GN 24/2018 Archiwum

Armenia pod napięciem

Gwałtowne protesty przeciwko znacznym podwyżkom cen energii wstrząsnęły najbardziej prorosyjskim krajem na Kaukazie, obnażając całkowitą zależność miejscowej gospodarki od moskiewskich oligarchów.

Na Twitterze, pod hasłem #ElectricErevan, zorganizowali się demonstranci w Erywaniu, stolicy Armenii. Nazwa nie jest przypadkowa. Protesty spowodowane są ogłoszoną w połowie czerwca przez rząd drastyczną, kilkunastoprocentową podwyżką cen elektryczności, która wiąże się z nieuchronnym wzrostem opłat za inne usługi i produkty. Odpowiedzią na pokojowe zebranie kilkunastotysięcznego tłumu była jednak brutalna kontrakcja władz, po której zatrzymano ponad 200 osób, zniszczono sprzęt dziennikarzy, a najaktywniejszych demonstrantów pobili ubrani po cywilnemu funkcjonariusze służb specjalnych. Decyzja armeńskiego prezydenta Serge’a Sarkisjana o pacyfikacji protestów wywołała efekt odwrotny do oczekiwanego – demonstranci wciąż okupują stolicę, a szans na porozumienie nie widać. Tym bardziej że przy okazji podwyżek cen energii wychodzi na jaw ogromne uzależnienie gospodarki Armenii od kaprysów Rosji.

Karabiny zamiast prądu

Wyższe opłaty za prąd to poważny cios w ubogi kaukaski kraj. W przeciwieństwie do sąsiedniego Azerbejdżanu nie jest on hojnie obdarzony surowcami naturalnymi, wzorem Gruzji zaś nie zdecydowano się tu na odważne reformy wolnorynkowe. W zamian władze postawiły na ścisłe związanie gospodarki z rosyjskim rynkiem. W październiku 2014 r. Armenia dołączyła do kremlowskiej alternatywy wobec UE, czyli Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. W konsekwencji, gdy z powodu spadku cen ropy i unijnych sankcji Rosja pogrążyła się w kryzysie ekonomicznym, najboleśniej na Kaukazie odczuli to właśnie Ormianie. I to nie tylko dlatego, że załamała się gospodarka w ich kraju. Przekazy pieniężne od diaspory są wciąż istotnym źródłem utrzymania dla tysięcy rodzin. 90 proc. spośród nich pochodzi właśnie od emigrantów pracujących w Rosji. Tymczasem, jak podaje „Reuters”, w wyniku zapaści ekonomicznej wsparcie finansowe spadło aż o jedną trzecią. Zależność od Moskwy jest szczególnie widoczna w sektorze energetycznym. Największa państwowa spółka energetyczna, Electric Network of Armenia (ENA), należy do rosyjskiego koncernu Inter RAO. Rządzi nim Igor Sieczin, potężny oligarcha, niegdyś najbliższy współpracownik Putina, który ostatnio padł ofiarą rywalizacji kremlowskich frakcji. Inter RAO zdecydował, że w wyniku spadku wartości ormiańskiej waluty dram należy zrównoważyć straty w ENA wzrostem cen.

W Armenii równie wielkie oburzenie co podwyżka wzbudził lekceważący sposób jej narzucenia przez Rosję. Władze koncernu nie odpowiedziały na apel parlamentu o wytłumaczenie decyzji. W zamian opublikowały liczący aż 3 tys. stron raport mający uzasadnić wzrost opłat. Być może liczyły, że nikt nie zada sobie trudu, by przestudiować tak obszerny dokument. Tymczasem, zdaniem niezależnych ormiańskich analityków, z tekstu jasno wynika, iż kłopoty finansowe ENA są w znacznej mierze spowodowane rozrzutnością zdominowanego przez Rosjan kierownictwa spółki. Moskwa na razie jedynie zaognia sytuację swoimi niezręcznymi wypowiedziami. Przedstawiciel Inter RAO Nikołaj Goriełow jasno dał do zrozumienia, że firma nie ma zamiaru ustosunkować się do demonstracji przeciwko podwyżkom. Arogancko oznajmił: „Uważamy, że wydarzenia w Armenii przybrały charakter polityczny, a my jesteśmy zaangażowani w biznes, a nie politykę, więc nie planujemy uczestniczyć w tych wydarzeniach”. Kwintesencją niezrozumienia przez Kreml istoty strajków w Erywaniu, które mają charakter ściśle ekonomiczny, jest oferta przedstawiona władzom Armenii. Podwyżka cen energii nie zostanie wycofana, ale w zamian rząd może otrzymać… 200 mln dolarów na modernizację armii.

Syndrom oblężonej twierdzy

Mimo pełnej kontroli Rosji nad armeńskim sektorem energetycznym i słabo skrywanego lekceważenia przez Moskwę powagi sytuacji, demonstranci na każdym kroku podkreślają, że ich protesty nie mają podłoża politycznego. Organizatorzy strajków już wiele razy przypominali na Twitterze, że #ElectricErevan „to akcja przeciw podwyżkom cen, a nie jakiemukolwiek zagranicznemu państwu”. Zakładanie, iż Ormianie pragną drugiego Euromajdanu, jest przesadą i niezrozumieniem geopolitycznego kontekstu wydarzeń. Bliski sojusz z Moskwą nie jest spowodowany kwestiami ideologicznymi, ani biznesowymi. Wynika przede wszystkim z głębokiej izolacji, w jakiej po rozpadzie ZSRR znalazła się Armenia. Graniczy ona z czterema państwami. Z dwoma jest w stanie ostrego konfliktu. Odwilż w stosunkach z Turcją nie jest możliwa, dopóki nie przyzna się ona do popełnionego w latach 1915–1917 ludobójstwa Ormian.

« 1 2 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji