Nowy numer 2/2021 Archiwum

Esencja Męki Pańskiej

O mocy przemieniania życia zawartej w pieśniach pasyjnych oraz o albumie „Stabat Mater Dolorosa” z Witoldem Janiakiem rozmawia Maciej Kalbarczyk

Maciej Kalbarczyk: Skąd pomysł na jazzowe aranżacje pieśni pasyjnych?

Witold Janiak: Spiritus movens przedsięwzięcia jest znajomy salezjanin, ks. Marian Chalecki. Parę lat temu grałem koncert kolęd w parafii św. Teresy w Łodzi. Po koncercie ks. Marian powiedział, że dobrze byłoby przymierzyć się także do pieśni pasyjnych. W jego mniemaniu najlepszy byłby w tej roli głos męski. Znałem już wtedy Adama Rymarza, więc nie zastanawiałem się długo, kto powinien to zaśpiewać. W 2013 r. zagraliśmy pierwszy koncert, który został zarejestrowany – można go zobaczyć na portalu YouTube. Pamiętam, jak przed wejściem na scenę obaj nerwowo przeglądaliśmy nuty. Do końca nie było wiadomo, co się wydarzy… Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu wypadł bardzo dobrze. Podczas następnych wykonań zauważyliśmy, że przekaz, który zawierają pieśni pasyjne, jest na tyle silny, że nie było już konieczności „interpretowania”. Tam po prostu wszystko jest jasne. Przez kolejne trzy lata graliśmy ten materiał w okresie Wielkiego Postu. Pozytywne reakcje słuchaczy utwierdziły nas w przekonaniu, że warto nagrać płytę.

Dlaczego na tytuł albumu wybraliście słowa „Stabat Mater Dolorosa”?

„Stabat Mater” Pergolesiego to centralny utwór na płycie. Ma dość prostą i jednocześnie zaskakującą aranżację. Jest oparty na powtarzającym się dźwięku, który brzmi jak uporczywy, lecz pełen cierpliwości i wyrozumiałości głos Maryi, przypominający o konieczności zmian w naszym życiu. Każde powtórzenie tego dźwięku jest ponagleniem do podjęcia refleksji nad sobą. Słowa „Stabat Mater Dolorosa” są klamrą spinającą przesłanie tej płyty.

Wielu muzyków chętniej sięga po radosne, bożonarodzeniowe pieśni. Wy zrobiliście coś o wiele mniej oczywistego.

Narodziny nowego człowieka to sytuacja, która w każdej okoliczności jest wielką radością. Sam mam dwoje dzieci. Przy ich narodzinach towarzyszyło mi wrażenie czegoś niezwykłego: nie było ich i nagle są – to cud i wielka radość. W przypadku kolęd ta radość w jakimś stopniu przesłania znaczenie i wielkość Tego, który tak naprawdę się urodził. Kolędy często śpiewają ludzie nieobchodzący świąt Bożego Narodzenia i niezastanawiający się nad tym, z czego tak naprawdę się cieszą. Odbierają kolędy jako tradycyjny element „zimowych świąt” – „wszyscy się cieszą, więc nie bądźmy gorsi, ale nie wchodźmy w to głębiej, żeby nie dojść przypadkiem do niezręcznych wniosków”. Śmierć natomiast to temat medialnie niepopularny. Każdy z nas zetknął się z nią w jakimś sensie i wie, jakim jest traumatycznym przeżyciem. Trudno ją udźwignąć, nie będąc wierzącym. A tu mamy do czynienia z sytuacją, w której nasz Bóg, aby udowodnić nam swoją miłość, przyodział się w nasze „podłe szaty” – ludzkie ciało – a potem cierpiał i umarł. To jest tak niewiarygodne, że trudne do opisania słowami.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama