Nowy Numer 25/2019 Archiwum

Naprotechnologia naprawdę leczy

Światowa Organizacja Zdrowia określiła ją jako „medyczno-kliniczną metodę leczenia niepłodności”. NaProTechnologia to ekologiczna amerykańska gałąź medycyny. Co tak naprawdę kryje się pod tym szyldem? Czym różni się to leczenie i diagnostyka od ginekologii?

Wokół naprotechnologii urosło wiele mitów. Jedni wrzucają ją do „kościółkowych metod planownia rodziny”, inni, nie wiadomo czemu, uważają, że to ziołolecznictwo, a jeszcze inni – niestety także ginekolodzy – twierdzą, że to stara metoda, której używają na co dzień, tylko tak jej nie nazywają (sama słyszałam to od lekarza). Nic bardziej mylnego.

Naprotechnologia jest nową potężną gałęzią medycyny rozrodu. Jej ojcem jest prof. Thomas Hilgers, chirurg i ginekolog z Omaha w stanie Nebraska. NaProTECHNOLOGY® (taka jest właściwa pisownia), czyli Natural Procreative Technology, a w języku polskim Wsparcie Naturalnej Prokreacji (WNP), to marka, do której prawa ma amerykański lekarz i założony przez niego za oceanem pod koniec lat 60. Instytut Pawła VI. Nazwą mogą posługiwać się wyłącznie ośrodki, przychodnie i szpitale oraz lekarze i instruktorzy, którzy postępują ściśle według wytycznych Hilgersa (obok podajemy odnośnik do listy takich placówek w Polsce). Muszą oni przejść szkolenia i zdać egzaminy. Potem otrzymują certyfikat i akredytację Amerykańskiej Akademii Profesjonalistów Ochrony Płodności (organizacja zawodowa założona także przez Hilgersa). To pozwala utrzymać wysoki poziom i skuteczność naprotechnologii i czuwać nad jej dobrą marką.

NaPro to dokładna i dobra diagnostyka i skuteczne leczenie chorych narządów rodnych kobiety i mężczyzny. NaPro ma do tego własne narzędzia: model Creightona, czyli obserwację tzw. biomarkerów płodności w cyklu miesiączkowym, oraz wypracowane metody w chirurgii ginekologicznej, ginekologii oraz endokrynologii. Instruktor i lekarz, którzy pracują z parą małżeńską (nie tylko z samą kobietą), szukają przyczyn braku upragnionego dziecka pod różnymi aspektami. Biorą pod uwagę także tryb życia, stopień nasilenia stresu, kondycję psychiczną, zwyczaje żywieniowe pary – wszystko to, co przeważnie lekceważy się lub na co nie ma czasu w zwykłych gabinetach ginekologicznych, a co ma wpływ na płodność. NaPro to aspekty duchowy, fizyczny, intelektualny, komunikacyjny i emocjonalny relacji małżeńskiej. Ta metoda szanuje życie ludzkie od jego poczęcia oraz akt małżeński i zawsze scala małżeństwo. Ale NaPro to nie tylko medycyna, która pomaga począć dzieci. Czuwa też, by urodzić je w odpowiednim czasie (z in vitro rodzi się sporo wcześniaków).

Ma też taki aspekt, o którym w ogóle się nie mówi. Może być bowiem stosowana przez kobiety od okresu dojrzewania aż po menopauzę. To system tzw. wczesnego ostrzegania przed problemami zdrowotnymi. A często też wykrywania już istniejących poważnych schorzeń, nawet nowotworów. Naprotechnologia jest metodą, która wymaga cierpliwości i czasu. Ale jeśli stawką jest nowe życie i zdrowie kobiety, to warto zainwestować (przy czym kosztuje niewspółmiernie mniej niż program in vitro). Na czym więc to wszystko polega?

Model Creightona – baza

Do poradni naprotechnologii zgłasza się para. Nie mogą począć dziecka od przynajmniej dwóch lat. I co? Trafiają do instruktora. Nie musi być lekarzem. Najpierw omawia z parą anatomię narządów rodnych, wyjaśnia, jak funkcjonuje biologia rozrodu. To element ważny i nie zawsze oczywisty. Tłumaczy, na czym polega model Creightona, czyli baza naprotechnologii. To także patent Hilgersa. Nazwę zaczerpnął on od Creighton University w Omaha (uczelnia należy do Towarzystwa Jezusowego). Hilgers w latach 1976 –1980 zbadał tam trzy tysiące kobiet. Nauczył je obserwować cykle miesięczne, wzorując się na metodzie Billingsów (system obserwacji śluzu wymyślony przez brytyjskie małżeństwo służy planowaniu rodziny; Hilgers go udoskonalił). Tak powstała największa na świecie baza danych dotyczących owulacji. Na jej podstawie zespół Hilgersa określił najczęstsze przyczyny niepłodności i wskazał błędy przy ich wykrywaniu. – Dostrzegliśmy ogromną liczbę kobiet z niepłodnością, z samoistnymi poronieniami, z długimi i nieregularnymi cyklami, nawracającymi torbielami jajników – mówi Hilgers w rozmowie rzece Tomaszowi Terlikowskiemu.

Przez 15 kolejnych lat Hilgers z zespołem badał przyczyny tych dolegliwości. Wszystko opisał w swoim 1250-stronicowym podręczniku. To jest podstawa do pracy z małżeństwem. Lekarz, instruktor, który nie zna podręcznika, tzw. biblii Hilgersa, nie może pracować pod szyldem naprotechnologii.

Model Creightona jest dla zgłaszających się do poradni małżeństw niczym odprawa na lotnisku, bez której nie wejdą do samolotu w rejsie po dziecko. Obserwacja według wytycznych Hilgersa na tym etapie pozwala wykryć także schorzenia. Wtedy małżonkowie przechodzą do dalszego leczenia u ginekologa albo chirurga.

Ale według badań Instytutu Pawła VI, aż 90 proc. poczęć u par długo starających się o potomstwo jest wynikiem pracy tylko według modelu Creightona. Przygniatająca większość kobiet nie musi więc nawet trafić do ginekologa (dopiero kiedy pocznie się dziecko), nie musi być poddana żadnej farmakologicznej terapii (w programie in vitro np. bez agresywnej dawki hormonów nikt nie ruszy z miejsca; przy czym polega ona na tym, że przez krótki czas kobieta musi sama szprycować się zastrzykami w brzuch, nawet do 50 nakłuć w ciągu dwóch tygodni).

Przy modelu Creightona małżonkowie pracują z instruktorem przez kolejnych sześć miesięcy. Pacjentka dostaje specjalną kartę, gdzie będzie nanosić za pomocą nalepek i symboli oraz kolorów obserwacje z kolejnych cykli. Wykresy i system obrazkowy – instruktor szybko nauczy, jak je stosować – pomagają mężczyźnie, kobiecie i ich lekarzowi mówić jednym językiem. Nie ma takiej kobiety, która nie mogłaby prowadzić obserwacji za pomocą modelu Creightona. – Uczyliśmy jej osoby niepełnosprawne, niewidome, kobiety o różnych cyklach. Obserwacje można prowadzić w ciąży i w czasie karmienia piersią – mówi Hilgers w „Nadziei na dziecko”. Już po trzech cyklach obserwacji instruktor może odczytać czy kobieta ma wysokie ryzyko niepłodności i poronień. Wtedy pacjentka musi już trafić do lekarza.
 

Pod skrzydłami lekarza

W gabinecie ginekolog odczytuje biomarkery z karty sporządzonej według modelu Creightona. Już na ich podstawie może stwierdzić, czy coś złego dzieje się w macicy, że są tam np. polipy, mięśniaki, zrosty, które trzeba będzie usunąć, bo mogą być jedną z przeszkód dla płodności.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • Milena
    20.01.2017 13:28
    Leczyłam się u Pana doktora Wasilewskiego bardzo intensywnie przez ponad rok i nic, prócz wyniszczenia psychicznego i pogłębienia mojej dolegliwości.U innego lekarza po 3 miesiącach szczęśliwie zaszłam w ciążę. Jak dla mnie strata pieniędzy i czasu.
  • Paweł
    24.01.2017 21:23
    Witam, nie wiem jak wygląda sytuacja w innych przypadkach, bo szczerze mówiąc, nie interesowałem się tym za bardzo.Każdy przypadek jest inny,psychika każdego z nas jest różna i na różnym etapie trafiamy do różnych specjalistów. Dziesięć lat starań,ostatnie pięć bardzo intensywnych,setki badań i dziesiątki wizyt.Jeśli jesteście w temacie,to wiecie o czym piszę.Prawda jest taka,że to ja nalegałem NaPro,żona średnio była rozentazjuzmowana.Początki były naprawdę obiecujące, później entuzjazm trochę opadł, ale tyle lat starań już nas mocno uodpornił i postanowiliśmy brnąć dalej.W końcu razem w tym siedzimy i razem podejmujemy decyzje. Lekarz,tu akurat dr Wasilewski,nakreślił,jak on to mówi,szkielet problemu i działaliśmy.Diagnozowanie okazało się trafne i moim zdaniem, problem został rozwiązany.Nie będę się rozwodzić nad przebiegiem leczenia,bo to nasza prywatna sprawa.Pierwsza ciąża po około półrocznym leczeniu, niestety dziecko przestało się rozwijać, częsty problem przy pierwszej ciąży.Po łyżeczkowaniu i jednym miesiącu przerwy,następne podejście i też zaskoczyło. To na pewno wielki sukces,chociaż jesteśmy ostrożni,bo pełnym sukcesem będzie dzidziuś,który przyjdzie na świat. Więc krótko,nam Pan doktor pomógł i z pełną świadomością polecam.Moja żona ma do niego pełne zaufanie i to też jest wyjątkowo istotne.Mam świadomość, że mogą być pary zawiedzione,bo różnie to bywa.Dla mnie,najważniejsze że nas w końcu ktoś trafnie zdiagnozował, bo dziesięć lat byliśmy niepłodni, bez przyczyny. Pozdrawiam wszystkie pary starające się o dziecko,życzę szczęścia i wytrwałości. Paweł.
    doceń 2
  • Lidia86
    13.04.2017 14:07
    Leczę się naprotechnologicznie od roku. Już na pierwszej wizycie zostaliśmy z mężem gruntownie przebadani. Okazało się, że mam PCO, rozchwiane hormony, chorą trzustkę, endometriozę i niedrożny jajowód. W klinice In Vitro powiedzieliby mi, że jedynym wyjściem jest zapłodnienie pozaustrojowe. Na szczęście trafiliśmy do Instytutu Rodziny - tam po kolei zaradzili wszystkim moim problemom (operacyjne bądź farmakologicznie). Wyniki męża - ciężka oligozoospermia - także klasyfikowałby go tylko na In Vitro. Lekarze Napro odkryli jednak, że przyczyną tak słabego nasienia były żylaki powrózka nasiennego. Po ich operacyjnym usunięciu i dodatkowej suplementacji zarówno hormonalnej (clostilbegyt/letrozol) jak i witaminowej (l-karnityna, astaksantyna, koenzym q10, witamina E) wyniki znacznie się poprawiły. Polecam opinie innych par ze strony www.naproinfo.pl
    doceń 0
  • Rodzice
    14.08.2018 19:16
    Dzięki naprotechnologii zostaliśmy rodzicami dwóch chłopców. "Zwykła" medycyna nie dawała nam szans.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji