Nowy numer 43/2020 Archiwum

Refleksja listopadowa

Dbamy o godny pochówek naszych bliskich, bo tego domaga się nasze człowieczeństwo.

Groby są ważne. Tak powiedział 1 listopada syn oficera lwowskiego okręgu AK, zamordowanego strzałem w tył głowy w więzieniu UB na Rakowieckiej w Warszawie w 1950 roku. Syn stał w tym roku pierwszy raz nad grobem ojca. Odzyskał ten grób na warszawskiej powązkowskiej „Łączce” dzięki pracy zespołu prof. Krzysztofa Szwagrzyka, poszukującego doczesnych szczątków ofiar komunistycznych zbrodni. Pierwszy raz, po 65 latach, syn mógł pomodlić się nad grobem ojca. I to było i jest ważne. Dbamy o godny pochówek naszych bliskich, bo tego domaga się nasze człowieczeństwo. Czasem staje on, ów obowiązek, w poprzek wspólnoty politycznej, złej, skierowanej przeciw ludziom wspólnoty zbrodni. Opisał tę sytuację Sofokles w „Antygonie”. Tytułowa bohaterka pragnie pogrzebać swojego brata. Sprawujący władzę Kreon, jej wuj, nie chce na to pozwolić. Brat Antygony był dla niego buntownikiem. Zginął i powinien zostać na zawsze zapomniany, bez pogrzebu, bez pochówku. W imię porządku. Lud ma zapomnieć o ofiarach i cieszyć się: „Niechaj na przedzie skoczny Bachus korowody wiedzie” – woła chór. Kto pamięta o grobach, ten nie umie się bawić, ten ponurak, ten nienowoczesny, ten przeszkadza w budowaniu nowego, bezpiecznego porządku – tego porządku, który „wybiera przyszłość”. Słyszeliśmy to tyle razy w historii świata. Ostatni raz w naszej historii – po 10 kwietnia 2010 roku. Myślałem o tym, kiedy 1 listopada tego roku spotykaliśmy się w gronie krakowskiego Akadamickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przy grobie pary prezydenckiej na Wawelu. Pani Marta Kaczyńska mogła pomodlić się przy sarkofagu rodziców. Był z nami prezydent Andrzej Duda – mógł także podziękować przy tym grobie swojemu politycznemu nauczycielowi, dać wyraz wdzięcznej pamięci. Bo spotykamy się przy grobach naszych zmarłych bliskich, a także przy grobach naszych bohaterów – właśnie z poczucia wdzięczności. Coś im zawdzięczamy: życie, kulturę, wychowanie, obronę przed zagrożeniem, ich za nas i dla nas poświęcenie. Chociaż przez godny pochówek chcemy tę wdzięczność wyrazić. Pomyślałem o członkach rodziny śp. Anny Walentynowicz, którzy wciąż, po dwóch już pogrzebach największej bohaterki „Solidarności”, nie wiedzą, gdzie jest pochowana ich matka i babcia. Próbują spełnić swój obowiązek, obowiązek Antygony, i wciąż spotyka ich za to szyderstwo, także ze strony własnego państwa. Przeszkadzają tym, którzy chcą się bawić, chcą się uwolnić od obowiązku wdzięczności i pamięci. Ale się nie da. Tak naszym kosztem, kosztem polskiej wspólnoty politycznej, próbuje się bawić Kreon sąsiedniego mocarstwa. Usłyszeliśmy tuż przed naszym Świętem Zmarłych komunikat wygłoszony ustami rzeczniczki MSZ Federacji Rosyjskiej: nie oddamy wam wraku samolotu prezydenckiego, choć już ponad pięć lat minęło od „wypadku” – nie oddamy, bo to dowód w śledztwie, naszym śledztwie, a nie wasza „relikwia ani suwenir” (to cytat dosłowny). Dwa dni po tym komunikacie przyszła straszna, tragiczna wiadomość z półwyspu Synaj: rozbił się tam rosyjski samolot pasażerski, zginęło ponad dwieście osób. Pamiętam sprzed kilku lat, jak wspinałem się na górę Synaj spod klasztoru świętej Katarzyny, otoczony przez grupy prawosławnych pątników z Rosji. Część z tych, którzy zginęli, może szła właśnie na świętą górę Synaj – i już doszła. Inni może pojechali tylko zażyć ciepłych kąpieli w Szarm el-Szejk. Wszyscy zasługują na modlitwę, ich bliscy – na serdeczne współczucie, na godny pochówek swoich drogich zmarłych i – na prawdę o okolicznościach ich śmierci. Czy MSZ w Moskwie uzna teraz, że Egipt będzie mógł przez ponad pięć lat trzymać szczątki rosyjskiego samolotu, bo to przecież nie jest „ani relikwia, ani suwenir”? Przypomniałem sobie to wszystko przed grobem polskiej pary prezydenckiej. I poszedłem wyżej, do katedry wawelskiej, pomodlić się przy sarkofagu Władysława Łokietka – odnowiciela Królestwa Polskiego. Myślałem o słowach, jakie wypowiedział nad tym grobem w roku 1655 ksiądz kanonik Szymon Starowolski, kiedy oprowadzał po katedrze zdobywcę Krakowa, szwedzkiego króla Karola Gustawa. Przy trumnie Łokietka, który trzy razy wypędzany z Polski, trzy razy odbudowywał jej wspólnotę polityczną, zdobywca chciał usłyszeć, że Rzeczpospolita już nie powstanie, że da się raz na zawsze upokorzyć, „uspokoić”. Usłyszał wtedy od gospodarza katedry: „Deus mirabilis, fortuna variabilis” (Bóg czyni cuda, a los jest zmienny). Jakie te cuda będą – tego nigdy nie wiemy. Ale pycha tych, którzy myślą, że są zdolni wyjść z koła fortuny triumfalnie, szydząc z innych – „nieudaczników” – taka pycha jest zawsze ukarana. Bo groby nie są tylko dla „nieudaczników”, są dla nas wszystkich, dla ludzi. W końcu stajemy nad grobem. Stanie nad nim szyderca Krakowskiego Przedmieścia sprzed pięciu lat i stanie Kreon z Moskwy, stanę ja. I każdy z nas musi się w jakimś momencie zastanowić nad tym, co ze swoim życiem zrobił. Moment spędzony przy grobach naszych bliskich pozwala nam wyjść właśnie z koła fortuny, naszych codziennych ambicji, zabiegów, rywalizacji – i zadumać się nad tym, co trwałe. Groby pomagają nam zrozumieć znaczenie naszego życia. Są, mogą być – jeśli dobrze umiemy je wykorzystać – drogowskazem. Rozmawiamy przy nich z naszymi bliskimi i pytamy ich: jak nas oceniacie, czy coś możemy zrobić lepiej od Was, w czym Was zawiedliśmy, czy nie zgubiliśmy się w naszej drodze? Rozmawiamy w obecności Boga – to znaczy: modlimy się do Niego w ich intencji, albo prosimy ich o wstawiennictwo za nas – u Niego. Groby pomagają nam tę rozmowę nawiązać. Nie są do niej konieczne – ale pomagają. Dlatego tak dużo ludzi wciąż przychodzi na cmentarz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama