Nowy numer 40/2020 Archiwum

Zadośćuczynienie

Pokuta po spowiedzi powinna być iskrą, która daje początek lepszemu życiu. Zadośćuczynienie to naprawienie krzywdy wyrządzonej grzechem. Nie jest ona tylko naszym działaniem. W najgłębszym sensie naszym zadośćuczynieniem jest Chrystus. 


Jak zadośćuczynić Bogu?


Grzech jest niesprawiedliwością wyrządzoną samemu Bogu. W każdym grzechu jest coś z tego, że marnotrawię dar otrzymany od Boga, odwracam się od Niego, depczę Jego miłość. Jak można Mu to wynagrodzić? W przypowieści o nielitościwym dłużniku jej bohater był winien panu 10 tys. talentów. To jest suma niewyobrażalnie duża. Jeden talent to miara ok. 40 kg srebra (1 talent = 6000 denarów). Bibliści wyliczyli, że roczny dochód Heroda wynosił ok. 900 talentów. Nikt nie był w stanie oddać takiej sumy. To znaczy, że nie potrafimy zadośćuczynić Bogu na zasadzie sprawiedliwości. Za nasz grzech zapłacił na krzyżu Jezus Chrystus. On wziął na siebie nasze długi, czyli wszelką karę za grzechy, wszelkie jego konsekwencje. Krzyż jest spotkaniem sprawiedliwości i miłosierdzia. Spojrzenie na krzyż Chrystusa uświadamia nam, jak cenna jest krew przelana dla naszego zbawienia. Wielkość Bożego miłosierdzia nie może nas prowadzić do postawy nieprzejmowania się grzechem. W przypowieści dłużnik okazuje się człowiekiem bez serca. Nie potrafił darować bliźniemu 100 denarów, czyli mikroskopijnego długu. Ogromna dobroć pana nie skłoniła go nawet do małego gestu dobroci, przebaczenia. To, czego nie zrobił nielitościwy dłużnik, można uznać za symbol niezbędnej pokuty. Innymi słowy, w naszą świętość Bóg inwestuje 10 tys. talentów, my zaledwie 100 denarów. Ale ten nasz udział jest niezbędny. 
Tu nie chodzi o logikę czystej sprawiedliwości. Tu chodzi o miłość. Mój grzech zostaje przebaczony mocą miłości Jezusa, mocą Jego krwi przelanej na krzyżu. Ja sam z siebie nie jestem w stanie dodać do tej miłości – ze swego wiele – prawie nic. Ale Boże przebaczenie zawiera w sobie wezwanie: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36), „Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34). O tym mówi słynne zdanie św. Augustyna – „Kochaj i rób, co chcesz”. Grozi nam jednak niebezpieczeństwo, przed którym ostrzega Adrienne von Speyr. Zwraca uwagę, że sakrament pokuty „nie może w nas rodzić zobojętnienia na grzech, w następstwie którego »kochaj i rób, co chcesz«, stosowalibyśmy w opacznym, przewrotnym sensie, dla siebie zachowując »rób, co chcesz«, a Bogu pozostawiając »kochaj«. Temu Bogu, który będzie nam ciągle przebaczał, niezależnie od jakości naszego postępowania. Spowiedź stanowi pewne zobowiązanie, mające odniesienie do Krzyża. Ponieważ od Krzyża wyszła, do niego też prowadzi. Dlatego domaga się w nas i wytwarza postawę zmierzającą do coraz większego upodobnienia się do Pana”. 
Katechizm zwraca uwagę, że nasze wysiłki pokutne zawsze są zasilane Bożą miłością, na którą człowiek się otwiera. Jak mówimy, człowiek współpracuje z łaską. „Zadośćuczynienie, które spłacamy za nasze grzechy, nie jest do tego stopnia »nasze«, by nie było dokonane dzięki Jezusowi Chrystusowi. Sami z siebie nic bowiem nie możemy uczynić, ale »wszystko możemy w Tym, który nas umacnia« (Flp 4,13). W ten sposób człowiek niczego nie ma, z czego mógłby się chlubić, lecz cała nasza »chluba« jest w Chrystusie... w którym czynimy zadośćuczynienie, »wydając owoce godne nawrócenia« (Łk 3,8), mające moc z Niego, przez Niego ofiarowane Ojcu i dzięki Niemu przyjęte przez Ojca” (KKK 1460). 
Ale konkretnie to co i jak?
Ostatni warunek dobrej spowiedzi obejmuje dwa elementy. Pierwszy to czyn, a częściej modlitwa, do której zobowiązuje spowiednik. Drugi to czyn lub modlitwa pokutna, które podejmuje z własnej inicjatywy penitent. Księża (sam uderzam się w piersi) nie zawsze „trafią” z pokutą. Spowiednicy traktują pokutę schematycznie. Co, dodajmy gwoli sprawiedliwości, bywa reakcją na „formułkową” spowiedź. Penitent dla swojego dobra i chwały Bożej powinien zadać sobie trud uzupełnienia pokuty zadanej przez spowiednika, zwłaszcza jeśli czuje, że ta ze spowiedzi jest za mała. Owszem, może zdarzyć się, że pokuta jest za ciężka, choć mam wrażenie, że dziś to niezmiernie rzadkie sytuacje. 
Katechizm Kościoła podpowiada, że „pokuta powinna uwzględniać sytuację osobistą penitenta i mieć na celu jego duchowe dobro. O ile to możliwe, powinna odpowiadać ciężarowi i naturze popełnionych grzechów. Może nią być modlitwa, jakaś ofiara, dzieło miłosierdzia, służba bliźniemu, dobrowolne wyrzeczenie, cierpienie, a zwłaszcza cierpliwa akceptacja krzyża, który musimy dźwigać”. Pokuta nie musi być odprawiona natychmiast po spowiedzi. Można iść do Komunii przed jej odprawieniem, ale na pewno nie należy z nią zwlekać. Bo może się okazać, że odprawiamy ją na szybko dopiero przed następną spowiedzią. A to byłoby bez sensu. 
Pokuta po spowiedzi jest
sprawdzianem, na ile szczere było nasze postanowienie poprawy. To jest przejście od sakramentu spowiedzi (nawrócenia) do życia. Ważne są konkrety i wierność podjętej drodze. Święty Rafał Kalinowski, karmelita, nie bał się nadużywającym alkoholu zadawać za pokutę abstynencję, np. na rok. Ksiądz Stolarczyk w Zakopanem za pokutę kazał nosić chłopom kamienie na budowę kościoła. Z kolei proboszcz w Łącku, któremu często kradli jabłka z sadu, za pokutę zadawał zasadzenie jabłonki. Nie obok plebanii, ale w swoim ogrodzie. Dziś Łącko słynie z sadów i odbywa się tam święto kwitnącej jabłoni. Duch pokuty dziś ulotnił się ze świata i z Kościoła. A przecież życie chrześcijanina w gruncie rzeczy pozostaje ciągłą pokutą i duchową walką. Gdybyśmy o tym pamiętali, na ziemi byłoby więcej sadów i ogrodów, mniej pustyń i ugorów.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama