Nowy numer 44/2020 Archiwum

Zdążyć przed wizytą papieża

Porwany przed rokiem ks. Mateusz Dziedzic wrócił właśnie do Republiki Środkowoafrykańskiej. Sytuacja w kraju targanym wojną jest dużo trudniejsza niż w czasie jego niewoli. Wkrótce zranione serce Afryki odwiedzi też papież Franciszek.

Wracam do Afryki w czasie, który w niewoli odpowiadał końcowi mego buntu z powodu uwięzienia i powiedzeniu Bogu świadomie: bądź wola Twoja i daj mi siły tę wolę wypełniać. Te słowa powtarzam i teraz – mówi ks. Mateusz nad walizkami gotowymi do podróży. Ograniczenia linii lotniczych sprawiają, że każdy gram bagażu jest skrzętnie przemyślany. – Zapakowałem „Dzienniczek” siostry Faustyny i obrazki z Koronką do Miłosierdzia Bożego w lokalnym języku sango – wylicza. „Jezu, ufam Tobie” – to była ostatnia modlitwa, którą odmówił w buszu razem ze swymi towarzyszami niedoli. Tymi słowami wspólnie modlili się wtedy katolicy, protestanci i muzułmanie.

Bóg go posłał

Ksiadz Mateusz Dziedzic został uprowadzony przez rebeliantów w Niedzielę Misyjną 2014 roku. Nie zależało im na porwaniu księdza, tylko białego. Wiedzieli, że to zwróci uwagę świata na ich żądanie uwolnienia przetrzymywanego w więzieniu przywódcy. Wcześniej grabili, mordowali i wzięli 25 czarnoskórych zakładników, jednak nikt ich postulatami się nie przejął. – Baliśmy się, że jako biały nie wytrzyma trudów niewoli, która wykańczała nawet nas, Afrykanów – wspomina więziony razem z polskim misjonarzem Charlie Wagoto. – Potem zobaczyliśmy, że misjonarz był człowiekiem Boga. To Bóg nam go posłał, by nas przede wszystkim umocnić, a następnie wyprowadzić z niewoli – dodaje z przekonaniem. Busz stał się więzienną parafią, a miejsce pod plandeką, gdzie codziennie wspólnie się modlili, porwani nazwali kaplicą św. Mateusza. Tam, klęcząc na ziemi, misjonarz odprawiał codziennie Mszę św., bez której, jak mówi, by nie przetrwał. – Do powrotu ks. Mateusz przygotowywał się w Tygodniu Misyjnym, a wcześniej odkrywał w buszu, w niecodziennych warunkach, głębię i cel powołania misyjnego. Teraz, wyzwolony z lęku, niesiony modlitwą w intencji misji i misjonarzy, wraca do RŚA, by dalej głosić Ewangelię, aż po krańce ludzkiej biedy, zwłaszcza tej moralnej.

To, co przeżył, będzie mu pomagało w docieraniu do najgłębszych zakamarków ludzkich serc – mówi ks. Mirosław Gucwa, wikariusz generalny środkowoafrykańskiej diecezji Bouar, na terenie której pracował ks. Dziedzic i gdzie właśnie wrócił. Ponieważ sytuacja w kraju jest bardzo napięta, a podróżowanie samochodem niebezpieczne, ze stolicy do Bouar ks. Mateusz leciał samolotem oenzetowskich sił pokojowych. Na ulicach Bangi trwają regularne walki, a uzbrojeni po zęby żołnierze w błękitnych hełmach stoją na każdym skrzyżowaniu.

Wiem, że na mnie czekają

– Pracowałem w tym kraju pięć lat i byłem tam szczęśliwy jako ksiądz i jako misjonarz. Przez porwanie zostałem stamtąd wyrwany, a teraz wracam, by kontynuować moją misję. Znam tych ludzi, znam ich potrzeby, znam ich cierpienia zadane szczególnie przez ostatnią wojnę – mówi ks. Mateusz. I dodaje: – Wracam, bo chcę im podziękować. Kiedy byłem więziony, moi czarni bracia modlili się za mnie, pościli w mojej intencji. Chcę osobiście stanąć przed nimi i podziękować za to, że byli ze mną w tych trudnych chwilach. Chcę się również spotkać z więźniami, z którymi zaprzyjaźniłem się w niewoli. Wiem, że czekają na mnie. Parafianie w Baboua, gdzie ks. Mateusz był proboszczem, wiedzą, że do nich wraca, ale nie znają dokładnej daty jego przyjazdu. Na powitanie od dawna hodują kury i kozy, bo bez wielkiego święta się nie obejdzie, a w Afryce jest ono nieodłącznie związane ze wspólnym posiłkiem. – Jeszcze dokładnie nie wiem, kiedy odwiedzę parafię, z której mnie porwano. Wkrótce będziemy obchodzić wspomnienie Matki Bożej Miłosierdzia, która jest jej patronką, może to będzie odpowiedni czas na powrót – mówi misjonarz. A ks. Mirosław Gucwa dodaje: – Na pewno będziemy jechać pod eskortą wojsk oenzetowskich, bo inaczej nas nie puszczą. Wojenne realia, w których w tym kraju pracuje ponad 30 polskich misjonarzy, z naszej perspektywy wydają się niemożliwe do zaakceptowania. Oni się z nimi oswoili i nie zgrywając wcale bohaterów, trwają, bo jak mówią, ludzie potrzebują ich obecności. – Kiedyś po krwawym ataku rebeliantów z Seleki zatrzymałem się w Bocaranga, gdzie połowa domów została spalona, a ludzie chronili się w buszu przez dłuższy czas. Akurat była niedziela. Ku naszemu zdziwieniu kościół zapełnił się ludźmi. Po Komunii spontanicznie zaśpiewali pieśń o radości płynącej z tego, że Bóg ich wyzwolił… Ci ludzie stracili domy, ich całe ubogie mienie poszło z dymem, ale rebelianci nie wyrwali im z serca radości płynącej z wiary – wspomina ks. Gucwa. I dodaje: – Ze łzami w oczach myślałem wówczas o księżach, siostrach, katechistach, którzy mimo wojny przy nich zostali. Gdybyśmy odeszli, odebralibyśmy tym ludziom nadzieję na lepszy los, a sobie radość bycia z nimi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama