mariacka – mówi. Wspomina, że kiedy kilka lat temu do Gdańska przyjechała z występami Danuta Szaflarska, po spektaklu uklękła przed nią, żeby wyrazić swój zachwyt. A ona jej na to: „Poczekaj, dziecko, pomogę ci wstać”. Stwierdziła wtedy, że wszystko zależy od punktu widzenia. Jest przekonana, że młodość przychodzi z wiekiem. Na deskach Teatru Wybrzeże gra od 59 lat. Nie przez przypadek Adam Nalepa właśnie teraz zdecydował się obsadzić ją w roli 14-latki – Ruth Putnam w spektaklu „Czarownice z Salem”. Dostaje za nią niesłychane brawa.

Jej tata Aleksander został zamordowany w Katyniu. Ona sama cudem nie wsiadła do samolotu, który rozbił się w Smoleńsku. Mimo tych doświadczeń patrzy na świat optymistycznie. – Najważniejsze jest dla mnie samo życie – podkreśla. – Świat jest dla mnie teatrem. Wielu moich kolegów uważa, że teatr jest całym światem, i zamyka się na rzeczywistość.

Ona przeżywa ją intensywnie – występuje w teatrze, jeździ autem, pływa, jest instruktorką narciarską, spotyka się z seniorami i nie ma czasu na starość.

Kwiaty dla ojca

Jej ojciec Aleksander Rzążewski poznał swoją przyszłą żonę – Marię z Glińskich – w Kijowie. Pochodziła z książęcej rodziny z Aleksandrowa na Litwie. Kiedy przeniosła się do Warszawy, sławny krytyk muzyczny Jerzy Waldorff uznał, że jest jedną z najpiękniejszych kobiet stolicy. – Mama mi opowiadała, że ojciec siadał do fortepianu i śpiewał: „W twoje wielkie, przecudowne oczy chciałbym patrzeć i patrzeć bez końca” – wspomina. Do wojny był dyrektorem Banku Cukrownictwa i pracował na rogu Karowej i Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Jeszcze wcześniej, zanim skończył dwadzieścia lat, brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Został ciężko ranny w Bitwie Warszawskiej. Twierdził, że uratował go szkaplerz noszony na piersiach. W 1939 r., ze względu na tamte rany, nie musiał walczyć w kampanii wrześniowej, jednak zgłosił się jako oficer rezerwy. – Pięknie się pożegnali z moją mamą, bo klęcząc, wspólnie odmówili modlitwę.

Przechowuje zdjęcie z ojcem – siedzą razem na ławce w parku. Ona ma chyba 5 lat i podaje mu kwiaty. Potem już nie miała gdzie składać mu kwiatów, bo nie miał grobu.

Przez lata przyjaźniła się z Krystyną Bochenek. Brała udział w organizowanych przez nią słynnych obchodach imienin Krystyny. – Miałam z nią wtedy lecieć do Smoleńska, ale niespodziewanie musiałam zagrać w „Ożenku” – mówi. – Krysia zadzwoniła do mnie w piątek z żalem, że mnie nie będzie. Obiecała, że w środę przyjedzie do Gdyni, żeby tu organizować święto Krystyn. Zaraz po katastrofie do mojego męża Józefa Kuszewskiego, historyka sztuki, dzwonili znajomi, myśląc, że nie żyję. Dotąd nie wierzę, że nie ma mojej Kryśki, mój Boże!

W uniesieniu

Miała 12 lat, kiedy wybuchło powstanie warszawskie. Przeżyła je na Żoliborzu. Mama już wcześniej angażowała się w działalność w podziemiu. – Ukrywał się u nas m.in. oficer AK Henryk Żuk ps. „Onufry”, który po wojnie w książce „Na szachownicy życia” napisał, że mama dwukrotnie uratowała mu życie – opowiada. – Na początku powstania mama zaprowadziła mnie do dr. Mazurka, prosząc, żeby mnie nauczył robić zastrzyki. Przywlekałam do punktu sanitarnego rannych, niespełna 8-letnich chłopców i dziewczynki. Dorosłych na dywanikach transportowałam nieraz przez kilkadziesiąt metrów.

Tak jak i teraz, nie bała się wtedy śmierci. – Tak to jest ułożone: przychodzimy i odchodzimy. Świat jest piękny, ale wierzę, że „tam” będzie piękniej.

W końcu zachorowała na paratyfus. Mama, zaprzyjaźniona z rodziną wybitnego farmaceuty prof. Jana Muszyńskiego, znalazła u niego ratunek dla córki. Z rodziną profesora ukryli się w oranżerii na cmentarzu Powązkowskim. Po tygodniu odkrył ich młody Niemiec. – Szliśmy przez ruiny miasta do Szpitala Wolskiego. Tam przeżyliśmy straszną noc. Rano okazało się, że spaliśmy na sztywnych od krwi materacach po zmarłych. Z okien zobaczyłam wystające z rowu głowy trupów – opowiada.

Pod kulami przeprawiała się na kolanach na drugą stronę ulicy, żeby z działek przynieść warzywa. – Byliśmy jak w uniesieniu, zapominaliśmy o lęku. Ci, którzy twierdzą, że powstanie było niepotrzebne, nie mają pojęcia, co wtedy czuliśmy. Walczyliśmy o wolną Polskę.

Piękna Helena

Mieszkający na Litwie jej dziadek stryjeczny – Julian Gliński – przyjaźnił się z Emilem Młynarskim, dziadkiem stryjecznym Wojciecha Młynarskiego. – Kiedy Emil został dyrektorem Teatru Wielkiego w Warszawie, mój dziadek dostał od niego lożę – opowiada. – Zabierał na spektakle bratanicę – moją mamę. Zobaczyła tam takie sławy jak Maria Przybyłko-Potocka, Węgrzyn, Osterwa. Wtedy przyrzekła sobie, że jak urodzi jej się córka, musi zostać aktorką.

Żeby planom mamy stało się zadość, Krystyna poszła na egzamin do szkoły teatralnej. – W komisji siedzieli Wojciech Natanson, Jan Świderski i Aleksander Bardini. Prof. Bardini zapytał mnie, dlaczego chcę być aktorką. Odpowiedziałam szczerze: „Bo tak kazała mi mama” – mówi. Wszyscy wybuchli śmiechem, a jednak ją przyjęli. W 1958 r., po skończeniu studiów, dostała propozycję pracy od dyrektorów kilku teatrów. – Pojechałam do Jerzego Jarockiego do Teatru Śląskiego w Katowicach – wspomina. – To był gorący czerwiec, zobaczyłam ciemny nalot na liściach i zamiast do teatru – poszłam na basen. Dyrektor Teatru Wybrzeże Antoni Biliczak użył skutecznego argumentu – na Pomorzu będę mogła pływać do woli.

Reżyser Bohdan Korzeniewski zaproponował jej tam rolę pięknej Heleny w spektaklu „Nie będzie wojny trojańskiej”. – Weszłam na scenę drobniutka, w różowym kostiumiku, a profesor dziwi się: „Co to za taka dziewuszynka przyszła?” – wspomina. – Myślałam, że po tych słowach umrę. Dopiero po próbie, już w kawiarni Liliput, której dziś nie ma, wyjaśnił, że nie mógł mnie inaczej przyjąć, bo koleżanki by mnie zjadły. Każda chciała grać tę rolę.

Bez sutanny

Wspomina, że jako 15-latka poznała ks. Karola Wojtyłę: – Moja mama się przyjaźniła z poetą Tomkiem Gluzińskim. Kiedyś przyszedł do nas z pięknym mężczyzną z grzywką. Kiedy zobaczyłam, że ma koloratkę, zaczęłam się wymądrzać, że ksiądz to powinien chodzić w sutannie i że ja w nic nie wierzę. Przytulił mnie i powiedział: „Jak dorośniesz, to porozmawiamy” – opowiada. Porozmawiała z nim w 1998 r., kiedy pojechała z pielgrzymką do Watykanu. – W drodze dostałam potwornych bólów kręgosłupa. Postanowiłam, że po audiencji wracam do domu samolotem. Uklękłam, papież nas pobłogosławił, a ja na kolanach wyrwałam się do niego: „Ojciec Święty był u mnie w domu z Tomkiem Gluzińskim”. Powiedział, że pamięta, i jeszcze mnie ucałował. Wyszłam stamtąd bez bólu i do dziś nie mam nawrotów choroby. Papież mnie wtedy uzdrowił.

Trzy lata temu zadzwoniła do niej Zorka Wollny, wizualistka z Łodzi: „Pani grała Ofelię u Wajdy, tak?”. Odpowiedziała, że 50 lat temu. Wollny zaproponowała jej rolę w performansie „Ofelie. Ikonografia szaleństwa”. Zaprosiła do niego 11 aktorek grających tę rolę w różnym czasie. – Pomyślałam, że jeżeli to ma być scena szaleństwa, to rozpacz i ból są przypisane do każdego wieku. I zagrałam – mówi.

Bez obcasów

– Nie piję alkoholu ani kawy, nie palę – wylicza. – Kiedy raz w podróży wypiłam trzy kieliszki, straszliwie się wstawiłam. Henryk Bista się śmiał: „Widziałem Łubieńską po alkoholu. Ona nic nie powinna robić, tylko pić” – wspomina z rozbawieniem. Grała wszystko, od Szekspira, przez Moliera, po Gombrowicza. I z wszystkimi – Kolbergerem, Komorowską, Zapasiewiczem i innymi. – Ja, dorosła, żeby nie powiedzieć: stara, stale mam jakieś premiery – uśmiecha się. Role teatralne, filmowe, radiowe są dla niej jednakowo ważne. Jest pewna, że widzowie zwracają uwagę na osobowość. – A poza tym w aktorstwie ważna jest prawda – mówi. – Prawda to jest to, że kiedy teraz do pani mówię, wierzy mi pani.

Mama nauczyła ją, jak sobie radzić ze stresem: „Masz kłopot? Tysiąc metrów przepłyniesz i już go nie masz. Albo trzy godziny na nartach pojeździsz. Albo się pogimnastykujesz”. – Kiedy codziennie rano robię gimnastykę, słyszę, jak mama z góry woła: „Córeńko, gimnastyka!” – mówi. Wierzy w prawdziwą miłość. Kiedy za PRL-u odwiedzała 26 stanów Ameryki z filmem „Mój stary”, zakochał się w niej multimilioner. – Odmówiłam, nie chciałam z nim żyć dlatego, żebym mogła sobie kupić sto par szpilek. Zresztą chodzę na płaskim obcasie.

Woli Wisłę niż Missisipi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz napisał do niej list z gratulacjami z okazji kolejnej rocznicy pracy w Teatrze Wybrzeże: „Jest parę obiektów, bez których nie wyobrażam sobie Gdańska: Żuraw, fontanna Neptuna, Krystyna Łubieńska”. A ona czyta to z uśmiechem i ma ochotę dorównać im wiekiem. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama