GN 48/2020 Archiwum

Szczera spowiedź


W wielkopostnym poradniku dla grzesznika dotarliśmy do czwartego kroku – wyznania grzechów. Dla wielu to moment najtrudniejszy. Ale – jak powiada św. Augustyn – „początkiem dobrych czynów jest wyznanie 
czynów złych”. 



Słów kilka o szczerości. Wyznanie grzechów w konfesjonale jest owocem rachunku sumienia, żalu za grzechy i postanowienia poprawy. To właściwie zaniesienie owoców wykonanego już duchowego wysiłku i oddanie Jezusowi za pośrednictwem spowiednika. Pan Bóg nie jest księgowym i nie oczekuje od nas „księgowego” bilansu zysków i strat. Z drugiej strony jeśli wpadamy w powierzchowność, w ogólnikowość stylu „zgrzeszyłem przeciwko przykazaniu numer…”, wtedy sami sobie wyrządzamy szkodę, bo marnujemy łaskę spowiedzi. Grzechy ciężkie wymagają podania istotnych okoliczności ich popełnienia oraz liczby. Dlaczego? Bo na przykład jednorazowa zdrada małżeńska po jakiejś zakrapianej imprezie jest czymś innym niż stały związek z kochanką, jednorazowa „głupia” kradzież batonika ze sklepu jest czymś innym niż regularne okradanie firmy, brzydkie odezwanie się do kogoś w jednorazowym wybuchu złości jest czymś innym niż ciągłe słowne poniżanie kogoś, jednorazowe opuszczenie niedzielnej Mszy św. ma inną wagę niż niechodzenie do kościoła od roku itd. Jeśli spowiednik czasem postawi jakieś pytanie, nie czyni tego z powodu wścibstwa czy niezdrowej ciekawości, ale po to, by pomóc
penitentowi osądzić siebie, by pomóc mu wejść w światło prawdy. Chodzi bowiem nie tylko o uzyskanie przebaczenia, ale o nawrócenie. A żeby się nawrócić, trzeba widzieć ostro swój grzech, jego okoliczności, zapętlenia, korzenie itd. Ponadto spowiednik musi uzyskać pewność, że penitent jest odpowiednio dysponowany do rozgrzeszenia. Jeśli ma jakiekolwiek wątpliwości, czy może udzielić rozgrzeszenia, powinien je rozwiać. Oczywiście obowiązkiem spowiednika są zawsze taktowność, roztropność i nade wszystko szukanie duchowego dobra spowiadającego się. 
Przed wyznaniem grzechów warto w konfesjonale powiedzieć na początku parę słów o sobie. Wiek, stan, ewentualnie zawód. To pomaga spowiednikowi, który słysząc szept, a często zupełnie nie widząc penitenta, nie potrafi czasem ocenić dobrze nawet jego wieku. Najlepiej wyznawać grzechy wedle tego samego schematu, jakiego trzymamy się podczas rachunku sumienia. Ale nie ma tutaj reguły. Warto też zaznaczyć, co w naszym odczuciu najbardziej nam ciąży, co nas boli, jakiej rady oczekujemy. To pomoże spowiednikowi dobrać właściwe pouczenie. 


Choćby dusza jak trup… 


Najważniejsze jest to, żeby niczego, co istotne, a co wyrzuca nam sumienie, nie zatajać przed spowiednikiem. Nie owijać w bawełnę, mówić prosto z mostu. Jak u lekarza. „Jeśli bowiem chory wstydzi się odkryć ranę lekarzowi, sztuka lekarska tego nie uleczy, czego nie rozpozna” (św. Hieronim). Osobom, które spowiadają się regularnie i zasadniczo tylko z grzechów powszednich, może grozić pokusa wdawania się w nadmierne szczegóły, silenia się na oryginalność. Na to także warto uważać.
Jeśli już po odejściu od konfesjonału czy nawet w trakcie rozgrzeszenia człowiek uświadomi sobie, że zapomniał czegoś wyznać, nie trzeba prosić o „poprawkę”. Akt absolucji obejmuje wszystkie grzechy. Także te, o których zapomnieliśmy, a nawet ich nie dostrzegamy. Ważne jest, aby w momencie spowiedzi być prawdziwym, mieć dobrą wolę. Jeśli pozostaną w nas wątpliwości, to przy następnej spowiedzi można wyznać ten zapomniany grzech. 
Zdarza się, że spowiednik zachowa się w taki sposób, że penitent poczuje się obrażony. Zabraknie wrażliwości, puszczą nerwy, pojawi się podniesiony głos. Zranienie w konfesjonale długo zostaje w pamięci, bo w chwili spowiedzi jesteśmy w stanie podwyższonej wrażliwości i bezbronności. Na pewno księża muszą bardzo uważać, by do takich sytuacji nie dochodziło. Z drugiej strony mój akt wiary, którym uznaję konieczność pośrednictwa kapłana, nie zamienia automatycznie spowiednika w anioła czy św. Jana Vianneya. To jest nadal człowiek, grzesznik, gliniane, kruche naczynie z Bożym miłosierdziem, z określonym (czytaj ograniczonym) doświadczeniem, inteligencją, wrażliwością. Dobrze, że papież Franciszek stawia wysokie wymagania spowiednikom i ciągle ich napomina, by pamiętali, że mają być sługami miłosierdzia Bożego. Ale to napomnienie trzeba uzupełnić także pokorną prośbą do penitentów – nie oczekujmy, by spowiadali nas tylko wybitni spowiednicy, umiejmy przyjąć także posługę przeciętnych. Nie obrażajmy się na Boga, jeśli skrzywdzi mnie Jego słaby reprezentant. Tu nie chodzi o usprawiedliwianie błędów spowiedników. Chodzi o wiarę w to, że Bóg działa mimo ludzkiej słabości, a często wręcz posługując się ludzką słabością. Chodzi o to, że nie wycofuję mojej wiary w Kościół, gdy będzie ona wypróbowana jakimś zgorszeniem czy bólem w konfesjonale.
„Trybunał miłosierdzia” – tak nazywa Jezus spowiedź w rozmowie ze św. Faustyną. Mówi: „…tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni”.


W tekście strawestowałem wiersz ks. Jerzego Szymika „Ostatnia wieczerza”

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama