Nowy numer 18/2021 Archiwum

Zbrodnia, kara, przebaczenie?

16 stycznia przed sędziami Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze stanie Dominic Ongwen, jeden z głównych dowódców rebelianckiej Armii Oporu Pana, która przez 20 lat terroryzowała północną część Ugandy. Proces jest bezprecedensowy.

Sprawa wzbudza w Ugandzie spore emocje, ponieważ Ongwen, zanim stał się katem, sam jako dziecko padł ofiarą takich samych zbrodni, jakich potem się dopuszczał. O tym mówią moi ugandyjscy rozmówcy i taka jest też linia obrony. Z drugiej strony na szali są niepodważalne racje prokuratora, bazujące na zeznaniach ponad 4 tys. świadków, dziesiątkach tysięcy stron dokumentacji, nagraniach audio i wideo. Dotyczą masakr w latach 2003–2005, których „nie wyrazisz słowem” – jak mówi mi jedna z ofiar rebelii. Ale proces Ongwena to też „pełna sprzeczności sytuacja” – zauważa abp John Baptist Odama, który w czasie rebelii odegrał jedną z najważniejszych ról na rzecz pokoju w Ugandzie. Pełna sprzeczności, bo „Ongwen zabijał, nikt nie ma wątpliwości. Ale kto uczynił go takim? Dlatego dziś sprawa jest w toku”.

Fałszywy prorok

Zaczęło się w 1986 r. na północy kraju, w rejonie zamieszkałym przez grupę etniczną Aczoli. Władzę w Ugandzie akurat obejmował urzędujący do dziś Yoweri Museveni. Poprzez zamach stanu usunął pochodzącego z Aczoli swego poprzednika – Tito Okello. Aczoli odpowiedzieli licznymi rebeliami przeciw tej zmianie. Na czele jednej z nich stanął samozwańczy „prorok” Joseph Kony. Głosił, że jest prowadzony przez Ducha Świętego, walczy o obalenie Museveniego i zaprowadzenie w Ugandzie rządów opartych na Dziesięciu Przykazaniach. Ale nie o religię chodziło, lecz o władzę. Parareligijny bełkot Kony’ego został uzupełniony mroczną kompilacją wierzeń tradycyjnych, magii i karykatury chrześcijaństwa z elementami islamu. Tak powstała Armia Oporu Pana (Lord’s Resistance Army – LRA). Rozpoczęła się ponad 20-letnia wojna, która była „najbardziej zapomnianą i zlekceważoną katastrofą humanitarną świata”, jak ją określił Jan Egelund, ówczesny reprezentant ONZ w Ugandzie. Był to zarazem jeden z najbardziej brutalnych konfliktów targających kraje Afryki, gdyż armię Kony’ego stanowiły porywane dzieci. Ich liczbę szacuje się na ponad 60 tysięcy.

– Kiedy LRA porywa dziecko, pierwszą rzeczą, jaką mu czyni, jest zniszczenie jego człowieczeństwa. Zabić człowieka, pić krew, jeść ludzkie mięso, bezcześcić martwe ciała… Takie akty całkowicie wyniszczają psychikę. Ludzie stają się maszynami do zabijania – mówi Macleord Ochola, anglikański biskup z Gulu, jeden z liderów procesu pokojowego w Ugandzie. W jego ocenie Ongwen, który został porwany jako dziesięciolatek i spędził w buszu kolejne 30 lat, jest jednym z takich dzieci. O ile jednak wiele z „takich dzieci” porzuciło walkę, gdy rząd oferował amnestię dla rebeliantów, to Ongwen nigdy takiego kroku nie uczynił. „I tu jest problem. Nie słyszeliśmy, aby prosił o amnestię lub by chciał się poddać” – potwierdza bp Odama. Ongwen kontynuował walkę i porwania.

Zobaczmy, jak ksiądz zabija!

Jednym z porwanych był Steven Kilama. Miał wtedy 16 lat. Dzisiaj jest diakonem. Spotykamy się w Gulu, gdzie rozpoczęła się rebelia.

– To było 11 maja 2003 roku. Przyszli w nocy. Na moich oczach zaszlachtowali kolegę. Nas wyprowadzili. Do południa szliśmy w głąb buszu. Po drodze innego zadeptali na śmierć, bo próbował uciec. Gdy dotarliśmy do obozu, dowódca powiedział: „Teraz idziemy się modlić”. Kazali nam ściągnąć ubrania, wysmarowali nas masłem z orzechów shea, uczynili znak krzyża na ciałach i powiedzieli: „Teraz jesteście jednymi z nas”. Dodali, że jeśli podejmiemy głupią decyzję o ucieczce, to nas zabiją. Nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem.

Steven wspomina dziewczynę, która chciała uciec. Kazali mu ją zabić. – Dowódca powiedział: „Ten ksiądz (nazywali mnie księdzem, bo byłem w seminarium) jeszcze nikogo nie zabił. Teraz ma szansę. Wykończ ją”. Tłum powtórzył: „To prawda, nie zabił nikogo, wykończ, uderz w głowę”. „Nie, nie mogę, to szaleństwo…” – broniłem się. „Kwestionujesz rozkazy? Albo ją wykończysz, albo my ciebie!” Uderzyli mnie w plecy. Upadłem. Skuliłem się. Kolejny cios w głowę, w kark, w żołądek. Ból przeszył mi ciało. „Zabij, zabij albo zabijemy ciebie!” Bili mnie bez końca, aż krzyknąłem z bólu. „OK, zrobię, co chcecie, tylko już nie bijcie”. Wtedy usłyszałem: „Wykończcie ich oboje!”. A ona patrzyła, jak mnie bili i jak się zgodziłem ją zabić. Tylko Bóg wie, co się działo we mnie. Miałem zabić tę niewinną, przestraszoną dziewczynę, porwaną tak samo jak ja, bo jeśli odmówię, zginiemy oboje. Wziąłem maczetę, a oni krzyczeli „Yeah! Yeah! Bądźmy świadkami, jak ksiądz zabija! Uderz ją, uderz!”. Boże, przebacz! Zamknąłem oczy i podniosłem maczetę… Wtedy ktoś mnie chwycił od tyłu, wykręcił mi rękę i znowu upadłem. Usłyszałem śmiechy. Wszystkie siły mnie opuściły. Ktoś krzyknął: „On jest tchórzem! Wy ją zabijcie!”. Rzucili się na nią, ja leżałem na ziemi. Wstałem po wszystkim. Jej głowa była roztrzaskana. Mózg rozlany, zmieszany z popękanymi kośćmi i krwią. Oni byli obłąkani…

Steven uciekł podczas chaosu w czasie walk. Przejęło go wojsko. Dziś mówi: – Opowiedz o tym, niech ludzie wiedzą, co się tutaj działo…

Wobec zbrodni

Ongwen jest jednym z pięciu dowódców LRA, poszukiwanych od 2005 r. przez Międzynarodowy Trybunał Karny, i jedynym, który staje przed sądem. Poszukiwany Joseph Kony ukrywa się w lasach Republiki Środkowoafrykańskiej, a trzech pozostałych już nie żyje.

Według aktu oskarżenia Ongwen odpowiada nie tylko jako dowódca LRA, ale też za zbrodnie indywidualne: morderstwa, gwałty, branie do niewoli. Dowody przeciw niemu obejmują lata 2003–2005, ale stał też za późniejszymi zbrodniami. Jak tej w 2006 r., kiedy to w jednej z wiosek niedaleko Kitgum (ważnego miasta w czasie rebelii) oddziały LRA przyszły o świcie, wyrzynając kilkadziesiąt kobiet, niemowląt i starców. To był odwet za ucieczkę chłopaka z wioski, porwanego przez rebeliantów. Do podobnej zbrodni doszło we wsi o nazwie Pagak, o której opowiada mi Elio Croce, włoski kombonianin, świadek masakr. Pokazuje zdjęcia, które wysyłał do Hagi jako dokumentację dla Trybunału. – O poranku ktoś zadzwonił, żebym przyjechał do wsi. Dookoła leżały ciała. Część ludzi zabrali do buszu. Poszliśmy za nimi. To była masakra. 60 kobiet z roztrzaskanymi głowami. W chustach niemowlęta. Niektóre jeszcze ssały. Zabili je „tach tach” – kamieniami. Ocalało tylko osiem dziewcząt.

Ongwen dowodził prawdopodobnie również podczas ataku na kościół w miejscowości Doruma w Republice Demokratycznej Konga, kiedy w czasie obchodów Bożego Narodzenia w 2009 r. zamordowano ponad 300 osób.

Kim jest?

Urodził się jako czwarte spośród ośmiorga dzieci pary nauczycieli latem 1980 r. (inne źródła podają, że w 1975 r.). Rodzice nazwali go Dominic Savio, na cześć młodego włoskiego świętego. Kiedy wybuchła rebelia, rodzice nadali mu drugie, fałszywe imię – Ongwen, czyli „biała mrówka”. Zmiana imienia miała zabezpieczyć rodzinę na wypadek porwania dziecka przez rebeliantów, którzy zapamiętywali nazwiska porwanych i atakowali wioski, jeśli dzieci wracały do domów.

Według rodzeństwa Dominic był wstydliwym dzieckiem. Lubił wyrabiać korale i bransolety, które sprzedawał na targu, aby opłacić czesne. To w tym czasie, wracając ze szkoły, został porwany przez oddział LRA.

– Ongwen był małym chłopcem. Kony zdecydował, że chłopak zostanie przy nim, aż dorośnie. Szkolił go… – mówi mi Kenneth Banya, była prawa ręka Kony’ego i mózg operacyjny rebelii. Banya, były wojskowy, uprowadzony w wieku 42 lat, nie ukrywa, że sam był „dzieckiem diabła oddanym rozlewowi krwi”, zanim „odrodził się na nowo w Jezusie Chrystusie”. W 2004 r. poddał się. Objęła go amnestia. Dziś jest pastorem. – Bóg poprowadził moją ścieżkę prosto – mówi, trzymając w rękach Biblię.

Życie Ongwena potoczyło się inaczej. Tu nie było skruchy. „Nic o tym nie wiemy” – przypomina bp Odama. Chłopak po porwaniu został razem z innymi dziećmi poddany rytualnym inicjacjom. Według relacji świadka najpierw każdy otrzymywał po 100 uderzeń trzciną. Najbardziej diaboliczną częścią ceremonii było picie krwi z ziołami z czaszki jednego z dzieci, które próbowało ucieczki. Potem ciała dzieci smarowano masłem z orzechów shea, o czym wspominał już Steven, aby byli oczyszczeni z… grzechów przeszłości. Przez kolejne lata dzieciom prano mózgi, wmawiając, że Joseph Kony komunikuje się z duchami. Wielu jest o tym przekonanych do dziś. – Kony był prowadzony przez duchy. Złe duchy. One miały imiona – twierdzi Banya.

– Było wiele duchów, mówiły do niego – powie mój inny rozmówca. Ma na imię Richard, a spotykamy się w mieście Kitgum, gdzie dochodziło do licznych masakr.

Świat usłyszał

Richard został uprowadzony w 1996 r. razem z kuzynem. Mieli już po 20 lat. Wracali ze szkoły. Wspomina Banyę z czasów rebelii, Kony’ego, Ongwena i innych dowódców. – Ongwen był moim przyjacielem. Został porwany tak jak ja. Ale potem dokonywał strasznych rzeczy. Banya był OK. Traktował nas dobrze. Nie chciał znęcania się nad ludźmi. Ja miałem pod sobą mały oddział. Byliśmy zmuszani do strasznych rzeczy. Strasznych… Nie oddasz w słowach tego, co się wtedy działo – opowiada ciężkim głosem.

Richard uciekł po roku od porwania. – Ci, którymi dowodziłem, powiedzieli, że inni mnie zabiją. Odpowiedziałem, że zabiją tylko wtedy, jeśli oni na mnie doniosą.

Richard brał udział w porwaniu 139 dziewcząt ze szkoły Świętej Marii w miejscowości Aboke. Miały 13–16 lat. To wydarzenie odbiło się echem w międzynarodowych mediach, po raz pierwszy zwracając uwagę na sytuację dzieci na północy Ugandy. Dzięki włoskiej misjonarce s. Rachele Fassera sprawa stała się głośna. Ona sama, jako dyrektorka szkoły, pobiegła za rebeliantami do buszu, oferując siebie jako zakładniczkę w zamian za uwolnienie dziewcząt. Rebelianci zwolnili sto. Los kilku do dziś jest nieznany.

Jestem w Ugandzie dokładnie w 20. rocznicę wydarzeń. W głównych ugandyjskich dziennikach powraca pytanie: „Gdzie były wtedy wojska mające chronić ludzi?”.

Richard jest udręczony. Wciąż nosi w sobie obrazy zbrodni, których był świadkiem. – Dziś mam troje dzieci. Troszczę się o nie jak potrafię. Ale te rzeczy z przeszłości… One powracają. Karzą mnie. Ból… Wielki ból w mym umyśle. Gdybym nie był porwany, byłbym inną osobą… – mówi drżącym głosem. I płacze.

Steven i Richard uciekli od rebeliantów. Brygadier Banya poddał się. Dominic Ongwen pozostał przy Josephie Konym, dopóki nie został pojmany w styczniu 2015 r. na terenie Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie dowodził niedobitkami LRA. W przededniu procesu strona prokuratorska zwraca uwagę, że osądzenie Dominica Ongwena dotyczy nie tylko tysięcy ofiar z północy Ugandy, ale ma znaczenie dla całej ludzkości „z powodu niewysłowionych zbrodni, jakie zostały popełnione. (…) Sędziowie muszą nie mieć wątpliwości, że jest on odpowiedzialny za zbrodnie, które popełnił”.

Sprawiedliwość i pojednanie

Jest jeszcze jeden element tej opowieści – tradycyjne rozumienie sprawiedliwości w społeczności Aczoli. Zaangażowanie Trybunału do rozstrzygania spraw rodzi bowiem mieszane uczucia wśród ludzi mających od wieków swoje sposoby na radzenie sobie z sytuacją, gdy dojdzie do zbrodni. Chodzi o ceremonie zwane mato oput. Ich celem jest przebaczenie, pojednanie i zadośćuczynienie za wyrządzoną zbrodnię. Aczoli wierzą, że mato oput potrafi doprowadzić do prawdziwego uzdrowienia relacji pomiędzy stronami w sposób, w jaki nie dokona tego system sprawiedliwości karnej. – Celem mato oput jest odbudowanie pokoju w społeczności. Jest tu pewne podobieństwo z sakramentem pokuty i pojednania. Ze strony sprawcy musi być wyznana wina i zadośćuczynienie, ze strony rodziny ofiary – przebaczenie sprawcy – tłumaczy ks. Ronald Okello, zajmujący się problemem LRA.

W pierwszych latach po rebelii ponad 12 tys. byłych rebeliantów przeszło przez tradycyjne rytuały pojednania z lokalnymi wspólnotami. – Nie było mato oput w przypadku Ongwena. On dowodził masakrami. Powinien pojednać się z całymi społecznościami.

Również Lino Owo Ogora, prawnik, który jest obrońcą ofiar LRA, wskazuje, że w Ugandzie „Trybunał jest mało popularny”. – Wielu uważa, że Ongwenowi należy przebaczyć, tak jak przebaczono innym, którzy dopuszczali się podobnych zbrodni, bo byli porwani jako dzieci – mówi. Dodaje jednak, że w przypadku Ongwena to bardziej skomplikowane. – Trudno przeprowadzić mato oput wobec dowódców odpowiedzialnych za zbiorowe masakry. Ceremonie dotyczą indywidualnych ofiar. Chyba że winni sami wyznają grzechy, miejsca i osoby. Wtedy mato oput może być przeprowadzone.

Bez względu na wyrok, jaki zapadnie w haskim Trybunale, sprawa Ongwena jest ważna. Przypomina bowiem o niezmierzonej tragedii, jaka dotknęła 2 mln ludzi na północy Ugandy, o „mało medialnej” wojnie i o cierpieniu, które widać w oczach ludzi do dziś. Proces Ongwena może potrwać. 16 stycznia dopiero się zaczyna… •

Rozmowy w Ugandzie przeprowadzone w październiku 2016 r.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Krzysztof Błażyca

Fotoreporter, dziennikarz

Z redakcją „Gościa" związany od roku 2006 r. Religioznawca, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Autor książek „Tego drzewa nie zetniesz. Historie z czarami w tle" (zbiór reportaży z Tanzanii, Kenii, Zambii, Nigerii i Ugandy) oraz reportażu „Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy", za który otrzymał Grand Prix Mediatravel 2017, Nagrodę im. Stanisława Szwarc Bronikowskiego w kategorii książka podróżnicza roku oraz Nagrodę Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego za najlepszą książkę roku 2017 o tematyce afrykanistycznej w kategorii publikacji popularno-naukowej. Autor wystaw fotograficznych ukazujących życie codzienne w krajach Afryki. Laureat nagrody „Ekologia w obiektywie" za zdjęcie przedstawiające dzieci z nigeryjskiej wioski przy jednej ze studni wybudowanej dzięki akcji „Małego Gościa Niedzielnego". Publikował w „Misyjnych drogach", „Poznaj Świat", „Catholic Mirror" (Kenia), „Magazynie Familia", „Warto", „W drodze", „Almanachu Prowincjonalnym", „Tygodniku Powszechnym". Związany z organizacjami pomocowymi w Ugandzie i Kenii (budowa studni głębinowych, wsparcie edukacji). Motto: „Pokochajcie Afrykę!" (kard Charles Lavigerie).

Kontakt:
krzysztof.blazyca@gosc.pl
Więcej artykułów Krzysztofa Błażycy

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także