Nowy numer 3/2021 Archiwum

Franciszek jak prorok

Kiedy siada, nie wykłada, a naucza tłumy. Powtarzają za nim całe zdania. Kwintesencję. Papież Franciszek także w Ameryce Łacińskiej mówił niczym prorok.

To była najważniejsza pielgrzymka tego pontyfikatu. Nie ma co do tego wątpliwości.

Franciszek odbył w Ameryce prawdziwy maraton – tour de force. Przez osiem dni odwiedził trzy kraje, wygłosił kilkadziesiąt przemówień i to większość z głowy. Mimo swoich 78 lat i zdrowotnych ograniczeń (papież nie ma jednego płuca!), szedł wszędzie dziarskim krokiem, z uśmiechem na twarzy. To była lekcja rodem z Ewangelii. Na peryferiach, w przytułkach, w dzielnicach niewyobrażalnej dla nas nędzy, w najgorszym więzieniu tamtego kontynentu, papież nie tylko mówił o Jezusie – Słońcu Kościoła i świata, ale wskazywał Kościołowi, nam, że to są miejsca, do których trzeba docierać. Mówił nieraz mocno: że jesteśmy tacy zasłuchani w słowa Jezusa, że chętnie o Nim mówimy, ale jak na ulicy leży Bartymeusz, poraniony, utarzany w grzechu, to przechodzimy obok. Że chodzimy na Msze św. w każdą niedzielę, ale jeśli nie wiemy, kto w naszej parafii jest chory i potrzebuje pomocy, to nie wiemy, co to znaczy żyć Chrystusem, to Go nie znamy. Mówił o Kościele jako „domu gościnnym” dla WSZYSTKICH. Że tak to wymyślił Jezus: to jest dom dla obolałych.

Ale obok słów były gesty. Papież przytulał nie tylko starszych, dzieci, wynędzniałych ludzi, dla których kazał nieraz zatrzymać szpaler samochodów, ale więźniów i najgorszych zbrodniarzy.

Jeden z najmocniejszych obrazów wizyty Franciszka w Ameryce Południowej rozegrał się w Palmasola. Tutejsze więzienie nazwane jest piekłem Boliwii. Papież w pierwotnym zarysie planów miał przejechać tędy tylko w papamobile. Ale to nie w jego stylu. Po mieście przestępców poruszał się częściowo małym odkrytym samochodem, częściowo pieszo.

– Kogo macie przed sobą? – pytał więźniów. – Otóż przed wami stoi człowiek, któremu przebaczono. Człowiek grzeszny, któremu przebaczono jego grzechy. Nie mam nic wam do dania, ale to, co mam, tym chcę się z wami podzielić. Jest to osoba Jezusa Chrystusa, miłosierdzie Ojca. To On ukazał nam miłość Boga do człowieka. Jest to miłość, która leczy, przebacza, podnosi. Jest to miłość, która przywraca człowiekowi godność.

Płakali więźniowie. Wzruszony był Papież. Szedł między więźniami i ich rodzinami (mieszkają tu dobrowolnie), jak Jezus pośród tłumów. 

W czasie jednej z konferencji prasowych na tamtym kontynencie ks. Federico Lombardi, rzecznik Watykanu, był wyraźnie poruszony. – Dawno nie widziałem czegoś takiego – mówił. – Takiej reakcji ludzi. Franciszek trafia prosto w ich serca. Naucza… – Stateczny i opanowany jak zawsze ks. Federico zawiesił głos. Widać było, że wszystko to, czego jest świadkiem w Ameryce Południowej, że widok milionów, które z takim oddaniem i radością przyjmują Franciszka, że sposób, w jaki papież do nich mówi i to, co mówi, nie są obojętne dla jego współpracowników. 

Ubolewam, że obrazy te nie dostały się do Polski (już sam przejazd szpaleru limuzyn i wypasionych jeepów, a między nimi mały stary fiat z papieżem na pokładzie w Ekwadorze, a w Paragwaju peugeot, którym poruszał się tu w 1988 r. Jan Paweł II, robiły wrażenie), że nawet papieskie przemówienia są okrajane. I to dość mocno.

W czasie spotkania z pracownikami i studentami Papieskiego Uniwersytetu w ekwadorskim Quito Franciszek mówił tak, jak nikt dotąd. Ile trzeba mieć odwagi, by mówić tak do pracowników naukowych, profesorów, doktorantów: „Jezus nigdy nie mówił jak naukowiec, doktor, nie popisywał się wiedzą, a docierał prosto do ludzkich serc. Mówił tak by wszyscy mogli go rozumieć”. Papież podkreślił, że mówi to na uczelni wyższej i apeluje, by właśnie „w tym uprzywilejowanym miejscu, gdzie wielu chciałoby się znaleźć, a nie może”, przygotowywać kolejne pokolenia do tego, „by brały odpowiedzialność za otaczający je świat, by potrafiły zmierzyć się z problemami współczesnymi, by potrafiły pomóc najbiedniejszym, by dbały i szanowały środowisko”. Franciszek podkreślił, że właśnie od ludzi z wyższym wykształceniem Bóg wymaga, że zajmą się i będą opiekować się innymi i światem, a nie będą tylko „doktoryzować” (odniesienie do stylu mówienia). – Nie możecie udawać, że wokół nic się nie dzieje, musicie reagować na rzeczywistość! – powiedział papież.
– Mieszkam w Rzymie, gdzie zimą bywa chłodno – mówił dalej. – Zdarza się, że niedaleko Watykanu umiera wtedy jakiś starszy człowiek, bezdomny. Z wyziębienia, z zimna. Ale nikt o tym nie pisze w gazetach, to żadne wydarzenie dla mediów. Żaden news. Ale kiedy o dwa punkty spadają notowania na giełdzie, to jest wydarzenie… –  papież zawiesił głos. I zadał donośne pytanie: „A gdzie jest twój brat?” – pyta Bóg Kaina. Ja też was pytam, pracowników uczelni katolickiej: gdzie jest twój brat?!

– Ten papież naprawdę porusza – postawą i słowem. Owszem, nie mówi językiem teologów (czasem słyszę takie zarzuty, choć ich nie rozumiem), naukowym. Ale trafia w serca. Zadaje pytania, które przeszywają czasem jak sztylet sumienie. I muszą wywołać bunt w człowieku.  

Byłam na wielu audiencjach za poprzednich dwóch pontyfikatów. Z każdej mam wspomnienia, wzruszenie, przeżycia. Każda była ważna i piękna. Ale audiencja Franciszka jest pierwszą, z jakiej zapamiętałam całe zdania, które nie tylko noszę w sercu, ale które pomagają mi żyć konkretem. Podobne odczucia ma wiele osób. Nie chodzi o to, by zestawiać, porównywać papieży. Poprzednicy byli wybrani przez Boga na tamte czasy.

Ktoś powiedział mi niedawno, że Jan Paweł II był papieżem ducha, Benedykt XVI umysłu, a Franciszek to papież serca. I kiedy patrzy się na siedzącego na krześle obecnego następcę Św. Piotra, który mówi prostym językiem, nie wykłada, a naucza, trudno oprzeć się porównaniu, że to prorok. Franciszek jest prorokiem. Mało tego – i to jest rzecz nowa w Kościele i charakterystyczna dla tego pontyfikatu – na placach i w kościołach, gdzie przemawia papież, bardziej niż owacje słychać tłum, który mówi za papieżem! To jest element właśnie stylu nauczania. W Ekwadorze prawie dwa miliony osób powtarzało za nim i z nim: „Maryja jest Matką”. Pamiętam jak w Rzymie powtarzaliśmy trzy słowa konieczne do życia w rodzinie: „proszę, przepraszam, dziękuję”. Moje dzieci często do nich wracają. Tak, one były proste. Ale czy Jezus mówił inaczej? Głosił jakieś skomplikowane tezy? 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama