GN 43/2020 Archiwum

Ewa kontra reszta świata

Nie było takiej rzeczy, której pani premier by nie zrobiła w tej kampanii dla pozyskania sympatii wyborców. Może poza… zjazdem do kopalni.


Hhasło promujące Platformę Obywatelską w przedostatni weekend kampanii brzmiało „Go West” (Idź na Zachód). Jak ulał pasuje do niego znane powiedzenie Jana Pietrzaka: „Albo głupota, albo prowokacja”. Bo choć strategom partii chodziło o pokazanie, że PO podąża na Zachód i tam też prowadzi kraj, to komentatorzy na portalach społecznościowych niemal jednogłośnie uznali hasło jako zachętę do wyjazdu z Polski za pracą. Co dociekliwsi zaś przypomnieli genezę zwrotu „Go West”. Przypisuje się go legendom Indian, w których umierający człowiek idzie na spotkanie z zachodzącym słońcem. „The End”, „PO się samozaorała” – kpiono na Twitterze. 


To tak nie działa


Od początku tej kampanii ruchy PO w kierunku pozyskania wyborców nie były dobrze pomyślane. Ewa Kopacz, nieustannie absorbująca uwagę Polaków – w pociągu, tramwaju, na plaży i placu zabaw, raczej odstraszała, niż zachęcała do poparcia swojej partii.

Ze słusznej diagnozy, że władza za bardzo oderwała się od ludzi i coś z tym trzeba zrobić, wyciągnięto zbyt radykalne wnioski. Nie da się straconych lat nadrobić w kilka tygodni – nawet korzystając z pendolino – nie narażając się jednocześnie na śmieszność. Sztuczność akcji „Kolej na Ewę” była tak samo oczywista jak wyjazdowe posiedzenia rządu, bardziej nawiązujące do wschodnich niż zachodnich obyczajów. 
Eryk Mistewicz, prezes Instytutu Nowych Mediów i twórca strategii marketingu narracyjnego, jest natomiast pod wrażeniem kampanii Prawa i Sprawiedliwości. – To PiS opowiadał świat, prowadził ludzi, a Platforma musiała go gonić. Nie mówiąc już o rewelacyjnym wykorzystaniu nowych mediów. PiS pokazał się jako nowoczesna, profesjonalna partia. Ale to też efekt zmiany generacyjnej, jaka tam zaszła – ocenia ekspert.
Całkiem odmienne zdanie ma natomiast na temat kampanii PO w sieci. – To naprawdę nie jest tak, że na miesiąc przed wyborami można wynająć parę agencji social media i powiedzieć: dajemy wam dziesięć milionów złotych, oczekujemy za to dziesięć milionów głosów od młodych ludzi. Mają nas polubić, macie odkręcić „wektor obciachu”. To tak nie działa – dodaje Mistewicz. Pojedynek, jaki toczono w sieci podczas tej kampanii, definiuje krótko: „Pieniądze kontra pasja zmiany”. 


Antoni, ratuj!


Niepomna lekcji pokory, jaką w maju odebrał Bronisław Komorowski, Ewa Kopacz (czy raczej Michał Kamiński, odpowiedzialny za polityczny marketing PO) latem i jesienią znów eksploatowała schemat „Polska radykalna kontra Polska racjonalna” – aż do wyczerpania odporności psychicznej wyborców. „PiS to partia, która ma poglądy średniowieczne, która chce odwrócić się od Europy” – straszyła szefowa PO, w jednym zdaniu łącząc in vitro z Antonim Macierewiczem. „25 października albo wybierzemy zgodę i porządek, albo wybierzemy niestety fanatyzm” – ostrzegała rodaków. A z każdym takim ostrzeżeniem notowania PO spadały o kolejne kilka procent.
Mimo to machina kampanijna nastawiona była na straszenie PiS-em. Czasem przybierało to formy groteskowe, np. gdy „Wiadomości” główny materiał polityczny o nadchodzącym zagrożeniu demokracji zbudowały na jednym zdaniu Jarosława Kaczyńskiego, że „przyszły rząd może trwać dłużej niż jedną kadencję”. 
7 października nadszedł wreszcie wyczekiwany moment: udało się „przyłapać” Antoniego Macierewicza na mocnych słowach wygłoszonych w Chicago. Porównał tam polityków PO do stalinowskich zbrodniarzy i żartobliwie skomentował pytanie „czy Donald Tusk współpracował ze Stasi”. 
Wypowiedź ta przykryła w programach informacyjnych nawet wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie klauzuli sumienia. Premier Kopacz alarmowała, że „fanatyk” za chwilę obejmie dowództwo nad „osiemnastą armią świata”. Niestety, konkurencja już na drugi dzień ukradła show PO, przedstawiając jako kandydata na szefa MON Jarosława Gowina. A Waldemar Pawlak całą medialną burzę skomentował: „Oj tam, oj tam – jak już nie ma innych tematów, to wyciągane są takie sensacje”.


Punkt zwrotny – imigranci


Eryk Mistewicz zwraca uwagę, jak dużo trzeba było trudu, aby wreszcie dopaść wypowiedzi Antoniego Macierewicza, a i tak powtarzanie jej nie przełożyło się na wyniki sondażowe. – Nie jestem przekonany, czy po ostatnich kilku latach, po ekscesach z udziałem Elżbiety Bieńkowskiej, Bartłomieja Sienkiewicza, bohaterów podsłuchów, PO wciąż jest ultraracjonalna, zaś PiS nadal ma przypisaną łatkę radykałów. Mam raczej wrażenie, że ten podział oddalił się od wizerunków obu partii. A rozgrywanie kampanii na tak określonej szachownicy przypomina dawno już zakończoną bitwę – ocenia ekspert strategii marketingowych.
Gdyby szukać w kończącej się kampanii punktu zwrotnego, momentu, który przesądzi o wyniku wyborów, to mógł być nim kryzys polityczny związany z decyzją o przyjęciu imigrantów. Obie główne partie najpierw starały się unikać jasnego stanowiska w tej sprawie, ale potem zrobili to i Ewa Kopacz, i Jarosław Kaczyński w debacie sejmowej. Ten właśnie moment prezes PiS wybrał, by wyjść z cienia. 
„Czy chcecie państwo, żebyśmy przestali być gospodarzami we własnym kraju? Otóż ja chcę jasno powiedzieć – Polacy tego nie chcą i nie chce tego PiS” – mówił prezes partii, komentując decyzję rządu o zgodzie na narzucone przez Berlin liczby uchodźców. „PiS pokazało prawdziwą twarz: partii antyeuropejskiej, ksenofobicznej, wiecznie dążącej do kłótni i szukania wrogów” – ripostowała pani premier. 
Ale to J. Kaczyński lepiej odczytał nastroje społeczne, a PiS w spocie „Czy wiesz, ilu uchodźców przyjmie Polska?” celnie punktował brak jasnej polityki rządu w tej sprawie. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama