Nowy numer 30/2021 Archiwum

Jako w niebie anieli przejdź do galerii

Na Świyntygo Ściepóna w Trójwsi sobie nie pośpisz. Obudzą cię połaźnicy i gańba, gdybyś ich nie wpuścił! Za Kubalonką przetrwała żywa tradycja, która nie pachnie ani skansenem, ani cepelią.

Ta opowieść nie zaczyna się „za górami, za lasami”, ale za lasem i górą. Za usianą krętymi drogami Kubalonką.

W Ustroniu i Wiśle śniegu jak na lekarstwo. Istebna jest biała. W puchu ukrył się świat, w którym pielęgnuje się żywą tradycję. Trójwieś (Istebna, Jaworzynka i Koniaków) to od lat jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi. Pod Ochodzitą, Złotym Groniem i Młodą Górą (Jerzy Kukuczka miał ją sobie „zostawić na emeryturę”) przetrwała żywa tradycja, która nie pachnie na kilometr ani skansenem, ani cepelią. Nie wierzycie? To przyjedźcie do Istebnej na procesję Bożego Ciała, czy do Koniakowa na dzień Pierwszej Komunii Świętej. Zobaczycie barwny tłum w strojach regionalnych. Chłopcy w czerwonych bruclikach (w Wiśle, za górą, noszą czarne), dziewczyny w kolorowych chustach. Posiadanie regionalnego stroju dla mieszkańców Trójwsi to prawdziwy honor.

Szyszki i bomby

Mmm… Ten zapach! Lepiej nie wchodzić na głodnego do parafialnego domu w Istebnej. Na stołach, przy których uwija się jak w ulu niemal 30 kobiet, rosną góry kolorowych ciasteczek, wypiekanych co roku na święta Bożego Narodzenia. W ubiegłym roku góralki upiekły aż 300 kg świątecznych beskidzkich ciasteczek.

Można dostać oczopląsu, bo na stołach rosną góry tych pyszności. Niemal 60 rodzajów kruchych smakołyków. Są „marysieńki”, i „londyńskie”, rogaliki, chałwy, babeczki orzechowe, ciastka budyniowe, „orzeszki”, „szyszki”, „bomby” i…

− Dajcie spokój! Żebym ja, od lat w krucjacie, modliła się o spirytus i rum? A takie właśnie zanosiłam dzisiaj intencje – śmieje się Bogusia Juroszek. − I Pan Bóg wysłuchał tych próśb. Ludzie przynieśli i rum, i spirytus do ciastek. Nigdy nie wiem, ile osób przyjdzie i co przyniosą. Bóg to wie. Część składników dzieci zbierają w szkołach. W ubiegłym roku ciasteczka piekło jednego dnia 38 kobiet. To nasze pospolite ruszenie. Kobiety pracują przez trzy dni, a niektóre biorą na ten czas urlop.

W niedzielę ciasteczka będą sprzedawane na kiermaszu po Mszach Świętych. Schodzą zawsze jak ciepłe bułeczki. Wszystkie. Na pomysł wspólnego wypiekania ciastek wpadli przed laty sympatycy stowarzyszenia „Dobrze, że jesteś”, zajmującego się osobami niepełnosprawnymi z Trójwsi. Dochód z ich sprzedaży wspiera działalność tego ośrodka.

Stoję oczarowany solidarnością i bezinteresownością górali. Kiedyś spotykali się po chałupach przy „szkubaczkach” i „zabijaczkach” (skubaniu pierza i zabijaniu świni), dziś przy pieczeniu ciasteczek.

W Trójwsi przetrwała żywa wiara. Na porannych Roratach o 6.45 przy ołtarzu meldowała się w tym roku aż setka dzieciaków z lampionami. Wielokrotnie doświadczyłem siły rażenia modlitwy tutejszych górali, bo od lat przyjaźnię się z ludźmi z tutejszej wspólnoty Ogień Boży i jestem pod ogromnym wrażeniem ich pokornej służby.

Jo je mały połaźniczek...

Szósta rano. Świętego Szczepana – drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Za oknami gęsta jak smoła ciemność, a dzieci z Trójwsi uwijają się już od dłuższego czasu. Zaraz ruszą na „połazy”. W rączkach trzymają połaźniczki − zielone jodłowe gałązki przystrojone ślicznymi bibułkowymi kwiatami.

− Połaźnicy wędrują od domu do domu. I wstyd, gdybyś ich nie wpuścił! – opowiada Ania Rudnik, trzymająca na ręku maleńką Marysię. − Zwyczaj połazów jest pielęgnowany z dziada pradziada i, o dziwo, dzieci do dziś bardzo chętnie w nim uczestniczą. Dla nich to coś całkowicie naturalnego. Takie małe, kilkuletnie szkraby o świcie budzą gospodarzy, zwiastując im wieść, że narodził się Jezus. To naprawdę wzruszające!

Czasu niewiele, bo trzeba życzyć szczęścia i błogosławieństwa „potkom” (chrzestnym), rodzinie i najbliższym sąsiadom jeszcze przed poranną Mszą Świętą.

Jak wygląda wigilia pod Złotym Groniem? − W Trójwsi przez całe lata panowała bieda, więc na stole wigilijnym nie lądowały wyszukane dania. Prawdziwym rarytasem był groch z suszonymi śliwkami. I tak jest do dziś. Są też zupa grzybowa, kapusta na słodko, karp i słodka „bryja” (sporządzana z gotowanych śliwek, jabłek i gruszek) – wylicza Ania Rudnik. − Na stole wigilijnym kładzie się w koszyku plony ziemi: owies (święci się go w kościele w drugi dzień świąt), warzywa. W wielu domach przy krojeniu chleba odkłada się piętkę, w która wbija się kawałeczek opłatka. Ten „godni kraiczek” przechowywany jest do kolejnej wigilii.

Połazy w czasach Halloween

– W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia nie wolno było ruszać się z domu. Oj, jak mnie denerwował ten zwyczaj – śmieje się Marysia Michałek z Koniakowa (liderka wspólnoty Ogień Boży, mama pięciorga dzieci). − Nie wychodziło się z domu, a wszystko wokół robiono cicho, bez hałasu. To był czas dla najbliższej rodziny. Podobnie w Wielkanoc. Dopiero drugie święto było dniem odwiedzin.

− Było cicho w chałupie, obiad był już narychtowany, nie trzaskało się garnkami… Naprawdę przestrzegano zakazu odwiedzin, choć dzieci kombinowały, jak tu wyrwać się z domu − dopowiada Monika Wałach-Kaczmarzyk (w ubiegłym roku otrzymała Laur Srebrnej Cieszynianki, najważniejszą nagrodę ziemi cieszyńskiej).

Przed koniakowskim domem Marysi i Janusza Michałków małe zamieszanie. Przyszli połaźnicy. Grupka dzieciaków z jaworzyńskiego zespołu „Mała Jetelinka” wchodzi do domu. Wprawdzie połaźnicy zgodnie recytują: „Co mi docie, to weznym”, ale przez lata owoce, orzechy czy kołocz zastąpiły pieniądze. „Lebo grosz, lebo dwa, to je dobro kolenda. Lebo stówkom, lebo dwie, to mi kapsy nie urwie” − słychać w sieni.

– Zmieniła się waluta − śmieją się rodzice małych połaźników. − Połazy się nie zmieniają, rośnie tylko stawka.

Od lat przyglądam się beskidzkim tradycjom. Zachwyca mnie to, że w czasach wielkiej anonimowości i wirtualnych ucieczek, gdy jedynymi gośćmi pukającymi do drzwi wielkich blokowisk są Świadkowie Jehowy czy przebrane za upiory dzieci recytujące jak z nut: „Cukierek albo psikus”, tu, w Trójwsi, chodzi się po domach, aby… dobrze życzyć ludziom.

– Co jest dla mnie w tym najważniejsze? – zastanawia się Janusz Michałek z Koniakowa. – To, że te dzieci w istocie zanoszą do domów błogosławieństwo. Dobrze życzą ich gospodarzom. Są jak aniołowie zwiastujący światu pokój. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także