Nowy numer 4/2019 Archiwum

Uczeń potrzebuje mistrza

O cnotach, wychowaniu szlachetnego człowieka i indyku opowiada
 Dariusz Zalewski.

Barbara Gruszka-Zych: W swoich książkach przypomina Pan, że w wychowaniu młodego człowieka najważniejsze jest formowanie jego cnót. To tak jakby pomylił Pan epoki – dość dawno temu dawano męża cnotliwego jako wzór do naśladowania.

Dariusz Zalewski: Ja jednak dziś przypominam o cnotach, które dają człowiekowi dyspozycję do dobrego działania. Taka sprawność staje się z czasem jego drugą naturą. Gdy się ją posiądzie, można coś w życiu osiągnąć.

Jakie cnoty ma Pan na myśli?

Jest ich mnóstwo. Męstwo, odwaga cywilna, cierpliwość, hart ducha, roztropność, wdzięczność, posłuszeństwo, umiarkowanie, pilność, prawdomówność, hojność, łagodność…

Ciekawe, że nie wspomina Pan o tym, że uczeń powinien opanować materiał, na przykład z historii średniowiecza, ale że musi kształtować swój charakter.

Bo jeżeli młody człowiek nie poskromi swoich słabości, to również nie będzie mu się chciało zdobywać wiedzy. Lenistwo, brak pilności, które są jednymi z podstawowych wad, spowodują, że niczego się nie nauczy. Walcząc z nimi, pracuje nad formowaniem cnót. Nauczyciel powinien jednocześnie kształtować charakter ucznia i uczyć go wiedzy.

Mówi Pan, że uczeń musi się uczyć wymagać od siebie, a przez lata słyszeliśmy pochwały wychowania bezstresowego. Skąd się ono wzięło?

Od Jana Jakuba Rousseau, który twierdził, że człowiek jest z natury dobry i właściwie nie należy go poprawiać przez wychowanie. Sam dojdzie do prawdy, dobra i piękna.

To teza dość utopijna.

W praktyce okazuje się, że człowiek sam nie potrafi znaleźć prawdy, ale zawsze mu w tym ktoś pomaga. Tyle że dziś dzieje się to w sposób z pozoru niezauważalny, przez nacierające zewsząd media, internet, reklamy. Wydaje nam się, że pozostajemy wolni, ale przez te napływające informacje jesteśmy nieustannie kształtowani i zniewalani. Myślimy sobie, że mamy poglądy, które są wynikiem naszych przemyśleń, ale tak naprawdę one powstają w wyniku dyskretnej manipulacji mediów, którym dajemy się sterować. Tradycyjne, klasyczne wychowanie postrzega sprawę kształtowania charakteru dzieci odwrotnie, sugerując, że aby odnaleźć prawdę, muszą dostać pomoc z zewnątrz.

Propaguje Pan taki sposób wychowania. Na czym on polega?

Praktykując klasyczne wychowanie, nawiązuję do tradycji, która narodziła się w starożytnej Grecji, do Platona i Arystotelesa. W naszych czasach ten nurt kontynuuje między innymi środowisko, z którego się wywodzę – Instytut Edukacji Narodowej w Lublinie. Jego głównym inspiratorem był przedstawiciel lubelskiej szkoły filozoficznej – ks. prof. Mieczysław Krąpiec. Ta szkoła stworzyła podstawy, które można było przełożyć na konkretną działalność wychowawczą akcentującą formowanie cnót. W ujęciu tradycyjnym zawsze podkreślono konieczność pracy ucznia nad sobą. Niektórzy nauczycie i rodzice boją się, że kiedy zaczną w ten sposób wychowywać dzieci, ucząc je od siebie wymagać, one będą się buntować, gniewać, przejawiać chęć zemsty itd.

Ma Pan dzieci?

Dwóch synów – młodszy chodzi do gimnazjum, a starszy jest licealistą.

Swojemu bestsellerowi, sprzedanemu w nakładzie około 13 tys. egzemplarzy, nadał Pan wymowny tytuł „Wychować człowieka szlachetnego”. Jak Pan wychowuje synów na takich ludzi?

Staram się to robić w sposób, o którym pani opowiadam. Nie mam z nimi jakichś większych problemów, ale nie mogę też powiedzieć, że ich wychowanie przebiega łatwo i bezkonfliktowo. Prawda jest taka, że dzieci przez większość dnia przebywają poza domem i są wychowywane przez inne osoby. Kiedy wracają, często siadają przed komputerem czy telewizorem i znów poddają się oddziaływaniu obcych sił, wdzierających się do domu. Ograniczenie oddziaływania rodzicielskiego wynika z organizacji życia społecznego. To nie jest tak jak dawniej, kiedy dziecko przez większość dnia towarzyszyło rodzicowi i obserwowało, co robi, mogąc go naśladować. Dlatego rodzice i nauczyciele muszą prowadzić nieustanną walkę o dobro dziecka.

Pewnie czytelnicy pytają Pana o konkretne wskazówki, co zrobić w przypadku problemu wychowawczego?

Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział: wychowanie to studium indywidualnego przypadku. Znamy ogólne zasady i cele, ale każda konkretna sytuacja dziecka ma jakieś szczególne uwarunkowania, trudno bez ich poznania dać jednoznaczną receptę. Czasem w danej sytuacji trzeba zrobić dwa kroki do tyłu, żeby potem udały się trzy do przodu.

Kiedy Pan odkrył, że wychowanie klasyczne to najlepszy sposób wychowywania?

Jestem z wykształcenia pedagogiem, ale staram się praktykować i upowszechniać katolicką etykę wychowawczą, jak ją nazywał mój mistrz – o. Jacek Woroniecki. W pewnym momencie studiów zrozumiałem, że takie podejście nie jest obecne w polskiej myśli pedagogicznej. Nawiązuje ona głównie do psychologii, biologii, ale brak jej odniesień do etyki.

Pierwotnie było inaczej?

Wcześniej to filozofia, teologia i etyka wskazywały cele wychowania. Chodziło przede wszystkim o poznanie prawdy, która w sensie teologicznym zawsze była związana z Bogiem. W wychowaniu akcentowano konieczność dążenia do obiektywnego dobra i umiejętność zapanowania nad sobą.

Dziś od przypominania o tym są lekcje religii.

Ojciec Jacek Woroniecki podkreślał, że wiedza religijna powinna być fundamentem nauczania dzieci katolickich. Mówiąc to, nie mam na myśli katechezy na poziomie pierwszokomunijnym, ale myślę o takiej, która zmienia się i poszerza wraz z rozwojem dzieci. Na jej podstawie młody człowiek powinien szukać odpowiedzi na trudne pytania, które stawia mu świat. Dobrze by było, żeby elementy wiedzy religijnej były obecne na innych lekcjach oprócz religii. W praktyce państwa tzw. neutralnego światopoglądowo, w jakim żyjemy, jest to jednak mocno ograniczone.

Zwykle starsi mówią, że młodzież kiedyś była lepsza. To prawda?

Ostatnio czytałem „Pamiętnik podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma z drugiej połowy XIX w. Czasem aż trudno było mi uwierzyć, że uczniowie w tamtych czasach pozwalali sobie na tyle.

Na przykład?

W małomiasteczkowej szkole potrafili wymyślać na lekcji nauczycielowi. Jeden z uczniów dowiedział się, że w ramach łapówki belfer przyjął indyka od jakiegoś rodzica, a potem mimo to nie poprawił jego synowi oceny. Uczniowie chórem żądali, by oddał tego nieszczęsnego indyka. Zachowanie nauczyciela było naganne, ale jeśli ktoś sobie wyobrażał, że 150 lat temu dzieci siedziały na lekcjach cicho, to jego przekonanie musi ulec korekcie. Jednak skala i natężenie tamtego „wchodzenia nauczycielowi na głowę” jest nieporównywalna z tym, co dzieje się w dzisiejszych czasach.

Odpór takim zachowaniom musi stawiać nauczyciel. Dobrze by było, żeby był też dla ucznia mistrzem.

Nauczyciel nie ma innego wyjścia – musi nim być. Mistrz, w klasycznym ujęciu, to był ktoś, kto znał prawdę, i tym pociągał za sobą innych. Mistrz – nauczyciel to nie tylko osoba, która posiada pewną wiedzę, ale również na poziomie moralnym zachowuje się zgodnie z głoszonymi ideałami.

Wielu nauczycieli, częściej nauczycielek, bo to zawód sfeminizowany, traktuje swoją pracę jak każdą inną.

To bardzo istotna kwestia. Jestem przekonany, że zawód nauczyciela jest wyjątkowy, to powołanie. Ten, kto się nim zajmuje, pełni też misję społeczną, dlatego nie może mu chodzić wyłącznie o zarabianie pieniędzy. To nauczyciel, przekazując uczniom trwałe wartości, które mają owocować w ich dorosłym życiu, wpływa poniekąd na kształt Polski. Bo edukacja młodzieży w dużym stopniu decyduje o tym, czy będziemy dalej trwać jako państwo i naród.

Do tego trzeba dobrych wychowawców, a zdarza się, że uczniowie wkładają nauczycielowi kosz na głowę i nie ma wobec nich restrykcji.

Na szczęście nie każdemu go wkładają. Niestety, nie wszyscy nauczyciele mają odpowiednią siłę psychiczną. Pracując w szkole, łatwo można zauważyć, że uczniowie błyskawicznie spostrzegają, na co mogą sobie z danym nauczycielem pozwolić. Wyczuwają nawet jego nastrój w danym dniu. Kiedy zauważą, że jest rozluźniony, pozwalają sobie na więcej. Gdy widzą, że dzisiaj „z panią nie ma żartów”, siedzą cicho i uważają. Jeśli będziemy w sposób nieugięty stali na swoim stanowisku, wymagając czegoś, to dziecko przyzwyczai się do naszej linii działania i będziemy mogli dojść do konkretnych rezultatów.

Jak można karać dziecko?

Nauczyciel może mu postawić złą ocenę albo dać naganę. W domu rodzice mogą odciąć go od komputera, komórki, bo to kary najbardziej dotkliwe. Takie sposoby na część młodzieży podziałają, ale na tę, która miała na przykład konflikt z prawem, niekoniecznie.

Czy przeciętny nauczyciel może się sam wychować na mistrza?

Kiedy ktoś jest przeciętny, to trudno mu będzie osiągnąć spektakularne efekty. Jeżeli chce się coś osiągnąć w tym zawodzie, to trzeba obudzić w sobie pasję działania. Mój kolega, nauczyciel historii, tak prowadził lekcje, że klasa, która go słuchała z otwartymi ustami, nie wychodziła na przerwę. On mówił z takim zaangażowaniem, że nie dało się pozostać obojętnym. Nauczyciele muszą nieustannie wskrzeszać w sobie tę pasję i przekazywać ją uczniom. To wiąże się z pewnym codziennym heroizmem, wymaga ciężkiej pracy, ale jestem przekonany, że to możliwe. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji