Nowy numer 43/2020 Archiwum

Świętość w białym sari

Panie, panowie. Oto kilka perełek, odruchów, opowieści ukazujących świętość Matki Teresy z Kalkuty.

Święta Matka Teresa z Kalkuty. Ileż razy słyszałem ten zwrot! W publicznych wystąpieniach, w prywatnych rozmowach. I to długo przed 4 września 2016 roku, gdy Kościół kanonizuje kobietę, która sama mawiała o sobie: „Chcę być świętą od ciemności”. Święta Matka Teresa. Hm, dlaczego ludzie mylili się? A może wcale się nie mylili?

Zebrałem kilka opowieści, intuicji ukazujących świętość Matki Teresy. Nie szukałem historii związanych ze spektakularnymi cudami. Szukałem małych perełek związanych z codziennością, pokorną, pozbawioną szemrania zgodą na zwykłe życie. To w nich, wierzę, najmocniej objawia się świętość tej kruchej, przygarbionej, pomarszczonej staruszki w białym sari – jak zapamiętał ją świat.

Totalne 
zaufanie

– Matka Teresa nieustannie uczyła nas, że miarą jest Boża hojność, a nie nasz brak. Gdy przyjechała do nas, zapytaliśmy: „Matko, a z czego będziemy żyć?” – opowiadali mi franciszkanie ze wspólnoty Reneval w nowojorskim Bronxie. – „Nie martwcie się – odparła ze spokojem. – Pan Bóg ma sporo pieniędzy. Jedyny warunek – trzeba Mu zaufać w ciemno”. Posłuchaliśmy jej słów. A mieliśmy wtedy dług, bagatela… 600 tys. dolarów. I wówczas ktoś wypisał dla nas anonimowo czek opiewający na milion dolarów.

Miała ogień 
w sercu

Po otrzymaniu Pokojowej Nagrody Nobla Matka Teresa w rozmowie z dziennikarzem powiedziała, że przez swoje powołanie należy do całego świata. Jednak jej serce, dodała, należy całkowicie do Jezusa. Miała ogień w sercu. Nigdy nie twierdziła, że prowadzi działalność charytatywną z pobudek humanitarnych. Za to bardzo często powtarzała: „Robię to, bo w drugim człowieku widzę Jezusa. Świętość to nie luksus dostępny dla nielicznych, świętość to podstawowe zadanie – twoje i moje”.

Bardzo łagodna, 
bez cienia goryczy

Jedna z sióstr opowiadała, że w nowicjacie bała się Matki Teresy. – Któregoś dnia moja mistrzyni ukarała mnie. Wysłała mnie do Matki. Gdy podeszłam do niej, zapytała: „Co się stało, moje dziecko?”. Odparłam: „Matko, moja mistrzyni powiedziała, bym do ciebie przyszła, bo nie odrobiłam zadania”. Matka nie zrugała mnie wcale. Pobłogosławiła mi i powiedziała: „Następnym razem odrób zadanie” – wspominała zakonnica.

Współsiostry Matki Teresy wspominają też, że często im powtarzała: „Jeżeli chcecie być szczęśliwe, nigdy nie dopuszczajcie do siebie goryczy. Jeżeli naprawdę oddacie się Bogu, w waszym „Tak” zawarte będzie upokorzenie, porażka, sukces, smutek, ból. Nigdy, ale to nigdy nie obrażajcie się, kiedy zostaniecie upomniane. Obrażanie się jest owocem dumy”.

Boisz się? 
Jadę z tobą!

Karmelita o. John Gibson, kuzyn słynnego Mela Gibsona, był spowiednikiem założycielki kalkutek, – Matka Teresa to była miłość w akcji. Wyruszyła ze mną ze swojego domu w Kalkucie najpierw do Rzymu, a potem do Tirany – opowiadał mi przed laty. – To ona namówiła mnie, bym pojechał do Albanii, skąd pochodziła – najbiedniejszego kraju Europy. „Boisz się jechać w nieznane? – zapytała. – Nie martw się, pojadę z tobą! Nie będziesz sam, przydzielę ci niezawodną towarzyszkę”. Wyciągnęła z torby podróżnej małą figurkę Matki Boskiej wykonaną z fosforu i rzuciła: „Masz, weź ją. Maryja świeci w ciemności!”. Przebywałem w Albanii przez trzy lata. W tym czasie otwarłem 40 parafii i ochrzciłem około 5 tys. ludzi.

Po krótkim czasie spędzonym ze mną w Albanii zapytała mnie: „Ojcze, chciałabym tu z tobą zostać, ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia w Kalkucie. Czy zgodzisz się na mój powrót do Kalkuty?”. Jej pokora bardzo mnie zaskoczyła. Świat docenił jej wkład w moralny i duchowy rozwój ludzkości, przyznając jej Pokojową Nagrodę Nobla, a teraz ta niesamowita kobieta prosi mnie, zwyczajnego amerykańskiego księdza, o pozwolenie na powrót do domu – dziwił się o. John.

Nie spędzała dni na troszczeniu się o siebie

– Dla Matki Teresy poruszanie się po ulicach Kalkuty wcale nie było takie łatwe, jak można by przypuszczać – opowiada ks. Brian Kolodiejchuk, postulator procesu kanonizacyjnego założycielki Misjonarek Miłości. – W umierającym człowieku potrafiła dostrzec Jezusa, podczas gdy dla innych był on tylko „niedotykalnym”. Miała zwyczaj umieszczać umierającego na taczce i chodzić z nim od szpitala do szpitala w nadziei znalezienia dla niego miejsca, co było bardzo niewdzięcznym zajęciem. Spotykała się z ciągłymi odmowami. Nie spędzała dni na troszczeniu się o siebie. Nie zastanawiała się, czy jest przez innych kochana, czy nienawidzona; chwalona czy pogardzana. Nie szukała samospełnienia lub samouznania. Wiedziała też, co jest dobre, a co złe. Jak tego dokonała? Zanurzyła się cała w Najświętszym Sercu Jezusa. „Nauczmy się dwóch rzeczy: modlitwy i pokory – zachęcała. – Bo nie potrafimy kochać, jeśli nie mamy pokory. I nie potrafimy być pokorni, jeśli nie kochamy” – tłumaczyła. „Kiedy nie wiesz, jaką decyzję masz podjąć, spędź noc przed Najświętszym Sakramentem. Rano podejmiesz właściwą decyzję” – radziła.

Jak bardzo Matka Teresa nie troszczyła się o siebie, o. Marian Żelazek, polski misjonarz, który pracował w Indiach wśród trędowatych, kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla, przekonał się już podczas pierwszego spotkania z nią. – Pamiętam świetnie nasze pierwsze spotkanie. To było na platformie kolejowej w naszej misji. Było strasznie gorąco. Chyba z 47 stopni. Z nieba lał się żar. Patrzę, a z daleka idą trzy siostry. Umęczone upałem. Szybko kupiłem coca-colę i mówię jakiemuś chłopakowi: „Biegnij, zanieś to siostrom”. Pobiegł, ale za chwilę wrócił z pełnymi butelkami i mówi: „Siostry nie chcą”. Zdziwiłem się. Wtedy jedna z zakonnic podeszła do mnie i przedstawiła się: „Szczęść Boże, jestem matka Teresa”. „Dlaczego siostry nie piją coca-coli?” – zapytałem. „Bo mamy regułę: nie przyjmujemy niczego w czasie podróży – powiedziała i zapytała: Na platformie jest wielu biednych, kupiłby ojciec im wszystkim ten napój?”. Ona nie udawała solidarności z ubogimi, ona naprawdę była jedną z nich.

„Niemożliwe”? 
Nie ma takiego słowa

„Czy Matka zgłupiała? Trwa wojna. Po co się tam pchać?” – warknął zniecierpliwiony komendant. „Przecież tam są dzieci!”– upierała się Matka Teresa. Znalazła się w byłej Jugosławii. Gdy dowiedziała się, że po drugiej stronie linii frontu znajduje się duża grupa dzieci, po długiej modlitwie wybrała się do komendanta wojska z prośbą o pozwolenie na przeprowadzenie ich do swojego klasztoru. Nad miastem krążyły samoloty, bomby zabijały niewinnych ludzi, dochodziło do gwałtów i rabunków, a ta niepozorna kobieta w indyjskim sari twierdziła, że przejdzie sama linię dzielącą walczące ze sobą armie. Co więcej, miała czelność twierdzić, że wróci z maluchami z powrotem.

Komendant z kpiną rzucił: „Jeśli siostra sprawi, że za trzy dni podpiszemy zawieszenie broni, droga wolna. Dzieci są wasze!”. „Dobrze, Jezusowi bardzo na nich zależy, więc za trzy dni jesteśmy umówieni” – odparła rezolutnie drobna zakonnica. Po trzech dniach komendant przecierał oczy ze zdumienia: gromadka dziewczynek i chłopców raźno maszerowała przez zoraną bombami ziemię.

Jej cudowna broń

Ojciec John Gibson wspomina, że Matka Teresa zawsze nosiła przy sobie niezwykłą broń – cudowne medaliki. I często je rozdawała. „Ile Matka rozdała już takich medalików?” – zapytały ją pewnego dnia siostry. „Czterdzieści tysięcy” – uśmiechnęła się. Za pomocą cudownego medalika „załatwiała” też swym siostrom klasztory. Jeśli Matce zależało na jakimś miejscu, po cichu błogosławiła medalik, a następnie… wrzucała go tam przez okno. Ten sposób doskonale sprawdził się na przykład w Berlinie Wschodnim. – To było 14 dni po objęciu przeze mnie biskupstwa w Berlinie – opowiadał kiedyś kard. Joachim Meisner. – Matka Teresa powiedziała mi, że chciałaby przysłać siostry do Berlina Wschodniego. Komuniści nigdy dotąd nie pozwolili na sprowadzenie do Berlina jakichkolwiek zakonnic. Matka Teresa powiedziała wtedy, że kiedy potrzebuje jakiegoś domu, to nie pyta o pieniądze, tylko ogląda ten dom, a jeśli jest w nim otwarte okno, wrzuca do środka cudowny medalik i sprawa jest załatwiona. W Berlinie miała być wtedy procesja Bożego Ciała. „To ja w czasie procesji rzucę ten medalik” – powiedziała Matka Teresa. Zupełnie niespodziewanie po dwóch tygodniach dostaliśmy pozwolenie na otworzenie w stolicy NRD klasztoru Misjonarek Miłości.

Kiedy słucha się podobnych opowieści, czy można się dziwić, że ludzie, którzy poznali Matkę Teresę, zawsze uważali ją za świętą… Jej kanonizacja w Roku Miłosierdzia to nie przypadek, ale zrządzenie Bożej Opatrzności.

W artykule zacytowałem moje rozmowy z o. Johnem Gibsonem, franciszkanami ze wspólnoty Reneval z Bronxu, o. Marianem Żelazkiem i fragmenty książki opracowanej przez Briana Kolodiejchuka „Matka Teresa. Wezwani do miłosierdzia”, wydanej przez wydawnictwo ZNAK.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także