Nowy numer 28/2020 Archiwum

Sukces Holendrów?

Holendrom udało się zatrzymać Geerta Wildersa. Czy jednak o to w holenderskich wyborach chodziło?

Liberalno-lewicowa część Europy odetchnęła z ulgą. Geert Wilders został zatrzymany. Zamiast przewidywanych w niektórych sondażach 30 proc., jego eurosceptyczna i antyislamska partia otrzymała zaledwie 13 proc. Wybory wygrali rządzący centroprawicowi liberałowie. Jednak mało kto zauważył, że dotychczasowa koalicja straciła prawie połowę głosów. A współrządzący socjaldemokraci spadli z 25 na 6 proc. poparcia. Dodatkowo, holenderski parlament jest tak rozbity, że do stworzenia koalicji będą potrzebną przynajmniej 4 partie.

Geert Wilders i tak nie miał szans na rządzenie Holandią. Żadna z partii nie chciała z nim wchodzić w koalicję. Nie przeszkadza to wyrażać radości z wyniku wyborów przez lewicowych i liberalnych komentatorów. Jednak podobne zadowolenie było widoczne po holenderskich wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. Eurosceptycy zajęli wtedy dopiero 3. miejsce i wielu już zakładało, że nastąpiła zmiana sondażowego trendu w całej Europie. Kilka dni później we Francji wygrała Marine Le Pen, a w Wielkiej Brytanii Nigel Farage.

Najwyższa od 30 lat frekwencja, może świadczyć o mobilizacji Holendrów przeciwko Wildersowi. Ale opieranie polityki na zatrzymywaniu Geerta Wildersa i Marine Le Pen w drodze do władzy jest słabą strategia. Zwłaszcza, kiedy wiąże się ona z przejmowaniem ich najgłupszych haseł. Zatrzymanie „populistów” w Holandii wiązało się z doprowadzeniem do kryzysu dyplomatycznego z Turcją. Ale zawsze jest łatwiej zabronić wjazdu do kraju tureckim politykom czy zrobić sobie unię „pierwszej prędkości” bez środkowej Europy. Trudniej jest jednak zreformować strefę euro czy zintegrować imigrantów.

Antyestablishmentowi politycy, których tak wielu próbuje zatrzymać, są skutkiem, a nie przyczyną choroby. Jednak dla wielu europejskich polityków za główny cel stawia sobie właśnie zatrzymanie „populistów”. Tylko, że działając w ten sposób, zrażają do siebie kolejnych sojuszników, jak USA, Wielka Brytania, Polska, Węgry czy Turcja. Ci, którzy dzisiaj tak głośno bronią „europejskich wartości”, mogą się strasznie zdziwić, jeśli w pewnym momencie Europa ze swoimi ‘wartościami”, będzie na świecie całkowicie osamotniona.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bartosz Bartczak

Redaktor serwisu gosc.pl

Ekonomista, doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach specjalizujący się w tematyce historii gospodarczej i polityki ekonomicznej państwa. Współpracował z Instytutem Globalizacji i portalem fronda.pl. Zaangażowany w działalność międzynarodową, szczególnie w obszarze integracji europejskiej i współpracy z krajami Europy Wschodniej. Zainteresowania: ekonomia, stosunki międzynarodowe, fantastyka naukowa, podróże. Jego obszar specjalizacji to gospodarka, Unia Europejska, stosunki międzynarodowe.

Kontakt:
bartosz.bartczak@gosc.pl
Więcej artykułów Bartosza Bartczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także