Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nasz syn dokonał rewolucji

8 czerwca 2013 roku na ślubie Sylwii i Rafała Świerczyńskich ich druhną była córka Natalka, a syn Krzysiek podawał im obrączki. Nikt by nie pomyślał, że ten uśmiechnięty chłopiec cierpi na autyzm. I że ten ślub, tak jak inne cuda w ich domu, stał się za jego sprawą.

Jeśli sądzicie, że diagnoza to jakaś fajna zabawka albo rodzaj ubrania dla dinozaurów, grubo się mylicie. Diagnoza to jedno z wielu mądrych słów, które tak pięknie brzmią w ustach specjalistów. Zwykle po „postawieniu diagnozy” okazuje się, że ktoś, kto do tej pory nieświadom niczego radośnie brykał po łące, jest na coś poważnie chory – pisze Sylwia Baczyńska-Świerczyńska w książeczce „Dinozaur Tymek nie chce jeść mięsa…”. Jej synowi Krzysiowi postawiono diagnozę, kiedy miał trzy latka.

Dotknięcie

– Dwa lata po naszym ślubie moja mama i ojczym też się pobrali – mówi Sylwia Baczyńska-Świerczyńska. – Moja mama poszła wtedy do spowiedzi po pięćdziesięcioletniej przerwie.

W swojej książce „Anioł” Baczyńska-Świerczyńska opisuje historię miłości dwóch par, które podobnie jak ona i jej mąż, a także jej rodzice, dorastają do małżeństwa sakramentalnego. Tytułowym aniołem, który zmienia na lepsze bohaterów, jest autystyczny chłopiec. Nawet nie muszę pytać, czy jego pierwowzorem jest syn pisarki. Dla niego zrezygnowała z robienia, jak mówi, „agresywnej kariery”. Najpierw pracowała w redakcji „Życia Warszawy”, potem w telewizyjnej Jedynce prowadziła programy „Kawa czy herbata” i „360 stopni dookoła ciała”. – Na fali niekoniecznie płynie się w dobrym kierunku – jest pewna. – Narodził nam się mistrz, który wyprowadził nas ze starego życia.

Czym w porównaniu z tym jest satori, osiągane przez mnichów buddyjskich, których medytacjami się pasjonowała? – Nasz syn swoją niepełnosprawnością dokonał rewolucji i doskonali naszą rodzinę w rozwoju duchowym.

Dzięki niemu wie, że życie nie jest po to, żeby spędzić je na przyjemnościach, ale to droga do zbawienia. Na co dzień prowadzi praktykę lekarza audiologa i foniatry. Przyjmując w gabinecie cierpiące dzieci, widzi, jak w cudowny sposób odmieniają życie swoich rodziców. Tam, gdzie powinna być rozpacz, są siła i radość. Ostatnio przyszła do niej mama z dwuletnią córeczką z zespołem Edwardsa, która według lekarzy nie powinna już żyć. Energiczna, uśmiechnięta, wydała jej się bohaterką codzienności – kobietą, która walczy o każdy dzień swojego dziecka.

Inspirowana takimi osobami, pisze swoje książki o skomplikowanej miłości, o tym, jak cudowne są dzieci z autyzmem, że warto chronić delikatne życie nienarodzonych. Ma nadzieję, że w ten sposób otrzeźwi kobiety biegające z transparentami: „Ręce precz od mojej macicy”. Jest przekonana, że kropla drąży skałę. Nie wiadomo, w czyje serce wpadnie i jak je odmieni.

Pytam, o czym jest jej „Anioł”. – To opowieść o przemianie – odpowiada. – Na każdym etapie życia może nas dotknąć Boże miłosierdzie.

Od urodzin Krzysia szukała wsparcia w literaturze, ale znalazła tylko kilka tytułów traktujących o autyzmie. Dlatego sama zaczęła pisać i założyła wydawnictwo „LEK-ART”. Na początku były książki dla najmłodszych, bo jej Natalka od zawsze lubiła czytać i chciała właśnie jej oraz innym, mającym autystyczne rodzeństwo, pomóc w poznaniu bliskich. W serii detektywistycznej „Tusia i Tymek” pokazuje, jak autystyczny Tymek, genialnie zapamiętujący szczegóły, pomaga w rozwikłaniu pewnej zagadki i zostaje za to doceniony przez rówieśników. – Bo trzeba wiedzieć, że wszyscy jesteśmy do czegoś potrzebni i wszystko dzieje się po coś – podsumowuje.

Głębiej

Z dzieciństwa pamięta fascynujące rozmowy z dziadkami, też lekarzami – Barbarą i Marianem Wyczółkowskimi. Dziadek, wybitny internista, świetnie znał historię sztuki i literatury. Babcia tańczyła, śpiewała i była dla niej mistrzynią kobiecości. Dom prowadziła ukochana mama Małgosia, która do dziś odwiedza ją prawie każdego dnia i nadal jej pomaga. – Na ten cudny czas cieniem położył się rozwód moich rodziców – opowiada. – Miałam wtedy trzy latka. Mój ojciec Jerzy Baczyński jest redaktorem naczelnym lewicowego pisma „Polityka”. Rodzice rozstali się, ale do dziś się przyjaźnią. Mama jest szczęściarą, bo jakiś czas potem poznała Leszka, z którym jest do dziś. Od tamtej pory miałam dwóch ojców, których kochałam.

Do czasów licealnych chodziła na spotkania oazowe. W 1991 r. pojechała do Częstochowy na Światowe Dni Młodzieży z Janem Pawłem II. Zaraz po powrocie nagle zaczęła chorować. Najpierw rozpoznano u niej białaczkę, a potem okazało się, że to mononukleoza zakaźna. – Zbuntowałam się, bo przyszła na mnie choroba – wspomina.

Nie było nikogo, kto by jej powiedział: „Spokojnie, musisz poszukać sensu trochę głębiej”. Kiedy wyzdrowiała, wciągnął ją buddyzm, i to tak, że nawet została nauczycielką jogi. Na medycynie poznała Rafała. On był na szóstym, ona na drugim roku. W 1999 roku wzięli ślub cywilny. – Po ślubie kontraktowym w każdej chwili można sobie powiedzieć „dziękuję” i rozstać się – mówi. 14 lat temu przyszła na świat Natalka, cztery lata później Krzyś. Jeszcze zanim stwierdzono u niego autyzm, rozeszła się z mężem. To był pierwszy cios. Robiła właśnie specjalizację audiologa i foniatry u prof. Skarżyńskiego. A potem jak grom z jasnego nieba spadł na nią drugi cios – autyzm syna. Jeszcze przed I Komunią św. Natalki zaczęła myśleć o Panu Bogu. Postanowiła, że będzie dla niej autorytetem w sprawach wiary, że sama musi uwierzyć. Po 10 latach wybrała się do spowiedzi i przez godzinę rozmawiała z księdzem o swoim życiu. Potem już wszystko zaczęło się układać. Same przychodziły do niej lektury: „Twierdza wewnętrzna” św. Teresy z Ávila, pisma innych mistyków – św. Tereski od Dzieciątka Jezus, św. Jana od Krzyża.

– Czego szukałam u buddystów, skoro my, katolicy, wszystko to mamy w Kościele? – pyta dziś sama siebie. – Pięć lat dojrzewałam w wierze, pomagając sobie modlitwą różańcową, a z czasem odmawianiem Nowenny Pompejańskiej. Któregoś razu poszłam z dziećmi na Mszę w Witowie, bo Krzyś lubi Zakopane. Ksiądz na kazaniu powiedział coś o rodzinie, a ja poczułam nagły spokój. Pomyślałam: „Co ja tu robię bez Rafała?”.

Chwilę potem odebrała od niego telefon. – Powiedział, że miał operację i chce się spotkać nie tylko z dziećmi, jak to dotąd robił, ale też ze mną. Po kilku rozmowach postanowili być znowu razem. Okazało się, że się kochają, tylko aż pięć lat zabrało im uświadomienie sobie tego. Na swój ślub czekali w czystości.

Sens

– Małżeństwo sakramentalne jest wartością, bo wykracza poza granice życia – mówi Sylwia. – Przysięgaliśmy sobie przed Bogiem i teraz wiemy, że nawet kiedy się posprzeczamy, nie możemy odpuścić. Więc nie warto toczyć sporów, skoro i tak będziemy ze sobą na zawsze. W związku kontraktowym i sakramentalnym niby są ci sami ludzie, ale w tym pierwszym każdy pielęgnuje swój egoizm, przepycha się ze swoim. Po czwartym czy piątym ślubie cywilnym każdy chce się ustawić jak najwygodniej. Małżeństwo sakramentalne daje siłę, bo czuwa nad nim Bóg, mocniejszy od ludzkich słabości. Oczywiście nie stajemy się idealni, ale łatwiej radzić sobie z konfliktami.

W radzeniu z problemami pomaga im też Krzyś. Każdy dzień zaczyna od przytulenia mamy i wyznania: „Kocham cię. Jesteś najlepszą mamusią”. I choć dzieci autystyczne, według mądrych podręczników, nie powinny wykazywać się empatią, on troszczy się o bliskich.

– Autyzm to zaburzenie rozwojowe, które charakteryzuje się trudnościami w relacjach społecznych – opowiada mama. – Chorzy nie podtrzymują kontaktu wzrokowego, nie reagują na swoje imię, nie potrafią pokazać palcem, nie uczą się przez naśladowanie innych. Dziecko rozprasza się, ucieka, woli własne aktywności.

Jej synek potrafił godzinami kręcić w kółko samochodzik albo ustawiać w szeregach kilka aut. „Przez cały wieczór i następny dzień Tymek zastanawiał się, co to może znaczyć, że właśnie on ma ten »autyzm«. Gdzie go ma? Po przeszukaniu wszystkich kieszeni był pewny, że żaden autyzm się tam nie schował. (…) Na wszelki wypadek nie dał nic poznać po sobie, że analizuje głęboko całą tę sprawę. Zachowywał się tak jak zwykle, ustawiał szeregi piramidek z piasku i wydawał się rodzinie oddalony i bardzo zamknięty w swoich własnych myślach” – opisała syna w książeczce „Dinozaur Tymek nie chce jeść mięsa…”. Choć jest lekarzem, pamięta swoją bezradność, kiedy na początku poddano jej Krzysia intensywnej terapii. Zdecydowała się pracować na pół etatu i sama zaczęła się zajmować przywracaniem go światu. Dziś Krzysiek, bo tak do niego się zwracają, biegle czyta, właśnie wrócił do domu z kilkoma komiksami. Od początku podstawówki w ramach edukacji domowej uczy się w katolickim Kolegium Świętej Rodziny. Dołączyła też do niego utalentowana pisarsko Natalka. W kolejnych klasach Krzyś otrzymywał maksymalną liczbę punktów za końcowe testy, bo ma świetną pamięć i szybko się uczy. Ale nie zawsze tak było. Kiedy proszono go, żeby zapukał dwa razy w stół, odmawiał, szamotał się, rzucał na ziemię. Długi czas milczał z uporem, nie wiedząc, że język służy do komunikacji.

– Wreszcie kiedyś, po godzinie powtarzania, wycisnęliśmy z niego pierwszą sylabę w życiu: „bu”, bo bardzo chciał zjeść bułkę – wspomina mama. – Zawzięłam się i sama codziennie z nim pracowałam w domu, przekonana, że rodzic to najlepszy terapeuta. Na ścianie, gdzie znajduje się ich domowy ołtarzyk, obok Matki Bożej Fatimskiej i o. Pio, widać zdjęcie Krzysia z I Komunii św. Tak pokochał odmawianie Różańca, że bez niego i lektury Pisma Świętego nie chce iść spać.

– Przede wszystkim kocham brata. To, że jest autystykiem, to poboczne – mówi jego siostra Natalia. – Jego choroba odnowiła nasze więzi i sprawia, że jesteśmy sobie bliscy bardziej niż inne rodziny. Czujemy potrzebę pomagania sobie wzajemnie.

– Cały czas uciekamy od cierpienia, a tu Chrystus przychodzi i nadaje mu sens – podsumowuje jej mama. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama