Nowy numer 43/2020 Archiwum

Tamerlan musiał odejść

W Uzbekistanie może być
albo demokracja, albo porządek. 
Ja wybieram porządek.

Tak mawiał zmarły niedawno Islam Karimow. Przywódca postsowieckiego kraju, który Moskwie się nie kłaniał. Sam chętnie przyjmował pokłony z Zachodu, który przymykał oczy na „wypaczenia” azjatyckiego satrapy. Ze swoją wizją państwa i rządzenia było mu zdecydowanie bliżej do Putina niż do większości przywódców zachodnich. Niedoścignionym (na szczęście dla sąsiadów) wzorem dla Karimowa był Tamerlan. Ten XIV-wieczny władca mongolski w ciągu ponad 30 lat swoich rządów podbił m.in. Persję, Irak, Indie i Zakaukazie, ba, rozgromił nawet Złotą Ordę. Wizerunki i pomniki Tamerlana, oprócz samego Karimowa, wyznaczały „artystyczno-polityczny” krajobraz Uzbekistanu po upadku ZSRR. A jednak przez długi czas to z Zachodem, a nie z pokrewną ideowo i geograficznie Rosją, Karimow utrzymywał zażyłe relacje. Partnerzy, z racji politycznych interesów, przez długi czas nie wypominali mu zbrodni, represji i innych przejawów łamania praw człowieka, których nie powstydziłby się obalony przez Zachód Saddam Husajn. Islam Karimow miał swoje wytłumaczenie: „Nie czuję się dyktatorem, ale jeśli dyscyplina i porządek są dla was dyktaturą, to i mnie możecie nazywać dyktatorem”. I dodawał: „Demokracja nie polega na wiecowaniu, lecz na tym, że ludzie wiedzą, co im wolno, a czego nie. Nie zawaham się poświęcić życia stu, jeśli zapewni to spokój i bezpieczeństwo milionom”.

Jak mówił, tak działał. Przekonały się o tym nie tylko ofiary masakr, ale nawet aresztowana córka dyktatora, Gulnara (za niepoprawne politycznie wpisy na Twitterze). Uzbekistan za życia Karimowa był krajem sierot po Związku Radzieckim, łudzących się, że układy Karimowa z Ameryką czy Europą wyciągną ich z zapaści cywilizacyjnej. Po śmierci władcy, który nie zdążył stać się Tamerlanem, sieroty są jeszcze bardziej sierotami. Pozostawione same sobie i rzucone na pastwę sprzecznych interesów mocarstw.

Flirt 
z Zachodem

Przy wszystkich podobieństwach Karimow na pewno wyprzedził Putina w betonowaniu reżimowego zamordyzmu. Nawet rosyjscy satyrycy, pozwalając sobie na powtarzanie w skeczach czarnego humoru: chcesz zobaczyć raj – włącz uzbecką telewizję, chcesz zobaczyć piekło – jedź do Uzbekistanu, robili to nie tylko dlatego, że za podobne żarty z Putina pewnie zniknęliby ze sceny, tylko z całkiem słusznego przekonania, że była republika radziecka wyprzedziła dawnego patrona w brutalności. Podczas gdy Putina „wynalazł” i wydobył z niebytu Borys Jelcyn, Islama Karimowa „stworzył” Michaił Gorbaczow pod koniec lat 90. XX wieku, gdy po buncie, a następnie aresztowaniu i skazaniu na śmierć praktycznie wszystkich najważniejszych kacyków z Komunistycznej Partii Uzbeckiej SRR Kreml musiał zainstalować bardziej uległych towarzyszy. Gorbaczow uznał, że na czele uzbeckiej siostrzanej partii sprawdzi się właśnie Karimow. Nie spodziewał się zapewne, nawet wówczas gdy rozpad imperium sowieckiego był już nieunikniony, że wasal tak szybko odwróci się plecami do matiuszki Rasiji. O dziwo, sama matiuszka nie była tak zdeterminowana, by marnotrawną córkę trzymać na siłę w orbicie swoich wpływów, jak w przypadku wielu innych byłych republik. Karimow, przejmując władzę w 1989 roku, jako szef partii, umocował swoją pozycję w 1991 roku, zostając pierwszym prezydentem Uzbekistanu. I, jak dotąd, jedynym.

Jego flirt z Zachodem, przy zerowych postępach w jakiejkolwiek demokratyzacji życia politycznego i gospodarczego, był dla niektórych jedną z najciekawszych zagadek politologicznych. Nie dlatego bynajmniej, że Zachód (szeroko rozumiany) wzdryga się przed współpracą z satrapami. Nic z tych rzeczy, przykładów jest aż nadto. Zagadka polegała jednak na tym, że na terytorium dawnego ZSRR większość dyktatorów czy, łagodniej, przywódców autorytarnych jakoś utrzymała silne więzi z Moskwą. Uzbekistan postawił na Stany Zjednoczone. Ze wzajemnością.

Przymykanie oczu

Punktem szczytowym tego flirtu był 11 września 2001 roku. Wprawdzie uzbecka telewizja publiczna dopiero długo po wszystkich światowych stacjach podała informację o wydarzeniach w Nowym Jorku, to jednak Islam Karimow był jednym z pierwszych przywódców, którzy zaoferowali Amerykanom pomoc w „wojnie z terrorem”. Oferta uzbeckiego dyktatora była konkretna i z serii „nie do odrzucenia”: terytorium państwa zostało udostępnione dla amerykańskich baz wojskowych w celu przerzucania żołnierzy i sprzętu do Afganistanu. Co w zamian? Nowe kredyty dla Uzbekistanu i niemała kwota za wynajem terytorium pod bazy (ok. 25 mln dolarów rocznie). A przede wszystkim nobilitacja dyktatora na zachodnich salonach i budowanie wizerunku kraju niezależnego od Moskwy. Przy systemie politycznym plasującym się gdzieś między Koreą Północną a Rosją. Część zachodnich elit też uległa „urokowi” Karimowa na skutek jego niebywałej metamorfozy: z wierzącego komunisty stał się zagorzałym antykomunistą i pod swoimi rządami przeprowadził tak radykalną dekomunizację, jakiej do dziś nie udało się przeprowadzić w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Problem w tym, że dekomunizacja w Uzbekistanie polegała tylko na wymieceniu dawnych dygnitarzy z niemal wszystkich szczebli urzędniczych, cała reszta – czyli korupcja, centralne planowanie i sterowanie, a przede wszystkim totalitarny charakter władzy – pozostała bez zmian. I w gruncie rzeczy prawie nikt nie śmiał powiedzieć, że „coś” tu nie gra. Głowy państw zachodnich przyjeżdżały do Taszkientu, stolicy Uzbekistanu, Karimow był podejmowany przez samego George’a W. Busha w Białym Domu.

Tylko Brytyjczycy w pewnym momencie zdobyli się na odwagę i nazwali rzeczy po imieniu. A konkretnie zrobił to Craig Murray, ambasador brytyjski w Taszkiencie. W obecności ambasadorów z całego świata (w tym amerykańskiego) i najwyższych urzędników uzbeckiego MSZ powiedział m.in.: „Nie miejmy złudzeń co do rozmiarów wyzwania, jakie przed nami stoi. (...). Uzbekistan nie jest funkcjonującą demokracją i nic nie wskazuje na to, by poruszał się w tym kierunku. Działalność najważniejszych partii politycznych jest zakazana, parlament jest wyłaniany w warunkach dalekich od demokracji, nie istnieje także trójpodział władzy pomiędzy poszczególnymi jej uczestnikami. Jest jeszcze coś gorszego. W kraju jest od 7 do 10 tys. więźniów politycznych bądź religijnych. W wielu przypadkach aresztowanych na podstawie sfałszowanych dowodów bądź wręcz bez nich”. Był rok 2002, sam środek tzw. wojny z terrorem. Wielka Brytania oraz USA ramię w ramię walczyły w Afganistanie, szykując się także do wspólnej inwazji na Irak. Większość zebranych dyplomatów pobladła, kieliszki z szampanem zawisły w powietrzu. Ale życie toczyło się dalej. Nikt nikogo z placówki nie odwołał.

Obraza 
nie trwa długo

Relacje z Zachodem uległy pogorszeniu dopiero po masakrze w 2005 roku, gdy władze uzbeckie krwawo stłumiły społeczne protesty w Andiżanie. Około tysiąca osób zostało zabitych, inne trafiły do więzień, wiele zostało poddanych torturom i prześladowaniu rodzin. Zachód protestował, Stany Zjednoczone również, a Karimow wtedy zaczął zwracać się bardziej w stronę Moskwy i Pekinu. To wzajemne „obrażenie się” z Zachodem nie trwało jednak zbyt długo. Już na początku 2010 roku USA i Uzbekistan zawarły kolejną umowę o współpracy obu państw. Do Uzbekistanu poleciała nawet ówczesna sekretarz stanu USA Hillary Clinton. Strona amerykańska zobowiązała się w ciągu sześciu miesięcy zorganizować szereg paneli poświęconych zwiększaniu atrakcyjności Uzbekistanu dla amerykańskich inwestorów. Krótko potem grupa uzbeckich przedsiębiorców poleciała do USA na tzw. staże. Wzmocniona na nowo współpraca zapewniła Uzbekom m.in. modernizację systemów melioracyjnych oraz rekultywację zdegradowanych terenów. Umowa ożywiła również współpracę naukową, a w Taszkiencie otwarto nawet filię amerykańskiego uniwersytetu. Ponadto Amerykanie otworzyli uzbeckim wojskowym staże w amerykańskich uczelniach wojskowych. Współpraca wojskowa i wywiadowcza stała się zresztą najważniejszą częścią nowego otwarcia w relacji między obu krajami.

Po śmierci Karimowa trwają spory o przyszłość tych relacji i samego Uzbekistanu. Kontrowersje dotyczą też samego dyktatora. Jego obrońcy uważają, że reżim, będąc brutalny dla własnych obywateli, równocześnie skutecznie zdławił opozycję islamskich radykałów, którzy dziś w podziemiu stanowią prawdziwy ładunek wybuchowy. Krytycy powtarzają jednak, że cena, jaką zwykli mieszkańcy Uzbekistanu zapłacili za kontynuowanie po rozpadzie ZSRR wyniszczającej gospodarki, za zniszczenie nie tylko kultury politycznej, ale pozbawienie perspektyw młodego pokolenia, jest niewybaczalnie wysoka wobec jego „zasług”. Kraj sierot po ZSRR jest dzisiaj jeszcze bardziej osierocony. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także