Nowy numer 42/2020 Archiwum

Spowiedź niepokorna

Bronisław Wildstein właśnie przekroczył wiek, w którym zmarł jego ojciec. I uznał, że to jest czas właściwy, by podsumować swoje życie.

Nie bez znaczenia zapewne była diagnoza lekarzy, jaką sam usłyszał. „Śmierć zadomowiła się w mojej krwi. Nikt nie wie, kiedy obudzi się na dobre” – pisze na pierwszych stronach „Cieni moich czasów”, swojej najnowszej książki. Nie jest to klasyczna autobiografia, raczej esej, czyli próba, forma nieokreślona, na pewno bardzo osobista. Wildstein wraca do swego dzieciństwa, choć nie są to wspomnienia miłe.

O rodzicach pisze szczerze do bólu. O tym, że bardzo brakowało mu ojca, którego stracił w wieku 16 lat, i o tym, jak źródłem wielu cierpień stała się choroba jego matki. Nie jest to jednak tak modny dziś w literaturze ekshibicjonizm. „Odważną szczerość niełatwo dzisiaj spotkać, prowadzi bowiem do bezkompromisowego zmierzenia się z prawdą o sobie oraz rezygnacji z cwaniackich kantów i chytrych uników” – zauważa w kontekście tej książki Jan Polkowski, przyjaciel autora z czasów studenckich. Wildstein nie stosuje uników ani wobec siebie, ani wobec ludzi, których spotykał na różnych etapach życia.

Bez taryfy ulgowej pisze o cieniach młodości, złych życiowych wyborach, fałszywych fascynacjach. „Na własnej skórze testowałem błędy i głupstwa swojego wieku” – przyznaje. Odważnie i szczerze relacjonuje trudne dochodzenie do postawy konserwatywnej, poszukiwanie w świecie ładu, drogi, która doprowadziła go do Boga.

Próbuję się modlić

Długo to trwało i trudno proces ów uznać za zakończony. „Moja wiara nie jest odpowiedzią, ucieczką od problemów. Nie, ona jest problemem, a w każdym razie źródłem pytań i dylematów, z którymi się borykam. Od kiedy? Od bardzo dawna, od zawsze niemal. Próbuję się modlić, chodzę do kościoła. Jak mi idzie, tak idzie...” – mówił przed rokiem w wywiadzie udzielonym Robertowi Mazurkowi.

W „Cieniach moich czasów” pisze o tym borykaniu więcej, sięga głębiej i dalej. Matka pisarza pochodziła z chłopskiej katolickiej rodziny („to oni mnie ochrzcili, gdy miałem 10 lat”), ojciec, choć pochodził z religijnej żydowskiej rodziny, sam był ateistą. We wspomnieniach Wildsteina pozostała babcia, która rozpłakała się, gdy zobaczyła ojca smażącego jajecznicę na boczku. Dzieciństwo spędził w Przemyślu, młodość w Krakowie.

Burzliwą, buntowniczą jak jego natura. Zaliczył trzy szkoły średnie, bo z dwóch go wyrzucano. Po śmierci ojca omal nie trafił do poprawczaka („proces wytoczono mi o poturbowanie ormowca”), skończyło się na kuratorze sądowym. Zdał na polonistykę, gdzie jego bunt wobec systemu po raz pierwszy przybrał formę zorganizowaną w postaci Studenckiego Komitetu Solidarności, założonego po zamordowaniu Stanisława Pyjasa.

Pamięta z tych czasów niesamowite wrażenie, jakie zrobiło na nim publiczne śpiewanie przez przyjaciół z duszpasterstwa akademickiego Pieśni Konfederatów Barskich. Jak opisuje dziś tamto przeżycie, które wywoływały słowa: „Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi/ Bo u Chrystusa my na ordynansach/ Słudzy Maryi!”. „Religia, która zgodnie ze współczesnymi przesądami była dla mnie wcześniej dziedziną zniewolenia, odsłaniała się tu jako królestwo wolności. Ale broniłem się przed tym”.

Nie jestem w stanie tak uwierzyć

Nie odstępowało go też w tamtych czasach (i pogłębiało się później) niezwykłe przeczucie, że Ktoś jednak czuwa nad losem jego bliskich, interweniuje w beznadziejnych sytuacjach. „Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobna opieka obejmuje również mnie, z czego wynikałoby, że jesteśmy wpisani w niedostępne naszemu rozumieniu struktury sensów, może Boskie plany”. Religijność Wildsteina nie brała się jedynie z tego typu intuicji. Jego droga do Boga wiedzie przez kulturę, która nadbudowuje się nad religią i tylko w jej perspektywie potrafi się rozwijać. „Nie wierzę, że nowoczesna, areligijna, a właściwie antyreligijna kultura potrafi tworzyć.

Czerpie soki z niszczenia, a po dokonaniu tego aktu obumiera, roztapia się w czymś, co nazywamy masową kulturą, a co jest wyłącznie degeneracją rozrywki” – pisze. Książka pełna jest odniesień do filozofii i literatury, do lektur, które zmieniły jego światopogląd. A jednocześnie widać w tym, co Wildstein pisze, fascynację zwykłą, codzienną wiarą prostaczków. „Nie jest dla mnie żadnym problemem wykpiwana przez intelektualistów ludowa religijność. Ona mi się wręcz bardzo podoba, śmieszy mnie raczej ta religijność przeintelektualizowana” – zauważa. I dodaje: „Moją ułomnością jest, że nie jestem w stanie tak uwierzyć”.

Bardzo krytyczny pozostaje wobec katolicyzmu otwartego, promowanego przez środowisko, z którym łączyły go przez lata liczne przyjaźnie. „To oni wydrążają wiarę z jej zasadniczej zawartości. Od tego tylko krok do sytuacji, w której religia staje się nic nieznaczącym ornamentem. Zresztą to już się stało. Czym się dziś różni „Znak” czy „Tygodnik Powszechny” od „Krytyki Politycznej”? – pyta Wildstein.

Konserwatyzm rodzony w bólach

Nie kryje, że sam był w pierwszych latach III RP zwolennikiem roztopienia się Polski w europejskiej wspólnocie. „Apelowałem, by dążyć do zachodniej normalności, porzucić rojenia o narodowej specyfice i naszym wkładzie w europejską kulturę. Wzywałem do modernizacji imitacyjnej” – przyznaje. Jego konserwatyzm rodził się w bólach i był efektem trawienia własnych pomyłek. Niemal dekadę zajęło mu odkrycie, że traktowane jako własne wewnętrzne przeświadczenia to jedynie szaleństwa naszej epoki. Dziś patrzy na to zgoła inaczej: „Śmieszne są uzurpacje nowoczesności, która mami swoich mieszkańców poczuciem wyższości nad minionymi wiarami i przesądami. Byle dureń czuje się nieskończenie mądrzejszy od legionu filozofów i kapłanów”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama